Wpisz i kliknij enter

Andy Stott – Never The Right Time

Grime i 4AD razem? Dlaczego nie!

Kiedy w 2005 roku ukazała się debiutancka EP-ka Andy’ego Stotta, młody producent pracował wtedy na pełen etat w salonie sprzedaży Mercedesa w Manchesterze. Muzyka była jego hobby.  Jednak już pierwsze nagrania wskazywały, że tworzy je ktoś obdarzony wyjątkowym wyczuciem dźwięku. Początkowo specjalnością artysty było nastrojowe dub-techno i IDM. Świadectwem tego jego debiutancki album – „Mercilless” z 2006 roku i kompilacja „Unknown Exception” wydana w 2008 roku. Krążki te zostały ciepło przyjęte – i Stott mógł z powodzeniem kontynuować tworzenie podobnej muzyki.

Tymczasem stało się zupełnie inaczej. W 2011 roku Brytyjczyk wydał dwie EP-ki, które całkowicie przedefiniowały jego muzykę. „Passed Me By” i „We Stay Together” przyniosły innowacyjne spojrzenie na techno i house: przefiltrowane przez doświadczenia angielskiej bass music i klubowego minimalu. Gęste i niepokojące nagrania miały w sobie też coś z ducha industrialu, choć operowały raczej ciszą niż hałasem. Obie płyty zostały okrzyknięte sensacją i otworzyły artyście drogę do dalszych eksperymentów.

Ich kontynuacją okazała się płyta „Luxury Problems”, na której Stott śmiało sięgnął po formułę piosenki, ozdabiając swą niekonwencjonalną elektronikę głosem Alison Skidmore. I tym razem tropy wiodły w stronę post-punku – przede wszystkim dawnych płyt z katalogu wytwórni 4AD. Z drugiej strony Stott zachwycił się grime’m – a efekty tego usłyszeliśmy na jego kolejnych wydawnictwach. Muzyka z „Faith In Strangers” i „Too Many Voices” była jednak tak abstrakcyjna, że trudno ją było porównać z czymkolwiek innym.

U progu 2020 roku Stott miał już materiał na nowy album. Jednocześnie otrzymał intratną propozycję wyprodukowania nowej płyty jednej z gwiazd współczesnego popu. Plany te przekreślił wybuch pandemii. Lockdown sprawił, że Brytyjczyk spędzał całe godziny w swoim domowym studiu i z czasem zaczął nagrywać fragmenty swych syntezatorowych improwizacji, a potem edytować je w nowe kompozycje. Praca była zakończona pod koniec tego trudnego roku. Tak narodził się nowy album artysty, który otrzymujemy jak zwykle nakładem Modern Love.

Krążek otwiera „Away Not Gone” – eteryczna piosenka, łącząca ambientową elektronikę z natchnionym śpiewem Alison Skidmore. W „Never The Right Time” uderzają mocarne breaki, a towarzyszą im rozmyte dźwięki gitary w stylu Cocteau Twins. „Repetitive Strain” to zwiewny grime, skoncentrowany na wibrujących dźwiękach Korga Triton, podobnie jak w muzyce duetu Mumdance & Logos. Identyczne rytmy podszywają „Don’t Know How” – ale tym razem zostają wpisane w spogłosowane akordy klawiszy rodem z This Mortal Coil.

Echa muzyki z 4AD niesie też kolejna kompozycja – ambientowa „When It Hits”. „The Beginning” to z kolei ukłon Stotta w stronę twórczości Ruichi Sakamoto i Davida Sylviana. Melodia w tym nagraniu wręcz aż nazbyt przypomina wspaniałe „Forbidden Colors”. Grime wraca w „Answers”, atakując pulsującym basem i szeleszczącymi perkusjonaliami. W „Dove Stones” angielski producent splata oniryczną miniaturę z chmurnego dronu. Płytę kończy „Hard To Tell” – piosenkowa ballada z Alison Skidmore w roli głównej, wymodelowana na dawne utwory Julee Cruise z „Twin Peaks”.

Podobnie jak poprzednie albumy Andy’ego Stotta, również ten najnowszy jest dosyć krótki. Ale właśnie te czterdzieści minut wydają się być idealnym czasem, aby muzyka Brytyjczyka wybrzmiała najlepiej. Tak jest i tym razem: angielski producent miesza swe inspiracje i myli interpretacyjne tropy, tworząc własną wersję kolorowej bass music, w której na równych prawach funkcjonują zredukowane bity, jak i fortepianowe akordy. W efekcie otrzymujemy świetliste utwory, która ujmuje swą subtelną urodą i nienachlanym wdziękiem.

Modern Love 2012

www.modern-love.co.uk

www.facebook.com/ModernLovelabel







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Mini
Mini
1 miesiąc temu

Nigdy nie byłem fanem Andy Stotta, może niektóre fragmnenty trochę mnie urzekły, ale jako całosć to jednak mieszczańskie operowanie tonalnością, bezpiecznie przybrudzona estetyka piosenki. Eksperyment to zaledwie quasieksperyment. No cóż, nie ma w tym nic złego (tylko po co ten hype?). Mamy Nosaja, mamy Arce, to możemy mieć i Stotta. Ta płyta tylko to potwierdza – gość celuje w wieczorne programy trochę bardziej (bez przesady) ambitnych rozgłosni radiowych. Po przesłuchaniu pozostaje mgliste wrażenie obcowania z czymś w rodzaju wypreparowanego recyclingu, opakowanego w chłodny dystans, który wydaje się być alibii dla banału. Te piosenki oparte na dwóch akordach wpadają w jedno ucho i wypadają drugim, a jedynie rytm zapewnia im jako taką nośność; bez niego ugrzęzłyby w banalności, a może nawet i kiczu. Miałem nadzieję, że ta kariera pójdzie w inną stronę, a tak mamy ciągle ten salon sprzedaży samochodów (no dobrze, mercedesa), tyle że w muzyce.

PodProgiem
1 miesiąc temu

Swoją przygodę z Andym Stottem zaczęłam właśnie od tego albumu

Polecamy