Wpisz i kliknij enter

Josh Johnson – Animative

Przez wiele lat chicagowski saksofonista, klawiszowiec i kompozytor Josh Johnson funkcjonował raczej w cieniu wielu cenionych muzyków – wspierając ich tak samo w studiu, jak i na koncertach. Niebawem ukazująca się solowa płyta Johnsona „Animative” jest też odpowiednim pretekstem do spojrzenia głębiej w jego życiorys, aby prześledzić drogę artystyczną. Johnson spędził swoje najwcześniejsze lata w stanie Maryland, a gdy był jeszcze młody, jego rodzina przeniosła się na przedmieścia Chicago. Dopiero gdy w wieku jedenastu lat zaczął grać na saksofonie, całkowicie zakochał się w muzyce. Niedługo potem rodzice kupili mu całą kolekcję płyt jazzowych, a brzmieniem, które najbardziej przykuło jego uwagę, był saksofon Lestera Younga. Był równie zafascynowany intelektem i pewnością siebie, które słyszał w grze Younga, jak i „wokalnymi walorami” saksofonu. – „Może szeptać, może krzyczeć, może mieć naprawdę bogatą fakturę. Nadal grałem na fortepianie i instrumentach klawiszowych, ale to saksofon mnie urzekł” – opowiada Johnson.

Josh Johnson, fot. Atiba Jefferson

Johnson uzyskał tytuł licencjata z muzyki na Uniwersytecie Indiana, pokonując w weekendy prawie ośmiogodzinną trasę w obie strony z Bloomington do Chicago, aby uczestniczyć w życiu sceny jazzowej swojego rodzinnego miasta. Po ukończeniu studiów spędził kilka lat mieszkając i pracując w Chicago, a następnie podjął studia magisterskie w Thelonious Monk Institute of Jazz (obecnie Herbie Hancock Institute) w Los Angeles, gdzie uczył się pod kierunkiem Wayne’a Shortera i Herbie’ego Hancocka.

Znalazł się w samym sercu sceny jazzowej Los Angeles, która przeżywała rozkwit twórczy i kulturowy. Podczas gdy na pierwszym planie błyszczały kariery Kamasiego Washingtona i Terrace’a Martina, w klubach w całym mieście rozległa sieć muzyków łączyła jazz, ambient, muzykę taneczną, hip-hop, minimalizm i wiele innych stylów. Wkrótce Johnson znalazł się niemal w samym centrum tego wszystkiego. W tamtych latach czerpał energię z wymiany między różnymi scenami muzycznymi i dyscyplinami artystycznymi, zwłaszcza podczas koncertów, na których grał z Miguelem Atwoodem-Fergusonem, Markiem de Clive-Lowe’em i Jamire’em Williamsem. – „Działo się naprawdę wiele, było mnóstwo miejsc, w których można było grać, a wzajemne inspirowanie się następowało w bardzo naturalny sposób” – wspomina.

Początkowo Johnson myślał, że po ukończeniu Monk Institute wróci do Chicago lub wyjedzie do Nowego Jorku, a jednak postanowił pozostać na miejscu. Jednym z najbardziej inspirujących miejsc w Los Angeles w tamtych latach był ETA – bar w Highland Park, gdzie co tydzień grał kwartet Jeffa Parkera ETA IVtet, w skład którego wchodzili Johnson, basistka Anna Butterss i perkusista Jay Bellerose. – „Myślę, że jest to podobne do każdego długotrwałego cyklu koncertów – w pewnym sensie zaczyna żyć własnym życiem” – mówi Josh, dodając: „W tamtych początkowych czasach przychodziło tam wiele różnych osób: inni muzycy, ale także artyści plastycy i malarze, tancerze, deskorolkarze z różnych kręgów świata Jeffa i tak dalej. Istniało tam piękne przenikanie się tych środowisk”.

Josh Johnson, fot. Atiba Jefferson

Dziś Johnson jest bezapelacyjnie jednym z najbardziej kreatywnych, odważnie myślących saksofonistów. W ostatnich latach stał się kluczowym współpracownikiem m.in. Carlosa Niño, Nate’a Mercereau, Louisa Cole’a, Aji Monet, Gregory’ego Uhlmanna, Anny Butterss, Matthew Stevensa i Sama Wilkesa. Znamy go z kapitalnego składu Jeffa Parkra ETA IVtet, z którym w tym roku wydał fantastyczną płytę „Happy Today”. Gra w równie zaskakującym zespole pod nazwą SML, współtworzy Openness Trio oraz zespół z Uhlmannem i Wilkesem – w 2025 roku wydali wspólny materiał, o którym pisałem tutaj. Niezmiennie Johnson utrzymuje również kontakty z czołowymi chicagowskimi muzykami swojego pokolenia, nadal grając w grupach prowadzonych przez Marquisa Hilla, Makayę McCravena czy Joela Rossa.

Oprócz swoich jazzowych osiągnięć, wszechstronność muzyczna Johnsona wynika z imponującego dorobku w dziedzinie muzyki pop, w tym współpracy z Red Hot Chili Peppers, Harrym Stylesem, Miley Cyrus i Ezrą Furmanem. W latach 2018–2022 Johnson pełnił funkcję dyrektora muzycznego Leona Bridgesa, w tym czasie kierował występem z londyńską Royal Philharmonic Orchestra, na potrzeby którego zaaranżował czternaście utworów Bridgesa.

W tym roku, poza wspomnianą już płytą ETA IVtet, Johnson pojawił się jako producent albumu „Honora” Flea i dyrektor muzyczny jego zespołu. Z tego tytułu wystąpił również w programie „The Tonight Show” oraz w cyklu „Tiny Desk” stacji NPR. Niemniej czas się skupić wyłącznie na muzyce Johsona, który wydaje trzeci album solowy. Wspomnę, że o poprzednim wydawnictwie saksofonisty „Unusual Object” z 2024 roku pisał na łamach Nowej Muzyki Jarek Szczęsny.

I docieramy do tego, co tu i teraz w jego muzycznym życiu, czyli do albumu „Animative”. Silny impuls na jego kształt wywarła niedawna współpraca Johnsona z Me’shell Ndegeocello w roli producenta, co tłumaczy najlepiej Josh: „Wszyscy mamy pewne założenia, z którymi podchodzimy do pisania lub tworzenia muzyki. Dzięki współpracy z nią niektóre z tych przekonań natychmiast się dla mnie rozpadły”. Dodając: „To pozwoliło mi nie tylko bardziej uwzględniać to, co pochodzi z zewnątrz, ale także uwolnić większą różnorodność, która tkwi we mnie”.

Johnson nie stworzył sam materiału na „Animative”. W poszczególnych kompozycjach – o czym będę wspominał – towarzyszą mu różni zaprzyjaźnieni muzycy, lecz główną osią jest oczywiście saksofon, którego brzmienie jest wielokrotnie wytrącane z jego naturalnego idiomu. Ponoć jak Josh opowiadał przyjaciołom o tytule płyty to byli mocno zdziwieni tym, że słowo „Animated” nie jest tym, którym by opisali powściągliwą i refleksyjną naturę Johnsona. – „Ale ja naprawdę myślę o tym z perspektywy wywoływania ożywienia, nadania ducha lub połączenia się z duchem” – opisuje Josh.

Komponując album „Animative” Johnson miał również na uwadze pisma zachodnioafrykańskiego filozofa Maladomy Somaya oraz proponowane przez niego „niezachodnie sposoby myślenia o czasie i byciu”, a także odwoływał się do myśli Wayne’a Shortera, który zaszczepił w nim poczucie szacunku dla tego, co mistyczne, i podkreślał obowiązek muzyka, by „wyczarowywał i przenosił”. Inspirował się także opowiadaniami Italo Calvino. – „Sposób, w jaki wykorzystuje on formę opowiadania, jest po prostu wspaniały” – Johnson.

Wystarczy zacząć słuchać płyty i pierwszego nagrania „Idiofone”, żeby usłyszeć sampler sterowany saksofonem, oscylator sterowany saksofonem, perkusję saksofonową, saksofon basowy oraz syntezator analogowy. Afro-futurystyczna polirytmiczna kaskada fascynujących subwersji na temat tego jak może dziś brzmieć jednoosobowa saksofonowa grupa! Co ważne, nie jest to nigdy muzyka pozbawiona emocji, o czym wspomina sam lider: „Chcę, żeby brzmiało to bardziej ludzko”.

Naturalnym środowiskiem dla Johnsona jest ten moment kiedy podłącza swój saksofon altowy do harmonizera, który często na bieżąco zmienia i modyfikuje interwały, dzięki czemu harmonie nie poruszają się jedną trajektorią ani w jednej tonacji, ale pną się jak liany w głąb wyobraźni. Niekończące się overduby saksofonu Josha można zestawić chociażby z filozofią stylu Sama Gendela, a z drugiej strony z wrażliwością Alabastera DePlume’a. W kompozycji „Reece” słyszymy z kolei perkusję Bena Lumsdaine’a i na poły lo-fi’owe charakterystyczne falowanie fraz saksofonu. Do stworzenia nagrania „Jazz Chord Possession” – o dość przewrotnym tytule – posłużył preset syntezatora do zagrania rozmaitych faktur momentami układających się w jakąś dziwną hybrydę muzyki tanecznej, a wyraźne składowe tego procesu to „wysokość dźwięku”, „perkusyjność”, „bas” i „butelkowość”.       

W „Aughts Hymnal” saksofon ciągnie bardziej do bycia organami niż instrumentem dętym. „Mill” nasiąka fortepianem, ale też różnej maści elektroniką z dodatkową pomocą producenta Aarona Steele’a. Pięknie wije się tu zawoalowany temat future jazzowy. Wspaniały „It Can Be Everywhere” odrywa nas od skorupy ziemskiej, a jednocześnie układa nas w pozycji horyzontalnej, by móc wpatrywać się w eteryczny krajobraz pokruszonych wyobrażeń. W tym fragmencie mamy też skrzypce Macie Stewart. – „Utwór >>It Can Be Everywhere<<, w równym stopniu organiczny, co nieziemski, jest zarówno deklaracją, jak i zachętą — by wyobrazić sobie coś większego, wykraczającego poza to, gdzie obecnie się znajdujemy, oraz by uświadomić sobie, że możemy nosić to wyobrażone miejsce w sobie” – Johnson.     

„Strays” jest pokłosiem wpływów Billy’ego Strayhorna, Gila Evansa czy czasu orkiestrowego jazzu, ale tu granego przez Josha w pojedynkę z arsenałem samplerów/harmonizerów i współczesnej technologii. Kluczem są zmiany wysokości dźwięku w czasie rzeczywistym oraz pielęgnowanie, a może bardziej wywoływanie u słuchaczy uczucia niedopowiedzenia, tak aby mózg potrafił niejako sam dograć kolejne frazy/harmonie. – „Gdybyś miał to przeanalizować, okazałoby się, że nie wszystkie te fragmenty są w pełni obecne. Ale twoje ucho je uzupełnia, bo to uczucie jest obecne” – mówi Johnson. W „High Step” pojawiło się najwięcej gości – Meshell Ndegeocello (bas), Ben Lumsdaine (perkusja) i Brandon Combs (perkusja) – których wspólny groove ma sporo z ducha kwartetu Parkera ETA IVtet, choć te syntezatorowe spirale nadają coś niepowtarzalnego tej rozwachlowanej kompozycji.

„Close” skomponowane na trio wraz z perkusistą Marlonem Pattonem i basistą Paulem Bryanem lgnie ponownie w rejony orkiestrowych eksperymentów. Czuć jak główny temat zmienia nieustannie swoje usytuowanie, jak narasta w nim nieoczywista modalność, mając w tle narastający puls perkusyjno-basowy. Na finał hipnotyczno-ambientowy „Upstairs 2021” z piękną partią trąbki Marquisa Hilla zatopioną w pogłosie i czymś nieoczywistym brzmieniowo, a tuż obok zakamuflowane falujące pętlę saksofonowe oplecione syntezatorowymi widmami. Proszę o więcej muzyki w tym kierunku. Czuć w tym numerze też kierunek muzyczny gitarzysty, eksperymentatora i współpracownika Johnsona – Gregory’ego Uhlmanna. Przypomnę, że wydał w tym roku przepiękny album „Extra Stars” (recenzja).

W moim odczuciu „Animative” zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem, to wbrew pozorom bardzo wymagająca płyta, do której podchodziłem kilka razy. Choć są takie kompozycje, które od razu mi weszły w uchobieg. To muzyka skłaniająca do zadawania sobie wielu pytań o przyszłość kształtu muzyki bez względu na gatunek, a także dopytuje o rolę solisty w procesie komponowania i później nagrywania. Aż wreszcie prowokuje do zastanawiania się nad tym, jak należy przesuwać granice w muzyce by móc wypowiedzieć te same słowa nie mówiąc nic bądź jak szukać własnego kodu. „Animative” jeszcze mocniej naprowadza Johnsona na właściwą drogą, a przy tym pokazuje, jak bardzo sprawnie artysta omija estetyczne zastoiny. Niech ten jego świat muzycznej filozofii zakwita w owoc zwany przyszłością.      

International Anthem / Nonesuch Records | październik 2026

Strona Josha Johnsona: https://www.joshjohnsonmusic.com/

Instagram: https://www.instagram.com/joshuaajohn

Strona International Anthem: http://www.intlanthem.com/

Facebook: https://www.facebook.com/intlanthem

Strona Nonesuch Records: https://www.nonesuch.com/

Facebook: https://www.facebook.com/NonesuchRecords







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy