Co zostaje pod skórą?
24. edycja festiwalu Unsound rozbrzmiała tym razem pod hasłem soft power. Sięgam po motyw z filmu Jonathana Glazera, ponieważ tegoroczne wydarzenia przybrały dla mnie formę lirycznej dysocjacji, przywołującej postać bohaterki „Under the Skin”. Tymczasem uwodzicielskie „soft” konsekwentnie wiodło na pokuszenie, by „power” mogło znienacka wytrącić mnie z ram przyzwyczajeń i oczekiwań, nawet wobec formatu festiwalu, którego nieprzewidywalność zdążyłam już, jak mi się wydawało, oswoić. Krakowski matecznik nie był jedynym miejscem wydarzeń tegorocznej edycji. Pięć dni festiwalowych spotkań w Warszawie poprzedziło bezprecedensową podróż pociągiem do Krakowa, podczas której granica między sceną a wagonem, koncertem a podróżą uległa niemalże zatarciu.
Tianzhuo Chen i Siko Setyanto, Bendik Giske oraz specjalny projekt „Warszawa” Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” i Piotra Kurka, któremu towarzyszyły wizualizacje Wilhelma Sasnala, znaleźli się wśród artystów otwierających tegoroczny Unsound. Jeśli nieprzewidywalność Unsoundu polega na czymś więcej niż zestawianiu nieoczywistych estetyk, ujawnia się przede wszystkim w sposobie, w jaki muzyka potrafi zmienić warunki własnego odbioru. Norweski saksofonista zdaje się stanowić ze swoim instrumentem absolutną jedność, czemu daje wyraz od początku kariery. Dźwiękiem staje się każde uderzenie klapy, a oddech i mechanika gry równoprawnymi elementami kompozycji. Giske wie, jak iluzorycznie rozmnożyć instrumentarium posługując się wyłącznie pojedynczym desygnatem dźwiękowym. A to wszystko w spowitej całkowitą ciemnością sali studia koncertowego Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego, która potęgowała wrażenie obcowania z dźwiękiem pozbawionym wizualnych podpór. Scenografią było reżyserowane światło, chociaż w tamtej chwili pomyślałam, że muzyka Bendika, niepozostawiająca miejsca na dystans, mogłaby nieść się zarówno w kompletnej ciemności, pozwalając, by dźwięk ordynarnie wypełnił absolutnie całą przestrzeń.
Podczas tegorocznego Unsoundu równie nieoczywistym polem napięć okazał się folk. Motyw ten powracał w rozmaitych brzmieniowych odsłonach: od wspomnianej „Warszawy”, przez dubową impresję duetu Devon Rexi w Klubie Oczki, po niekonwencjonalny koncert Radical Polish Arkestra i zamykający festiwal występ Księżyca w jakże nieoczywistej przestrzeni Kopalni Soli „Wieliczka”. Zastanawiałam się, czy ów folk przypasować do soft, czy raczej do power. Sam ten podział zaczął jednak wydawać mi się niewystarczający. Surowość muzyki Radical Polish Arkestra powracającej do lokalnych dialektów brzmieniowych nie dawała się sprowadzić ani do uwodzicielskiej łagodności i jedynie nostalgicznego cytowania przeszłości, ani do demonstracji siły. Ujawniała raczej, że oba te porządki mogą wyrastać z tego samego źródła, z dźwięku, który niesie pamięć miejsca, a zarazem wymyka się próbom jego oswojenia i nie daje się wygładzić.
Wracając do podskórnych doświadczeń, jednym z najbardziej wyrazistych było dla mnie spotkanie z Diamandą Galás, w którym magnetyzm jej osobowości splatał się z intensywnością muzyki w sposób niemal organiczny. Jej pejzaże dźwiękowe, utkane z widmowych brzmień fortepianu, niepokoją, dezorientują i pobudzająs Wirtuozowski głos Galás, czerpiący inspirację z gry awangardowych saksofonistów Alberta Aylera i Ornette’a Colemana, obejmuje niezwykle szeroki zakres rejestrów. W przypadku Galás krytyczny opis nieuchronnie staje się zaledwie imitacją doświadczenia, próbą przywołania czegoś, co w samym akcie przekładania na język wymyka się własnej intensywności. Nie mam wątpliwości, że był to jeden z najważniejszych koncertów, jakich doświadczyłam. U Galás głos nie pozostaje przezroczystym medium ekspresji, lecz ujawnia własną materialność, rozszczelniając granicę między intencją a cielesnym impulsem. Utworem „Llorando” Galás przywołała filmowe echo „Mulholland Drive”, by chwilę później podważyć to, co przypisywałam fortepianowi, nagle zdolnemu imitować akustyczny impakt uderzenia pioruna.
W Airdoll Arca najpierw stworzyła przestrzeń dla cudzych osobliwości, by na koniec przejąć ją we własne, nieposkromione władanie. Na jednej scenie spotkali się 2K88, Mica Levi, Arca i Bobby Beethoven raz Kavari. Konwencję klubowego setu rozsadzali na różne sposoby: 2K88 – miękkością popowych śladów, Mica Levi – niedbałą dezynwolturą, z jaką wmieszała w swój set tenorowy śpiew operowy. Arca zwieńczyła tę sekwencję erupcją nieposkromionej energii. W Airdoll uwodzenie nie stanowiło przeciwieństwa przeciążenia, lecz prowadziło wprost do niego.
Premiera „Will of Tongue” Sarah Davachi stała się moim kompasem na resztę festiwalu, chociaż wcale tego nie planowałam. Uświadomiła mi, że intensywność muzycznego doświadczenia nie zawsze daje się zmierzyć natężeniem bodźców ani siłą cielesnej reakcji. Myślałam o tym w kontekście współczesnych przyzwyczajeń do szybkiej gratyfikacji: dlaczego potrzebujemy artystów, którzy przywracają słuchaniu uważność i cierpliwość, potrafiąc na kilku akordach rozpiąć przeszywające napięcie? Być może satysfakcja płynąca z takiego słuchania wymaga zgody na odroczenie gratyfikacji. Zaczęłam też zastanawiać się, co to doświadczenie zmienia w odbiorze muzyki pozornie odległej od tej estetyki, choćby podczas absolutnie szalonego występu brooklyńskiego projektu Deli Girls. Zaczęłam podejrzewać, że skupienie i nadmiar wcale nie muszą się wykluczać. Davachi i Deli Girls zaczęli dla mnie współbrzmieć, choć trudno o bardziej odległe porządki dźwiękowe. W tym osobliwym współbrzmieniu dała o sobie znać liryczna dysocjacja.
Pozostając umyślnie niewierna linearnej, przewidywalnej sprawozdawczości, próbuję uchwycić to, co z tegorocznego Unsoundu zostało pod skórą. Moją skórą. Nie pojedynczą odpowiedź na festiwalowe hasło ani wspólny mianownik dla wszystkich usłyszanych estetyk. Raczej napięcie, które pojawiało się między nimi: między uwodzeniem a niepokojem, skupieniem a nadmiarem, pamięcią a tym, co nie daje się oswoić. Być może właśnie na tym polegało dla mnie tegoroczne soft power. Nie na łagodzeniu sprzeczności, lecz na pozwoleniu, by wybrzmiały obok siebie i by to, co obce, znalazło się na chwilę bliżej skóry, nie przestając być obce.
Sam Unsound nie daje się oswoić.


Skomentuj