Earthboogie – Human Call
Ania Pietrzak:

Radość w rytmie afro-house.

Ipek Gorgun – Ecce Homo
Jarek Szczęsny:

Trudny człowiek.

Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.



Archive for Wrzesień, 2018

Oglądamy video Gorillaz

Ten „najsłynniejszy na świecie wirtualny zespół” nagrywa właśnie swój trzeci, długo oczekiwany krążek. Już w kwietniu natomiast ukaże się film „Go Bananaz”, dokumentujący historię grupy. Trailer już dziś na naszych łamach! Dokument swoją premierę mieć będzie miejsce 20 kwietnia na stronie Babelgum.com. Niedługo potem całość ukaże się na krążku DVD. Kiedy ukaże się studyjny album Gorillaz – nie wiemy.
Poniżej trailer „Go Bananaz”:

Jóhann Jóhannsson w Krakowie!

Znamy kolejnego twórcę, który zagra podczas tegorocznego festiwalu Unsound. Po Biosphere i Starst Of The Lid swój udział w imprezie zapowiedział Jóhann Jóhannsson! Jóhannsson to islandzki kompozytor i eksperymentator, jeden z założycieli kolektywu Kitchen Motors, promującego nową artystyczną scenę (muzycy, pisarze, aktorzy i reżyserzy teatralni, performersi). Na swoim koncie ma niezlicznoą ilość projektów – w tym kilka ścieżek dźwiękowych, instalacji, eksperymentów, również klasycznych solowych albumów – w tym ubiegłoroczną, doskonałą „Fordlandię”. Fragmentu tego krążka posłuchacie poniżej:

Przypomnijmy, że podczas tegorocznego, jesiennego festiwalu Unsound w Krakowie zagrają m.in. Biosphere oraz Stars Of The Lid.

Zobacz cały koncert Animal Collective!

Dla wszystkich tych, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w koncercie Animal Collective w Warszawie bądź Zachodniej Europie, z pomocą przychodzi serwis 3Voor12. W serwisie opublikowano właśnie kompletny zapis koncertu, jaki Animal Collective zagrali w klubie Paradiso w Amsterdami. Doskonały obraz i muzyka, a przede wszystkim ponad godzinny, znakomity set – wszystko to znajdziecie w tym miejscu. Polecamy!

Taniej na Juno

Rozpoczął się tydzień zniżek w jednym z najciekawszych sklepów internetowych – Juno Records. Juno Records to miejsce, w którym znajdziecie wszystko to, co obecnie dzieje się w nowych brzmieniach – i nie tylko. Prawdziwa kopalnia płyt CD, winyli i mp3. Od poniedziałku 30 marca, przez siedem kolejnych dni wszystkie wydawnictwa w sklepie mogą być tańsze o 10 procent. Wystarczy wpisać hasło SPRING09 podczas składania zamówienia.

Point 7 – What?


Jak pamiętamy, zasłynęła ona z rozwijania formuły IDM, publikując udane albumy takich wykonawców, jak Multiplex, Gimmik, Ochre, czy Abfahrt Hinwil. Obecnie, szef tłoczni, Chris Cunningham, połowa wspomnianego duetu Abfahrt Hinwil, otwiera nowy rozdział w katalogu Toytronic, wydając swój solowy debiut pod szyldem Point 7.
Tytułowe pytanie – „What?” – to jakby bezczelna odzywka rzucana na odczepnego tym, którzy zarzucą brytyjskiej firmie, że mimo upływu pięciu lat, jej muzyka nie zmieniła się ani o jeden ton. Ale taka jest polityka repertuarowa Cunninghama – nadal chce on pozostać wierny klasycznemu IDM i jego album jest tego najlepszym przykładem.
W warstwie rytmicznej płyty mamy do czynienia z połamanymi strukturami, które tworzą ciężkie uderzenia bitów, wsparte miarowo cykającymi i chrzęszczącymi efektami („Space Formula”). Czasem Cunningham nadaje im metaliczne, niemal industrialne brzmienie („Bit Loop Eddie”), a kiedy indziej szlifuje je na prawie hiphopową („Hacker IP”), czy drum`n`bassową („DNA Conflict”) modłę.

Pomiędzy tymi abstrakcyjnymi rytmami, przelewają się wielobarwne pasaże klawiszy. Brytyjski producent sięga tu po podniosłe dźwięki o kościelnym brzmieniu („Remember Now”), strzeliste partie tchnące lodowatym oddechem („X Insert”), czy stylizowane na ludzkie głosy syntetyczne zaśpiewy („One Movie”). Gdzieniegdzie trafiają się wywiedzione z tradycji rave zawodzące i buczące basy („X Insert”) lub orkiestrowe wejścia („DNA Conflict”), przewalające się na statycznych tłach o ambientowym sznycie („15th Of July”).
Wbrew temu, co można by sądzić, jest tu jedna nowinka – utwór „Ous”, czyli motoryczne techno o mrocznym brzmieniu, tworzonym przez chmurne pasaże syntezatorów, zza których dobiegają groźne pohukiwania, przypominające złowieszczy śmiech hien. Zadziwiająco dobre to nagranie – znak, że Cunningham świetnie by się sprawdził w estetyce bliskiej dokonaniom artystów związanych z Modern Love.
Wszyscy, którzy stęsknili się za solidnym IDM-em, powinni sięgnąć po ten album. Znajdą na nim to, co lubią najbardziej. A nawet coś ponadto.

2009

Wygraj płytę Sebastiena Telliera!

Już dziś polska premiera „Sexuality” Sebastiena Telliera. Mamy dla Was trzy egzemplarze krążka, ufundowane przez dystrybutora specjalnie dla czytelników Nowejmuzyki! Aby wziąć udział w losowaniu płyty wystarczy być zarejestrowanym użytkownikiem Nowamuzyka.pl – dołączyć do nas możecie na naszym forum. Losowanie odbędzie się już w najbliższy czwartek. Do dzieła!

Płytę „Sexuality” do Polski sprowadziła wytwórnia Dream Music w kooperacji z Record Makers. Przypomnijmy, że w nagraniu „Sexuality” Telliera wspomógł Guy Manuel de Home Christo, znany doskonale fanom francuskiego duetu Daft Punk. Na krążku znalazło się 11 elektronicznych, popowych numerów. Mi znacznie bardziej podoba się kawałek „Sexual Sportswear”. Tu chyba najmocniej słychać producenta z Daft Punk. Klip poniżej:

W Polsce „Sexuality” kupić będzie można w dwóch wersjach – zwykłego CD (w specjalnej, niższej cenie) oraz specjalnego wydania 2xCD/1xDVD (dodatkowe kawałki + video). Szczegóły już niebawem na stronie www.dreammusic.pl

Apollo 440 w Krakowie

Kolejna gwiazda elektroniki zagra w Krakowie. Mowa o Apollo 440 – grupie, która najlepsze lata ma już co prawda za sobą, ale której koncerty wciąż wywołują sporo emocji. Apollo 440 zaprezentują swoje dźwięki 22 maja w klubie Studio. bilety na to wydarzenie powinny trafić do sprzedaży niebawem. Przypomnijmy, że grupa największą popularność zdobyła w połowie lat 90 wydając doskonały album „Electro Glide in Blue”. To właśnie z tej płyty pochodzą hity „Aint Talkin Bout Dub”, „Krupa” czy „Carrera Rapida”. Natomiast tytułowy utwór zaliczam do ścisłej czołówki najlepszych elektronicznych kompozycji dekady:

„Treny” Jacaszka na winylu

Płytę roku 2008 według forumowiczów Nowamuzyka.pl – „Treny” Jacaszka – od niedawna kupić można w limitowanej wersji winylowej. Sprzedaż prowadzi m.in. zachodni sklep Boomkat.

Zomby – Where were u in 92?


Co czytelnicy nowejmuzyki robili w dziewięćdziesiątym drugim? Niektórzy zapewne nie pamiętają, co robili, bo akurat wyrzynały im się pierwsze ząbki. Innym nie śniło się, że kiedykolwiek czytać będą nowąmuzykę – „codziennie aktualizowany serwis”. Niżej podpisany dał się natomiast w rzeczonym dziewięćdziesiątym drugim, jakiś rok po pierwszej komunii świętej, obezwładnić magii MTV.

Od na wskroś popeliniarskiego European Top 20 Video Countdown przez Yo!Raps, Alternative Nation po Party Zone – telewizor non stop wypluwał z siebie dźwięki skoligacone z obrazami całkiem niezłej jakości (a trzeba pamiętać, że pierwsza połowa zeszłej dekady to apogeum walorów teledysku jako sposobu wypowiedzi artystycznej).

Ponieważ MTV Europe nadawało na cały kontynent z samego serca Londynu, wiadomo było, że przekaz zawsze nasiąkał angolstwem. Nie mam bynajmniej tego za złe ówczesnej, zdecydowanie najbardziej zasłużonej – ujmując rzecz subiektywnie – prezenterce w historii tej stacji, Simone Angel.

Sympatyczna blondyna z Holandii prowadziła co weekend „MTV Party Zone”, pionierski program o życiu balangowym w ujęciu tak komercyjnym, jak i przede wszystkim podziemnym. Szok. Nie dość, że eurodance, to im dalej w noc, tym więcej dziwactw: breakbeat, wczesne jungle, UK hardcore, piano stabsy, przyspieszone wokale, mnóstwo świetnego, surowego materiału i 100% zabawy.

Innej niż w szkolnych dyskotekach. Pod znakiem żółtej, pyzatej, uśmiechniętej twarzyczki (moja wiedza na temat rzeczywistego znaczenia tego symbolu wzrosła na szczęście znacznie po dziewięćdziesiątym drugim).

Ówczesny Londyn i Wyspy to, niczym dziś w przypadku dubstepu, setki producentów, a każdy z nich miał mniej lub bardziej profesjonalny klip w wieczorno-nocnej rotacji MTV. We wspomnianym „MTV Party Zone”, obok megamiksów takich np. popowych hucpiarzy 2 Unlimited, pojawiali się progresywni giganci przeszłości: Orbital, 808 State, The Orb, Derrick May oraz nowa fala gówniarskiej muzy do tańca z wyspiarskich podwórek: Acen, SL2, Altern8, Shut Up & Dance, no i oczywiście Prodigy, sprawcy ogólnonarodowej, a w konsekwencji śródkontynentalnej histerii i lansu na UK rave. Simone, niczym anioł stróż, stanęła na straży mojego rodzącego się umiłowania do progresywnej muzyki tanecznej. Popadam w sentymentalizm, już się uspokajam i przechodzę do meritum.

Where were u in 92? – dobre pytanie. Zomby na pewno był na swoim miejscu, bo lekcję z brzmieniowych patentów AD 1992-94 odrobił całkiem nieźle.Mając na uwadzę pełną konsekwencję wpływu melancholii i wspomnień kluczowych wydarzeń życiowych na tzw. obiektywny odbiór sztuki, nie chcę tu idealizować zapatrzonego w przeszłość Zombyego. Znany z niezłych dubstepowych winylowych singli (m.in. dla Hyperdub), pokusił się o antykonceptualny album wprost odsyłający do czasów hymnów rave pokoju Sy Kick „Nasty”. A niby dlaczego akurat w te rejony? Czy tylko i wyłącznie dlatego, że historia lubi zataczać koło? Czy dlatego, że jako reprezentant pokolenia przełomu lat 70. i 80. również dał się zniewolić przez kulturowy Zeitgeist przypadający w jego ojczyźnie na okres dorastania?

A może po prostu z powodu najprostszego z możliwych, a mianowicie, że ta bezpretensjonalna, prosta, maszynowa muzyka jak żadna inna w zeszłej dekadzie niosła ze sobą ideę czystej radości, a przy tym była na wskroś „nowa”, „inna”, „pionierska” i dała prawdziwy początek trwającej do dziś ekspansji brytyjskiej dance music? Pewnie wszystko po kolei.

Where were u in 92? – dobre pytanie. Zomby na pewno był na swoim miejscu, bo lekcję z brzmieniowych patentów AD 1992-94 odrobił całkiem nieźle. Choć płyta stanowi miks autorskich kawałków producenta, to o żadnej płynności między nimi nie ma mowy. Jest chaotycznie, bez nastrojowych wstępów i usypiających zakończeń. Rozpoczyna się z grubej rury – oldskulowym łamańcem w manierze produkcji z Suburban Base. Ale, uwaga, tu zaznaczyć muszę, że to tylko maniera, a nie zrzyna. Zomby przesiedział przez dwie dekady w UK i wie, jak się obchodzić z konsoletą i generować nowoczesny brytyjski bas na miarę współczesności. Stąd im dalej w las, tym więcej aktualnie pobrzmiewających tu i tam smaczków.

Unosząca w powietrze esencja dwóch dziesięcioleci basu w brytyjskim tanecznym podziemiu.Najlepiej wypadają utwory, które nazywam „halowymi”, ponieważ – jak niegdyś – nadają się do wielkich pomieszczeń wypełnionych tysiącami ludzkich głów poruszających się niczym fala w takt połamanych bitów i ciał wstrząsanych basowymi smagnięciami. W takich numerach niezbędne są euforyczne, posthouseowe pianinka, pogłos, jakieś chwytliwe hasło w rodzaju „Rude bwoooy”, „Baby make me float”, maniakalnie spitchowane wokale, które dawno temu dały początek happy hardcoreowi, odgłosy syren alarmowych czy samplowany szum wiwatującej widowni na stadionie. Punktem kulminacyjnym i, zgodnie z prywatnym śledztwem przeprowadzonym wśród losowo wybranych znajomych, sztandarem albumu jest bez wątpienia „Float” – unosząca w powietrze esencja dwóch dziesięcioleci basu w brytyjskim tanecznym podziemiu. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze z pierwotną dzikością gatunku.

W tytułowym kawałku słychać cytaty z wydanego dokładnie w 92 singla Terrorize „Its Just A Feeling”. Stara rave kultura przyniosła nie tylko odkrycia w dziedzinie producenckiego chałupnictwa, ale przede wszystkim nadzieję na „nowe” i radość z nowego wymiaru odczuwania muzyki. „Its just a feeling /let the feeling take control / let the feeling take your soul”. Czy nazwiecie ten przyświecający także Zombyemu manifest UK rave przykładem afirmacji taniego hedonizmu czy też nie, fakt pozostanie niezaprzeczalny – nie musieliście być w 1992 w Londynie, by dziś móc spełniać się zmysłowo przy wszelkiego rodzaju dubstepach, drumnbassach, breakbeatach, basslineach itp. Jednakowoż, zgodnie z prostym i właściwym tokiem rozumowania a la Kononowicz: Gdyby nie było 1992, nikogo by nie było.
2009

Cabaret Voltaire – Kora! Kora! Kora!


Jeśli o jakimś wykonawcy z kręgu muzyki elektronicznej można mówić w kategoriach autentycznego „innowatora”, to z pewnością jednym z nich jest pochodząca z Sheffield formacja Cabaret Voltaire. Jej członkowie już w pierwszej połowie lat 70. tworzyli dźwiękowe kolaże przy pomocy klejenia fragmentów taśmy magnetofonowej (dokumentuje to album „1974-1976”), by kilka lat później stworzyć własną wersję industrialu („Mix Up”, „Voice Of America”, „Red Mecca”), a potem przenieść zdobycze post-punkowej awangardy (technikę cut-up) w krąg klubowej muzyki tanecznej („The Crackdown” czy „Code”).

Kiedy zaczął się rodzić house i techno, to właśnie Cabaret Voltaire jako pierwsi pojechali do Chicago i nagrali w pełni udaną płytę inspirowaną tymi gatunkami – „Groovy, Laidback And Nasty” (czego niestety nie można z perspektywy czasu powiedzieć o wczesnych utworach Psychic TV w tym stylu).

Mało tego – pod koniec swej działalności, pokazali, że korzystając z pomysłów młodych producentów, przefiltrowanych przez własną wrażliwość, można stworzyć nowoczesną elektronikę, nadającą się do słuchania w domu – czyli dzisiejszy IDM („Plasticity”, „International Language” i „The Conversation”). Po rozwiązaniu projektu, jego idee kontynuuje z powodzeniem do dziś Richard H. Kirk, działając zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i wieloma pseudonimami (Sandoz, Biochemical Dread, Electronic Eye, etc.).

Z głośników uderzają ciężkie bity, pomiędzy którymi przeplecione zostają masywne linie basuJakież było zdziwienie wszystkich fanów Cabaret Voltaire, kiedy brytyjska wytwórnia Shiva ogłosiła, iż w opublikuje w marcu nowy album firmowany nazwą nie istniejącej od 15 lat formacji.

Szybko okazało się, że będą to jej autorskie remiksy materiału opublikowanego przez reggae`ową grupę Kora z Nowej Zelandii na wydanej w 2007 roku płycie bez tytułu. Choć wszystko wskazuje, że za projekt odpowiedzialny jest sam Kirk (w końcu Stephen Mallinder był tylko wokalistą), krążek jest firmowany szyldem Cabaret Voltaire. Dlaczego?

Właściwie już pierwszy utwór daje odpowiedź na to pytanie – z głośników uderzają ciężkie bity, pomiędzy którymi przeplecione zostają masywne linie basu, a nad tym ciężkim podkładem unoszą się niepokojące pasaże klawiszy, przewiercone acidowym loopem („Skankenstein”). Toż to wypisz-wymaluj czysty electro-funk w stylu Cabaret Voltaire, rodem z „Micro-phonies” czy „The Covenant, The Sword And The Arm Of God” – oczywiście podrasowany na współczesną modłę. Podobnie brzmi kolejne nagranie z zestawu – „Pop Your Bubble” – w którym pojawiają się typowe dla dokonań formacji z Sheffield matematyczne akordy, wpisane w mechaniczny puls o twardym brzmieniu.

„Flow” przywołuje z kolei wspomnienie nagrań Meat Beat Manifesto i The Prodigy z początku lat 90. – zdubowany rytm wsparty przesterowanym basem, uzupełniają tutaj swawolnie zawodzące syntezatory w stylu rave, nad którymi co chwila rozlega się przeciągłe wycie fabrycznych syren. Trzy kolejne nagrania to wycieczka w krainę industrialnego dubu, tego spod znaku Adriana Sherwooda (wszak był on współproducentem „Code”) i jego wykonawców ze stajni On-U-Sound. Choć „On My Mind” porusza się w wolnym rytmie, oblepionym rwanymi akordami, wyłaniającymi się zza chmurnych pasaży klawiszy, to już „Burning” i „Crazy Things” eksploduje metalicznymi bitami o połamanym metrum, w które wpisane zostają podniosłe tony reggae`owych dęciaków i jadowita zagrywka rockowej gitary.

W finale Kirk uspokaja nastrój psychodelicznym ambientem – to „Burning Reprise”, skanalizowany w oniryczny strumień syntetycznego szumu, który raz za razem rozświetlają elektryczne błyskawice, odbijające się echem groźnych pomruków. Wszystko dobrze – a gdzie tu elementy muzyki Kory? Przede wszystkim w wokalach – niemal w każdym utworze pojawiają się chóralne zaśpiewy wysamplowane z oryginalnych ścieżek nagrań nowozelandzkiej formacji. Co ciekawe – pocięte i zapętlone, momentami bardzo przypominają charakterystyczne wokale niezapomnianego Mallindera.

Na nowy autorski materiał Cabaret Voltaire raczej nie ma co liczyć – „Kora! Kora! Kora!” jest jednak jego wspaniałym zamiennikiem.

2009

Rozdaliśmy wejściówkę na Aarona Jerome!

Znamy już osobę, która będzie mogła – wraz z zaproszonym gościem – wejść za darmo na sobotni koncert Aarona Jerome we Wrocławiu. Podwójną wejściówkę na to wydarzenie wygrała Weronika Bruniecka, której gratulujemy! Wszystkim biorącym udział w konkursie dziękujemy!

Przypomnijmy – wieczór rozpocznie się we wrocławskim Firleju o godzinie 20.00, przed Jerome zagrają Speakers Talk oraz Basstek. Więcej informacji przeczytacie na naszych stronach. Zapraszamy!

Kawałek w jedno popołudnie?

Dwóch producentów – Jel oraz Odd Nosdam – otrzymało 40 dolarów oraz jedno popołudnie na znalezienie odpowiednich winyli, wycięcie z nich sampli i stworzenie nowego kawałka. Co z tego wyszło? To inicjatywa magazynu XLR8R, który zaprosił obu muzyków. Zarówno Jel, jak i Odd Nosdam podjęli wyzwanie. Co ciekawsze, cały czas towarzyszyła im kamera XLR8R, efektem czego jest video, które prezentujemy poniżej:Obejrzyjcie film, a potem posłuchajcie efektu:

Grant zagra przed Aphex Twinem

Przed krakowskimi koncertami Aphex Twina publiczność rozgrzewać będzie Grant Wilson-Claridge, współzałożyciel wytwórni Rephlex! Grant Wilson-Claridge, który swe nagrania wydaje pod pseudonimem DJ Rephlex Records, spotkał Richarda D. Jamesa (Aphex Twin) podczas występów w klubach Kornwalii. Styl Aphex Twina, który podczas koncertów nie korzystał z gotowych nagrań, ale z własnych taśm, zaintrygował go do tego stopnia, że zaproponował mu współpracę.
W 1991 roku muzycy powołali niezależną wytwórnię płytową Rephlex Records, której obaj są współwłaścicielami. To oni stworzyli pojęcie „Braindance”, które obejmuje najlepsze elementy gatunków takich jak muzyka tradycyjna, klasyczna, elektroniczna, współczesna, popularna, industrialna, ambient, hip-hop, elektro, techno, break beat, hardcore, ragga, garage czy drum and bass.

Rephlex Records to marka znana dziś na całym świecie. Firmowane są nią płyty takich artystów jak m.in.: AFX (Aphex Twin), Squarepusher, Luke Vibert (Amen Andrews), Ceephax Acid Crew, Cylob, DMX Krew, Bogdan Raczynski. Wytwórnia, której intencją było z początku „wypełnienie próżni panującej w rodzimej muzyce rozrywkowej”, promuje dziś najbardziej interesujących artystów ze wszystkich stron świata.
Przypomnijmy – DJ Rephlex Records oraz Aphex Twin zagrają 18 i 19 września w krakowskiej Nowej Hucie w ramach festiwalu Sacrum Profanum.

Słuchamy płyty Pati Yang

Już dziś pojawi się w sklepach najnowszy krążek Pati Yang, zatytułowany „Faith, Hope And Fury”. Materiału w całości posłuchać można na stronach MySpace artystki. Wystarczy odwiedzić stronę myspace.com/patiyang. Przypomnijmy, że kawałkiem promującym całość jest mocno Flykkillerowe „Stories From Dogland” – teledysk zobaczycie poniżej:

Album „Faith, Hope and Fury” powstawał w legendarnym londyńskim Air Studios, którego założycielem był sam George Martin – nadworny producent The Beatles. Tytuł albumu – w tłumaczeniu samej artystki – to trzy elementy napędzające: wiara, nadzieja oraz nieustający niepokój wewnętrzny – to w jaki sposób mieszają się ze sobą i tworzą dziwną rzeczywistość emocjonalną, w której – jak twierdzi Pati – codziennie budzi się zmuszona, by się na nowo odnaleźć i z której nieustannie czerpie inspiracje.
Co sądzicie o tym materiale?

Electroclash ponownie w Warszawie

Już dziś w warszawskim klubie Saturator odbędzie się impreza Pink Kong Fest, podczas którego swoje live acty zagrają znakomici polscy elektronicy. Kto dokładnie? Na scenie klubu pojawią się Michał Wolski oraz Pol Rax & nice2mu. Publikę rozgrzewać będą Dje: Vira, Draq, Szum oraz Puzia, związani z serwisem electroclash.pl. Początek o godzinie 21.00, wjazd wyceniono na 10 / 15zł. Klub Saturator znajdziecie przy ul. ul. 11 listopada 22 (mapka poniżej).
Próbem możliwości Michała Wolskiego szukajcie na MySpace – www.myspace.com/michalwolski.

Biosphere zagra w Polsce!

Po informacji o koncertach Aphex Twina mamy dla Was kolejnego elektryzującego niusa – w październiku zagrają w naszym kraju Biosphere i Stars of the Lid! Wszystko w ramach festiwalu Unsound, który odbędzie się jesienią tego roku w Krakowie. Koncert Geira Jenssena – aka Biosphere – zaplanowano na 23 października. – Artysta zagra w gotyckim kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu – informuje Gosia Płysa. – Na razie nie wiemy jeszcze jaki materiał usłyszymy.
Przypomnijmy, że Jenssen prezentuje właśnie swój nowy symfoniczny projekt w ramach norweskiego festiwalu Borealis. Wszystko wskazuje jednak na to, że w Krakowie artysta wystąpi ze swoim sztandarowym, elektronicznym materiałem.
Stars of The Lid!
Tego samego wieczoru wystąpi również amerykański zespół Stars of The Lid – równie legendarny, co rzadko występujący zespół związany z wytwórnią Kranky. Muzyka zespołu to ambient z wpływami post-klasycznmi. – Będą one szczególnie obecnew trakcie tego koncertu – mówi Gosia Płysa. – Wszystko z racji towarzyszącwgo zespołowi oktetu składającego się z polskich muzyków grających na instrumentach smyczkowych.
Zapowiada się ekscytująco. Co więcej, jak zapowiadają organizatorzy, gwiazd podczas tegorocznego Unsound ma być więcej!

Amonowe twórcze palce

Najpotężniejszy latynoski wojownik jakiegokolwiek miała wytwórnia Ninja Tune – Amon Tobin skrzyknął się ze swoim dobrym znajomym Doubleclickiem tworząc postmiejski projekt Two Fingers. Autorem tekstu jest Marcin Niewęgłowski

Efektem wspólnych prac będzie album „Two Fingers”, który pojawi się za niespełna tydzień nakładem wytwórni Big Dada. Nie będzie to pierwsze przedsięwzięcie Tobina z Joem Chapmanem. Po tym jak poznali się wiele lat temu w Brighton, zaczęli działać pod nazwą 60hz tworząc w głównej mierze drumnbass. Po pewnym czasie drogi obu panów się rozeszły. Amon zamieszkał po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego w kanadyjskim Montrealu.
Ale stara przyjaźń nie rdzewieje, czego dowodem jest właśnie Two Fingers. Muzyczna inicjatywa skupiająca nie tylko inspiracje Tobina i Joe w drumnbassie, ale także w nowoczesnej muzyce miejskiej: grime, dancehall, dubstep.Sway, Amon Tobin - Doubleclick aka Two Fingers

okładka albumu

Taki też będzie ich pierwszy album. Jak Tobin wyznał ostatnio na łamach Dziennika, krążek „Two Fingers” łączy rozwiązania muzyki pop z tym, jakie dźwiękowe eksperymenty ma obecnie do zaoferowania scena niezależna. Czyżby ten meloman twórczości Enio Morricone zbliżał się ku mainstreamu? Z tego co udało mi się ustalić zarówno tak, jak i nie. Z jednej strony moja odpowiedź jest twierdząca, ponieważ poszczególne aranżacje powstawały jakby pod konkretne głosy.
Głównie raperów w postaci Brytyjczyka Swaya (plasującemu się na poziomie Dizzee Rascala czy Wileya) oraz Ms. Jade (nagrywająca dla amerykańskiej wytwórni Interscope Records). Szczególnie pierwszy wymienionych to inteligetny nawijacz, który strzela ciekawymi rymami niczym Bob Munden :). No i nie zabrakło wokalów dancehallowej królewny – Cecile Charlton.

Przez takie wykorzystanie zaproszonych gości, Amon i Joe chcieli nadać swojej dotychczasowej twórczości bardziej otwartego waloru. W szczególności dotyczy to Tobina, który wspomniał o tym w wspomnianym przeze mnie wyżej wywiadzie. Brzmienie „Two Fingers” nie będzie więc tak agresywne, jak to ma miejsce chociażby u chłopaków z Virus Syndicate. Więcej dynamizmu oraz zaskakujących dźwiękowych hybryd. Longplay „Two Fingers” powstawał dwutorowo. Najpierw w Monstrealu przebiegało nagrywanie materiału ze Swayem, a reszta – w nowym domu Tobina usytuowanym na obrzeżach San Francisco. Nie będzie miejsca na tym albumie na wtórny sampling bazujący na istniejących dźwiękach.

Jak wielu producentów, także i Tobin korzystał z dobrodziejstw field recordingu, czyli nagrywanie, łapanie brzmienia z otoczenia. Które następnie przerabiał w swoim studio. Pomimo, że metodologia wzięta żywcem z połowy ubiegłego wieku, dzięki temu oszczędna warstwa intensywnych dźwięków ma wywołać ogromną ilość emocji. I tak jest w istocie. Do nagrań, do których udało mi się dotrzeć, wyłania się unikalna, transkontynentalna wizja współczesnego hip hopu, który rozkłada Bridge Grandmaster Flasha na łopatki. Nie zabraknie także dobrego, starego brzmienia Amona w formie „Keman Rhythm” – przerażającego piekielnym obrazem downtempo.

Niektóre nagrania z krążka „Two Fingers” możecie posłuchać na Myspace tego projektu. Do tego jest dostępnych na YouTube parę smaczków: fragmenty Straw Men oraz Whatuknowabout:

…oraz nawiązujący do dubstepu numer Not Perfect:

Będzie nowy album Tortoise!

Niemal pięć lat po ostatnim studyjnym krążku raz dwa lata po albumie nagranym wspólnie z Bonnie Prince Billym, grupa Tortoise zapowiada swoje nowe wydawnictwo. Znamy pierwsze szczegóły! Rzecz nosić będzie tytuł „Beacons and Ancestorship”, premierę zaplanowano na 22 czerwca. Album ukaże się nakładem wytwórni Thrill Jockey. Trochę wcześniej, już 18 kwietnia jeden z premierowych kawałków – „High Class Slim Came Floatin” – dostępny będzie na składance „Records Toreism”.

Zobaczcie tracklistę:

  • 01. High Class Slim Came Floatin In
  • 02. Prepare Your Coffin
  • 03. Northern Something
  • 04. Gigantes
  • 05. Penumbra
  • 06. Yinxianghechengqi
  • 07. The Fall Of Seven Diamonds Plus One
  • 08. Minors
  • 09. Monument Six One Thousand
  • 10. de Chelly
  • 11. Charteroak Foundation

Przypomnijmy, że ostatnim albumem Tortoise jest nagrany w 2004 roku „It’s All Around You”. W 2006 panowie nagrali wspólnie z Bonnie Prince Billym materiał „The Brave And The Bold”. Natomiast tak brzmieli Tortoise w najlepszych czasach – album „TNT”, kawałek „The Equator”

Masz pomysł na video Garniera?

W lutym pisaliśmy o nowej płycie Laurenta Garniera, której premiera zaplanowana została na 11 maja. Jak się okazuje, artysta ogłosił konkurs na video promujące krążek. Przypomnijmy, że album zatytułowany będzie „Tales Of A Kleptomaniac”, na krążku znajdziemy m.in. utwory utrzymane w klimacie dupstepowym. Całość promować będzie kawałek „Gnanmankoudji”, do którego trzeba teraz nakręcić teledysk.
Garnier ogłosił konkurs na pomysł klipu. Na zwycięzcę czekać będzie budżet w wysokości 2000 Euro. Szczegóły zawodów znajdziecie na MySpace artysty. Natomiast poniżej prezentujemy próbę live seta artysty:

Intrusion – The Seduction Of Silence


Korzeni popularnej dziś estetyki dub techno należy szukać w latach 70.i 80. Z jednej strony, jak już sam termin wskazuje, inspiracją do jej wykreowania był klasyczny jamajski dub, tworzony przez takich wykonawców, jak Lee Scrach Perry czy King Tubby, a z drugiej – dokonania nowofalowych artystów, specjalizujących się w minimalistycznej elektronice (dziś szufladkowanych jako minimal wave).

Spośród tych ostatnich, największe znaczenie dla narodzin nowego gatunku miały dwie płyty opublikowane w 1980 i 1982 przez austriackiego kompozytora Konrada Beckera pod nazwą Monoton. Choć później zapomniane, w chwili swego wydania, wywarły one ogromny wpływ na niemiecką scenę Neue Deutsche Welle. Jednym z jej przedstawicieli był Moritz Von Oswald, współpracujący wtedy z eksperymentalną formacją Palais Schaumburg.

Niewiele ponad dekadę później, wraz ze swym muzycznym partnerem, Markiem Ernestusem, dokonał on śmiałej syntezy jamajskiego dubu i teutońskiego minimalizmu, wpisując oba gatunki w formułę rodzącego się wówczas techno i ambientu. Rezultaty tego przedsięwzięcia, objawione światu w postaci nagrań projektu Basic Channel, stworzyły podwaliny pod rozwój nowej estetyki. Dub techno zaczęło przeżywać swój burzliwy rozwój jednak dopiero na początku obecnej dekady – najpierw za sprawą artystów związanych z nową wytwórnią Von Oswalda i Ernestusa, Chain Reaction, a potem, coraz większej liczby projektów, rozsianych po Europie i Ameryce.

Jednym z najciekawszych kontynuatorów myśli berlińskiego duetu okazała się para producentów z Detroit – Rod Modell i Mike Schommer – działająca pod szyldem DeepChord. Ich produkcje miały dwa oblicza – pierwsze, skłaniające się ku onirycznej, wręcz ambientowej wersji dub techno, i drugie – bardziej surowe, mechaniczne, o wyraźnie zaakcentowanym rytmie. Nic więc dziwnego, że drogi obu artystów rozeszły się. Bardziej skorzystał na tym Modell, który wspólnie z pochodzącym z Chicago Stephenem Hitchellem powołał do życia nowy duet – Echospace. Wydany przezeń dwa lata temu debiutancki album – „The Coldest Season” – okazał się opus magnum całego gatunku.

O ile był on mocno zainspirowany ambientowymi dokonaniami Basic Channel, tak pierwsza płyta solowego projekt Mitchella, Intrusion, więcej inspiracji czerpie z dubowej inkarnacji teamu Von Oswald-Ernestus – Rhythm & Sound. Doświadczamy tego już na wstępie „The Seduction Of Silence”. „Montego Bay” i „Angel Version” to wolne, masywne, dostojne kompozycje, w których niespieszne bity, podbite drgającymi basami, niosą zaszumione pasaże analogowych klawiszy. W drugim z nagrań śpiewa Paul St. Hilaire, nadając mu nieco bardziej melodyjny charakter. Jeszcze bliższe jamajskiemu idiomowi są dwa następne utwory – „Tswana Dub” i „Intrusion Dub”, skoncentrowane na niemal reggae`owym pulsie i wzbogacone charakterystycznym brzmieniem melodiki.
W „Seduction” i „Reflection”, Mitchell zwraca się bardziej ku muzyce Basic Channel. Obie kompozycje wyróżnia zatopiony głęboko w oniryczne tło puls bitu i basu, na którym przewalają się niczym fale oceanu kaskady skorodowanych akordów. Utworom tym blisko do amorficznego techno, produkowanego przez chicagowskiego producenta pod pseudonimem Soultek.
Na zakończenie albumu, Hitchell zanurza się w podwodnym ambiencie. „Distant Twilight” i „A Night To Remember” układają się w wolno płynąca suitę, jedynie pozornie przypominającą „The Coldest Season”. Ten ambient ma bowiem całkowicie inny charakter – ciepły, organiczny, subtelny, bujający, przywołujący dalekie echo karaibskich brzmień. Jeszcze silniej podkreślone zostają one w utworze „Little Angel” – oczywiście poprzez słodki śpiew Paula St. Hilaire`a. Prawie półtoragodzinna płyta kończy się szeroko rozlanym strumieniem analogowych klawiszy podszytych głęboko zbasowanym tętnem („Under The Ocean”).
Muzykę Stephena Hitchella z „The Seduction Of Silence” wyróżnia głębokie uduchowienie – to same, którą spotykamy w twórczości Roda Modella, Echospace czy Rhythm & Sound. Wbrew pozorom, to wcale nie takie oczywiste – w wielu produkcjach innych artystów z kręgu tego nurtu (szczególnie Anglików – Murmur, Andy Stotta, czy Claro Intelecto) wyraźnie brak tego elementu. A to właśnie on wynosi dub techno na wyższy poziom percepcji.
Sprawdź

2009