Gil Scott-Heron – We’re New Again – a Reimagining by Makaya McCraven
Łukasz Komła:

Rewolucji nie będzie.  

Nicolas Jaar – Cenizas
Jarek Szczęsny:

Bez planów na przyszłość.

BOA – Outer Gateways
Paweł Gzyl:

Dubstep ciągle żywy.

Pejzaż – Blues
Bartek Woynicz:

Nostalgiczna nóżka chodzi.

Jacaszek – Music For Film
Mateusz Piżyński:

To nie jest soundtrack, chociaż…

Sleeparchive – Trust
Paweł Gzyl:

Techno sprowadzone do loopów.

Trampique – Life Outside The Mirror
Jarek Szczęsny:

Melancholia codzienności.

Jan Wagner – Kapitel
Łukasz Komła:

Autentyczna bruzda.

Ian William Craig – Red Sun Through Smoke
Jarek Szczęsny:

Mgnienia poczucia straty.

Christian Löffler – Lys
Paweł Gzyl:

Piosenka jest dobra na wszystko?

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 2
Paweł Gzyl:

Soundtrack do współczesnego „acid westernu”.

Skalpel – Highlight
Bartek Woynicz:

Balsam na czas zarazy.

Electric Indigo – Ferrum
Paweł Gzyl:

W atomowym silosie.

Stian Westerhus – Redundance
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od tradycyjnych piosenek.



Caribou – Suddenly

Co nagle, to po diable?

Może jednak nie, aż tak nagle jak sugeruje tytuł, bo przed premierą mieliśmy już możliwość zapoznać się z dwoma singlami, ale faktycznie od ostatniego wydawnictwa Caribou minęło pięć lat, a od albumu „Our Love” prawie sześć. Kanadyjczyk generalnie patrząc kontynuuje na swym siódmym longplay’u drogę wytyczoną na wspomnianym poprzedniku, więc znów mamy tutaj sporo śpiewanych falsetem przebojowych piosenek o zdecydowanie ładnych liniach melodycznych (,np. okadzone jazzowo, a przesiąknięte housem „Lime” czy pachnące francuską lekkością duetu Air „Magpie”).

Ciekawsze jednak są tu numery trochę „z innej bajki”. Takie „Home” na przykład zaskakuje poprzez odważne organizowanie perkusji i dość swobodne żonglowanie soulowymi samplami, przez co brzmi jakby wyszło spod rąk Kanye Westa – głównie dzięki partii wokalnej Snaitha nie jest może tak bezwzględnie oderwane od jego stylu. W „Sunny Time” zaś minimalistyczny początek wykreowany na przyjemnym patencie ze spitchowaną pętlą pianina spotyka się kontrastującą pętlę, z niesterylnie ciętego sampla z rapem, co w sumie tworzy dość odkrywczą miksturę. W „New Jade” ponownie słyszymy szybko pętloną partię z żeńskiego wokalu, co może kojarzyć się z twórczością Four Teta, ale zaraz potem wchodzą do gry bębny przeszczepione niemal z drill’n’bassu, co w kontekście wręcz popowej aury tej piosenki znów tworzy udane, niesztampowe połączenie.

Trzeba przyznać, że Caribou nawet jak ewidentnie przesładza utwór swoim falsetem jak, np. w „Like I Loved You”, to jednocześnie stara się to jednak zrównoważyć, np. oryginalną solówką gitarową zagraną przez Colina Fishera lub dysonansującym podkwaszeniem w innych partiach.

Zdecydowanie najwięcej kontrowersji w zestawie dwunastu kompozycji mogą budzić grubo ciosane „Ravi” (zbudowane na irytującym wokalu i hi-hatcie) oraz „Never Comes Back” (kojarzące mi się z „najtisowym” hitem „She Knows You” Dj Tonki). Co za tym idzie, „Suddenly” wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony trudno nie docenić niektórych pomysłów, sprawności producenckiej, ucha do melodii czy ugruntowanej umiejętności śpiewania, z drugiej niektóre fragmenty tego albumu faktycznie mogą być ciężkostrawne. Generalnie jednak nowego krążka twórcy „Swim” słucha się przyjemnie i co ważne chce się do niego wracać. Pomimo niekiedy zaskakującej różnorodności stylistycznej wypatrzonej w detalu, z poziomu makro całość nieźle trzyma się głównej, piosenkowej konwencji, a już na pewno ugruntowuje charakterystyczny styl Caribou.

28.02.2020 | Merge Records

https://www.facebook.com/caribouband/
https://soundcloud.com/caribouband

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz