Wpisz i kliknij enter

Destylat osobistych przeżyć i wyobrażeń – rozmowa ze Zgubą

Z miłości do Bacha i Laibacha.

Niestety nie mogłem odwiedzić osobiście artysty w miejscu, w którym rezyduje, czyli w bułgarskich górach. Pozostało mi przeprowadzić wywiad metodą internetową. Nie wpłynęło to znacznie na intensywność treści, która jest taka, na jaką liczyłem. Po fascynacji jego albumami przyszedł czas na wywiad. Przed wami rozmowa ze Zgubą.

Jarek Szczęsny: Pseudonim artystyczny, za którym się ukrywasz nie zwiastuje niczego dobrego.

Zguba: Faktycznie, słowo to nie budzi zbyt pozytywnych emocji – zguba czeka nas wszystkich, niezależnie od statusu czy ukontentowania ze swojej egzystencji. Jesteśmy zaledwie materiałem cielesnym, który nieustannie podlega degradacji, a w ostatecznym rozrachunku jedyne co nadejdzie to totalne zapomnienie. Z drugiej strony kryje się w tym pewna uczciwość czasu, wobec którego nikt nie jest ważniejszy.

Niezwykle precyzyjnie opakowujesz swoją muzykę. Zarówno jeśli chodzi o okładki, jak również wideoklipy.

Moje najmłodsze lata spędziłem w rodzinie hołdującej tradycjom niemal XIX-wiecznym. Gotowała nam gosposia, sprzątaniem zajmowała się służba, a dni spędzane były często w zadymionych pokojach na filozoficznych dysputach, oczywiście z dobrym cygarkiem przy herbacie podawanej z chińskiej porcelany. Nawet stosunkowo mało istotne szczegóły mają ogromny wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości. W przeciwieństwie do moich innych projektów muzycznych, Zguba to projekt mi najbliższy i estetyka, jak i konwencja, których się trzymam, bardzo odwołują się do tamtych czasów – suto zastawianych wieczerzy, pieczystego, intelektualnej swobody, ale też świadomości ludzkich ograniczeń i ogromu cierpień, ciągłej repetycji. Wszystko jest destylatem osobistych przeżyć i wyobrażeń.

Jeśli już jesteśmy przy wideoklipach to muszę zapytać o dwa z nich. Pierwszy z nich do utworu „Raróg”: cóż to za film i jak go znalazłeś?

Odkąd pamiętam zawsze chciałem być reżyserem filmowym. Filmu (poważnego) do tej pory żadnego nie nakręciłem, ale już od ponad dekady kolekcjonuję zapomniane i kuriozalne twory. Zbierając te materiały w międzyczasie komponowałem muzykę, czego owocem był mój debiutancki album „The Last Command”, którego tytuł notabene odnosi się do jednego z moich ulubionych filmów niemych. Klip „Raroga” zmontowany został z radzieckiego dzieła o tytule „Pieśń tajgi”, pięknej propagandowej produkcji z lat 40., opowiadającej o niemożności artystycznego spełnienia się, jak i ucieczce od prawdy i odpowiedzialności.

Drugi klip jest bardziej niesamowity czy klimatyczny i został wykorzystany do utworu „Pomór”.

To z kolei zupełnie zapomniana  animacja „Tifusari”, oparta na wierszu chorwackiego poety Jury Kaštelana – szczerze polecam, chociaż to duży ciężar gatunkowy.

Słuchając twoich albumów – „The Last Command” oraz „Potwarz” – trudno oprzeć się wrażeniu, że rozgrzebujesz przeszłość. Czego tam szukasz?

W gruncie rzeczy głównie szukam tam siebie, brudnej okopowej prawdy, ostatniego pocałunku przed śmiercią jak tego między Jeanem Gabinem a Michèle Morgan w „Ludziach za mgłą”, smaku ostatniego kielicha przed nadchodzącą zagładą, ostatniej myśli przed zamknięciem oczu. Jak już wspomniałem wcześniej – to wszystko repetycja, przyprawiająca o malignę szaleńcza powtarzalność.

Równie czytelna jest inspiracja muzyką klasyczną, w tym dokonaniami Henryka Mikołaja Góreckiego.

To też wynika w dużej mierze z mojego wychowania. Festiwale pianistyki polskiej, opery, prywatne koncerty  – często musiałem przecierpieć po raz wtóry niemożebnie ciągnące się opery Verdiego, ale dzięki temu odkryłem też wspaniałych kompozytorów jak Szostakowicz, Skriabin czy Silwestrow. W ogóle 13 symfonię Szostakowicza uznaję za jedną z najmocniejszych rzeczy w muzyce.

Jeszcze proszę o dopowiedzenie skąd u ciebie przywiązanie do muzyki elektronicznej czy ambientowej?

Nigdy nie zapomnę jak mając bodaj 13 lat grzebałem w kasetach mojego wujka i po kryjomu, w zaciszu domowym, słuchałem ich z wypiekami na twarzy. Czego tam nie było, śmietanka lat 80. – Sisters of Mercy, Swans, Psyche, Laibach. Właśnie ten ostatni i płyta „Krst pod Triglavom” zrobiły na mnie ogromne wrażenie bliskie przeżyciu mistycznemu. Wtedy to też zwróciłem uwagę, że mrowie instrumentów czy zmian tempa nie są konieczne w wywołaniu pewnej muzycznej ekstazy. Muzyka ambientowa, mimo wielu pogłosów czy powtórzeń, wydaje mi się bardzo czysta, niemal sakralna. Leży ona na przeciwległym biegunie muzyki tanecznej i pychy, nie stara się szokować czy pobudzać intelektualnie. Wydaje mi się ona bardzo szczera, na wskroś osobista, tworzona często w ramach oczyszczenia albo po prostu dla uwielbienia piękna. Mimo mej miłości do Bacha najbardziej lubię aranżację Eduarda Artemiewa do filmu Solaris.

Z wielką uwagą na Nowej Muzyce śledzimy dokonania Opus Elefantum Collective. Wasze kolektywne działania budzą pozytywne odczucia. Chociażby udział Lugshara na albumie „Pomór”. Wszyscy się tam znacie? Kolegujecie? Gdzie tkwi sekret przekładania waszej wspólnej pracy na efekt artystyczny?

Jak sama nazwa głosi – jesteśmy kolektywem. Wzajemnie inspirujemy się i nieustannie napędzamy. Gdyby nie bracia Jurga czy Foghorn prawdopodobnie nigdy bym nie ośmielił się wypuścić mojej muzyki w świat. Nieustannie utrzymujemy kontakt i wymieniamy się najnowszymi pomysłami, konsultujemy je i doradzamy sobie wzajemnie w kwestiach zarówno ideologicznych jak i „kuchennych”, czyli produkcji, masteringu, brzmienia. Mimo rosnącej liczby artystów staramy się utrzymywać taką atmosferę w labelu – jest to ciągły proces doskonalenia się. Bardzo jestem rad z absolutnie fantastycznych rzeczy, które ostatnio w Opus Elefantum się pojawiły, np. płyta Astrokota czy Lugshara. Z tym drugim na wielu poziomach odnalazłem wspólny język, czy to poprzez nocne dyskusje czy podobne odczuwanie muzyki. Z tajemnic zdradzę, że w tym roku ukażą się 2 kolejne części trylogii, zapoczątkowanej przez jednego ze wspomnianych artystów, za każdą część odpowiedzialny będzie inny muzyk – to będzie taka pierwsza Opusowa seria.

Nim przejdziemy do spraw ogólniejszych i niekoniecznie sąsiadujących z muzyką, zapytam czym dla ciebie jest muzyka?

Staram się zawsze, aby była ona jakimś zapisem moich wewnętrznych lęków czy radości – taki transkrypt mojego stanu ducha. Nie jest to łatwe.

Podobno ukrywasz się pośród bułgarskich gór. Co z nich widać?

Pięknie ośnieżone pasma górskie, bujnie zalesione drzewiem iglastym. Malutkie białe wioseczki, znacząco oddalone od siebie, pływające często w szarym mleku schodzących z gór mgieł. Z jednej strony pachnące pola różane, z drugiej pastuszkowie, którzy oprowadzają owce po okolicznych pastwiskach. Po prostu błogość, sielskość i brak pośpiechu – Bułgarzy mają na to swoje słowo pochodzące z tureckiego – „ajljak”.

Jak sytuacja z zamknięciem, epidemią i wszystkim tym co wokół wpłynęła na ciebie?

Poza uniemożliwieniem mi dostępu do moich ukochanych gór – niewiele się zmieniło. Nigdy nie byłem specjalnie socjalnym bytem. Wydaje mi się, że tylko w bardzo nielicznych przypadkach odczuwamy koneksję zarówno z naturą jak i innymi ludźmi – to umiejętność, którą zatracamy coraz bardziej. Poza tymi pięknymi, ważnymi chwilami zawsze jesteśmy skazani na siebie – w nierównym i nieokreślonym tańcu podrygujemy sami i nikt nie wie, jakie ruchy są prawidłowe. Nieprzewidzianym owocem pandemii była EP`ka „Pomór”, której wcale nie planowałem i prawdę powiedziawszy nie potrafiłbym już zreplikować emocji, które mi przy jej tworzeniu towarzyszyły – to był właśnie ten dryf i poczucie jedności, coś poza empatią i fizycznością.

Czy obecna sytuacja wpłynie jakoś na rynek muzyczny? Odbiorców? Wydawców? Organizatorów koncertów?

Zdecydowanie, jest to nawet widoczne na przykładzie samego Opus Elefantum. Parę większych premier zostało przesuniętych i skupiliśmy się głównie na mniejszych wydawnictwach i artystach, którzy nie koncertują. Dzięki takim akcjom jak dni bez dodatkowych opłat na Bandcampie wielu twórców miało szansę przeniknąć do szerszej świadomości słuchaczy. Jestem przekonany, że głód występów wzrósł zarówno wśród muzyków jak i fanów i może nadejść potężna fala takowych wydarzeń. Przez ten rosnący apetyt być może wielu twórców ośmieli się podzielić swoją twórczością na żywo.

Kogo, jak nie artystów, mamy pytać o przyszłość i o ocenę rzeczywistości? Więc pozwolę sobie zadać pytanie: jak to wszystko będzie wyglądać kiedy COVID-19 już nie będzie?

Chciałbym być bardzo optymistyczny i powiedzieć, że była to dobra lekcja i ten czas zamknięcia był dla wielu czasem refleksji. Patrząc jednak na sytuację już teraz, jakiś czas po zniesieniu kwarantanny, widzę, że nie zmieniło się nic, a epidemia staje się niemal anegdotyczną ciekawostką. To nie był ten mur, który powstrzymałby bezmyślny marsz, w którym wszyscy bierzemy udział.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy