Wpisz i kliknij enter

Muzyka rozrywkowa – to brzmi dumnie

Uśpione endorfiny przypominają sobie od czego są.

Kilkukrotnie w życiu posłużyłem się sformułowaniem: „dałbym się pokroić za dobrą płytę pop” i zdania w tej kwestii nie zmieniłem. Powszechne mieszanie stylów już nikogo nie zaskoczy, więc płyta musi być dobra. Nie będę definiował słowa „dobra”, a za to posłużę się porównaniem z albumem, który ozłacał rok 2018, czyli „Honey” autorstwa Robyn. Ostatnie tygodnie września roku 2020 przyniosły ze sobą cztery płyty z muzyką rozrywkową. Taką, która nie powoduje bólu zębów i stara się wprowadzić bezczelnie dobre samopoczucie.

Odtrącając na bok wszystkie, potencjalne zarzuty o traktowaniu muzyki w sposób użytkowy nieśmiało przypomnę, że rozrywka potrafi być sztuką przez duże „S” o czym w erze cyfrowej przypomniał zespół Daft Punk albumem „Random Access Memories”. Chodzi o ten moment kiedy czujemy czysto fizyczne uderzenie w ciało. Uśpione endorfiny przypominają sobie od czego są, a ludzie z zakorzenionym strachem wobec narkotyków mogą z ulgą przyjąć do wiadomości, że wystarczy nacisnąć „play”, aby wszelkiej maści bóle i odrętwienia ustąpiły. Po to też mamy muzykę rozrywkową.

Prezentowane cztery wydawnictwa nie są wolne od wad. Niektóre pewnie mogłyby być lepiej dopracowane, ale żarliwości nie można im odmówić. W dodatku słuchając ich jedno po drugim można odnieść wrażenie, że wzajemnie się uzupełniają skutecznie zapełniając każdą rozrywkową przestrzeń. Jest okazja poszerzyć spostrzeżenia, więc zaprezentują się dla was utwory, przy których można pośpiewać, potańczyć, stracić poczucie rzeczywistości, a nawet wyrażają dumę ze swej nie-fajności. Wszystkie łączy jeszcze jedna cecha: są autorskie.

Człowiek z cekinami

Nawet w gorszych momentach mój podziw zawsze wzbudzała pasja wyraźnie słyszalna w głosie Willa Butlera wokalisty Arcade Fire. Jego macierzysty zespół z wyjątkową przebiegłością uciekł z pułapki „bycia następnym U2” i na wyśmienitym albumie „Reflektor” włożyli ubrania pokryte cekinami i poszli w tan. Zrobili to na tyle dobrze, że zostali tam na dłużej, co zaowocowało niezbyt udaną wycieczką w rejony Abby na „Everything Now”. Drugi solowy album Butlera „Generations” również nie stroni od tanecznej rytmiki, a nawet potrafi skręcić w nurt disco („Hard Times”). Cały materiał nie wymaga prasowania.

Butler to sprawny żongler, który mnogość stylistyczną i łatwość zmian ma w małym palcu. Kompas czasami mu szwankuje, ale swoją bezpośredniością wiele nadrabia. I tak jest z najnowszą płytą, którą słucha się po prostu dobrze. Syntezator, gitara elektryczna i podbity rytm otwierające „Outta Here” są chwytliwe. Dodać do tego należy, że wokalista świadomie lub nie stara się naśladować Micka Jaggera. Trzyma się wypracowanego schematu podmiejskiej melodyjności („Close My Eyes”), a ja się na to ciągle nabieram. No i chórki też są obowiązkowo.

Niestety nie utrzymuje równego poziomu przez cały album. Utyka gdzieś w środku i błądzi pod koniec. Na koniec z tego wielobarwnego korowodu bezgranicznej przesady, stylowej przebojowości, brokatu i cekinów wychodzi jednak obronną ręką. Znów, zgodnie ze schematem, zamykając album utworem wolnym. Kopiuje niemal „You Got It” Roya Orbisona, ale opowieść o George`u Washingtonie i niewolnikach literacko wkręca.

Dumna nie-fajność

I’ll tell it to your face / For once and for all / My life is anti-strategic / Lying between comic and tragic” – jaśniej już się nie da. W ten sposób deklamuje już w pierwszym utworze nowej płyty Marie Davidson. Z pomocą L’Œil Nu (Pierre Guerineau i Asaël R. Robitaille) wskrzesza podniosłą tonację muzyki lat 80. Robi to ze śmiałością, której zresztą nie brakowało na poprzednim albumie „Working Class Woman”. Tym, którym do gustu przypadł gniew przepalający słowa artystki niech będą spokojni. Nie minął, tylko zmienił dekoracje.

Eskapizm również ma swoją reprezentację. To mocny i prosty aż do bólu „Worst Comes To Worst”. Zaskakujące jest również w jaki sposób Davidson odrzuca muzykę taneczną jako platformę do głoszenia swojego manifestu. „Back To Rock” posiada wypolerowaną powierzchnię popowych tekstur lat 70. przeciętą okrutnie wzniosłą solówką gitary elektrycznej. Patos się wylewa. Z kolei „Just In My Head” zabiera nas wprost do kawiarnianego jazzu, który nasz poeta mógłby nazwać „fryzjerskim”. Artystka z zaciętością zmienia maski, a nawet języki (angielski i francuski). Trudno połapać się kiedy jest prawdziwa, a kiedy przymierza stroje.

W tym cała zabawa, żeby nie było nazbyt oczywiście. Dobrym przykładem mylenia tropów jest „Lead Sister”, ale może być nim również „Center Of The World (Kotti Blues)”, którego jasny przekaz z gitarą akustyczną sączą z wolna tęsknotę za prostotą. Davidson „spowiada” się nam z bycia przebodźcowaną, zbytnio przytłoczoną nadmierną liczbą występów oraz byciem ciągle w trasie. Łatwo przyswajalna otoczka stoi w sprzeczności z nadrzędnym celem wokalistki, która chciałaby z dumą obnosić się ze swoją nie-fajnością.

Detroit znów w modzie

Theo Parrish nie zostawia nawet sekundy na wahanie. Serwując na początek swojego albumu „Wuddaji” utwór „Hambone Cappuccino” podsuwa nam pod tylną część ciała wygodny fotel, usadza nas ślicznym basem i kręci nami jak chce po parkiecie. Niczego innego nie można było się spodziewać po facecie, który zajmuje się elektroniką od trzynastego roku życia i przeszedł wiele szkół. Nasiąkał muzyką Niny Simone i Milesa Davisa, dorastał w Chicago, a osiadł w Detroit. Tym samym zaliczył najważniejsze ścieżki muzyczne.

Jego najnowsza płyta wraz z krążkiem Moodymanna „Taken Away” przywracają blask scenie Detroit. Pod względem poukładania, skrupulatności i rozmaitości krążek Parrisha wydaje się być bardziej dojrzały. Mniej zalotny, ale za to dojrzalszy dający ogromną satysfakcję ciekawemu słuchaczowi. Weźmy „Angry Purple Birds”, gdzie twórca układa minimalistyczne techno z perkusyjnych dźwięków, ani na moment nie tracąc kontroli nad całością. Piszę tu o muzyce rozrywkowej, więc muszę wspomnieć o „Hennyweed Buckdance”. Jest to najlżejszy kawałek na płycie w dodatku zapętla bluesową gitarę.

Muzyk trzyma również rękę na pulsie nowoczesnej muzyki. Udowadnia to w „All Your Boys Are Biters”. Wszystko po to, aby za chwilę zmiękczyć nas syntezatorowymi kolażami w „Knew Better Do Better”. Nie byłoby pewnie takiej radochy ze słuchania, gdyby nie dziesięciominutowy „This Is For You” z Maurissą Rose na wokalu. Z jednej strony można dać się oczarować wokalowi, a z drugiej słuchać uważnie w jaki sposób Parrish buduje melodie. Tym utworem otwiera nam drzwi do wielkiego finału.

Samolubna mademoiselle

Ekscentryczność? Mierzona w tonach. Platynowe hity? I to jakie! Czy jest cool? Ona uosabia to pojęcie. A jakaś tajemnica? Owszem, również. Z połączenia powyższych cech wyjść może jedynie Roísín Murphy. Właśnie wjechał jej piąty album roztapiając resztki zlodowacenia na Ziemi, nadając każdym biodrom niespotykanej elastyczności. Irlandka po raz kolejny używa swej klubowej magii snując wysoce estetyczne utwory w swej skomputeryzowanej fantazji. Kreuje się na maszynę, na co zwraca tytuł „Róisín Machine” i stara się nas przekonać, że uczuć w niej niewiele, ale przecież wiemy, że to nieprawda. Nawet jak nazwie siebie „samolubną mademoiselle”.

Onieśmiela już na wstępie z przytupem deklarując co będzie grane: „I feel my story’s still untold / But I’ll make my own happy ending”. Pierwszemu utworowi zresztą daje tytuł „Simulation”. W tym miejscu proszę odnotować, że już od tego fragmentu mój obiektywizm opuścił pokój, w którym rozbrzmiewać zaczął pulsujący rytm, a atmosfera zgęstniała na każdym metrze kwadratowym. Na żadnym etapie płyty (produkcja DJ Parrot) kontrola nie wymyka się z rąk artystki. Trzyma muzykę w garści nawet w porywającym „Murphy`s Law” (plus za podwójne znaczenie tytułu).

Każda sekunda tego albumu ma zmusić was do tańca i w tym tkwi największe piękno Murphy. „Kingdom of Ends” jest jednym wielkim rozwojem, kiedy czekamy na jakiś finał, mocne uderzenie, ale nic takiego się nie dzieje. Choć tuż po ostatnim takcie pojawia się absolut w postaci „Something More”, gdzie od samego początku wokalistka żąda czegoś więcej. Gdyby to był średniowieczny lub staroegipski dwór to drżałbym ze strachu szukając rozwiązania nienazwanych trosk swojej królowej. Mocnym beatem jeszcze przymusza nas do podrygów.

Pulsujący łańcuch utworów nie kończy się, a w pewnym momencie trafia się mocarny „We Got Together”. Roísín Murphy zna wszystkie ruchy Prince`a, Kylie Minogue, Grace Jones oraz Jessie Ware demonstracyjnie używając ich do swoich celów („Game Changer”). Nawet zamiast spokojnego zakończenia proponuje galop na złamanie karku („Jealousy”). Porzuca słuchacza, który nie jest w stanie dotrzymać jej kroku. Nie wolno zapomnieć, że pod stroboskopowym światłem kryje się wrażliwa istota, która przebija z tekstów, a potańczyć można również wraz z towarzyszącą melancholią.

Wymienione wyżej cztery powody mają skłonić do radości, poszukania drobin optymizmu, ale, co znamienne, żadna z płyt nie proponuje hedonizmu bez granic. Chyba nawet tu czasy się zmieniły. Naturalnie można zignorować te albumy i opuścić nos na kwintę albo uznajmy po prostu, że człowiek roztropny świętuje to, co może.

Will Butler – Generations | Merge Records 2020
Marie Davidson & L’Œil Nu – Renegade Breakdown
| Ninja Tune 2020
Theo Parrish – Wuddaji
| Sound Signature 2020
Róisín Murphy – Róisín Machine
| Skint 2020







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy