Jak w tym roku brzmi jesień?
Chyba już niewiele kto pamięta, że Francis Harris był na początku XXI wieku jednym z najważniejszych twórców minimalowego tech-house’u. Pod pseudonimem Adultnapper serwował serię klubowych killerów, które cieszyły się sporym powodzeniem po obu stronach oceanu. Z czasem amerykański producent zmęczył się tego typu muzyką i w 2012 roku zadebiutował pod własnym imieniem i nazwiskiem, zwracając się w stronę nastrojowego deep house’u. Choć dwie pierwsze płyty, które zrealizował w tym cyklu – „Leland” i „Minutes Of Sleep” – można uznać za wręcz arcydzieła gatunku, potem powoli skierował się w stronę jeszcze spokojniejszej muzyki. Dowodem tego jego ostatni album – „Treshold”, który zaskoczył słuchaczy elektroakustycznymi balladami.
Nieco później zadebiutował Gareth Quinn Redmond – bo jego pierwsza płyta ukazała się w 2019 roku. „Laistigh Den Ghleo” objawił irlandzkiego producenta jako spadkobiercę japońskiego new age w wersji „ojca” nurtu – Satoshi Ashikawy. Realizując jego koncepcję „kankyō ongaku” dubliński artysta nagrywał muzykę „unoszącą się jak dym”, czego dowodem były kolejne płyty, takie jak „Umcheol” czy „Ar Ais Arís”. Dwa lata temu Redmond nagrał album z polskim perkusistą jazzowym Albertem Karchem – „Warszawa”. Kolejnym dowodem na jego skłonność do kooperacji z innymi artystami jest teraz wspólny krążek z Francisem Harrisem.
I tym razem Irlandczyk zaprosił do współpracy Karcha, czego efektem są tutaj edytowane komputerowo partie szeleszczącej perkusji, nadające niektórym utworom puls typowy dla downtempo („Wind With Wings”). Częściej rozwibrowane dźwięki hi-hatów nie mają jednak rytmicznego charakteru, tylko wpisują się w resztę zawiesistej tkanki nagrań („For Everyone Who”). Redmond pozostaje bowiem wierny swej estetyce i zanurza perkusyjne partie w świetlistej i rozedrganej elektronice („Swans”). Za sprawą Harrisa rozbrzmiewają delikatne akordy piano, nadające muzyce melancholijny nastrój („For Everyone Who”).
Te bogate aranżacje uzupełniają wokalizy irlandzkiej piosenkarki Rachael Lavelle. Raz jest to eteryczny śpiew przypominający dokonania Elisabeth Frazer („Swans”), a kiedy indziej pełne partie niosące tekst, za sprawą których trzy nagrania zamieniają się dreampopowe ballady o rozmarzonym tonie i niespiesznej rytmice („Flutter” czy „However Dimly”). Najlepiej wypada tu „Eyes Bright and Low”, w którym akustyczne i elektroniczne dźwięki splatają się w psychodeliczną kołysankę, przywołującą na myśl najlepsze lata trip-hopu.
„Eyes Bright and Low” to niedługi, ale stylowy zestaw. Harris i Redmond łączą w siedmiu kompozycjach z płyty dosyć różnorodne brzmienia, ale nadają im na tyle amorficzny ton, że nie gryzą się one ze sobą, tylko układają w oniryczną i organiczną całość. Mamy tu niby piosenki – ale bliżej im do muzyki ilustracyjnej niż do jakiejkolwiek odmiany popu. Nad całością unosi się oczywiście duch nieżyjącego od 1983 roku Satoshi Ashikawy, sprawiając, że utwory z albumu zgrabnie łączą elementy ambientu, new age, neoklasyki i minimal music. Tak mogłaby brzmieć jesień – przynajmniej w tym roku.
INNI 2026


Skomentuj