Nietypowe i oryginalne ujęcie… trip-hopu.
Był za młody, aby uczestniczyć w rave’owej subkulturze, ale jako nastolatek zachwycił się UK hard core’m z mikstejpów od starszych kolegów. Kupił więc sobie syntezator i zapisał się na lekcje gry na nim. Tak poznał Alison Skidmore, która namówiła go na studia z sound designu. Na pierwsze efekty nie trzeba było długo czekać: w 2006 roku zadebiutował płytą „Merciless”, na której znalazł się nastrojowy IDM, czerpiący energię z dub-techno. Krążek wydała dopiero rozpoczynająca działalność manchesterska wytwórnia Modern Love, z którą skontaktował młodego artystę kumpel jego starszego brata – czyli Mark Stewart znany jako Claro Intelecto.
Stott nie zaniechał jednak dalszych poszukiwań brzmieniowych i zaprowadziły go one w eksperymentalne rejony, o których dowiedzieliśmy się za sprawą płyt „Passed Me By” i „We Stay Together”. Mocno przetworzone przez dubowe efekty brzmienie, brytyjscy producenci ochrzcili mianem „knackered house”, co można by poetycko przetłumaczyć jako „koślawy house”. W podobnej formule utrzymane były kolejne wydawnictwa artysty, w których z biegiem czasu coraz ważniejszą rolę zaczął odgrywać ludzki głos, należący do wspomnianej Alison Skidmore. Nie inaczej rzecz się ma z pierwszym od pięciu lat nowym albumem Stotta – „Late Loop”.
Kiedy brytyjski artysta przystąpił do pracy nad tym materiałem, postanowił odrzucić wszystkie typowe dla siebie pomysły brzmieniowe – poza ulubionym efektem „delaya”. Tak też zrobił i powoli zaczął tworzyć muzykę o dronowym tonie. Nie był jednak z tego zadowolony, więc eksperymentował dalej. Potem wyłoniło się z tego coś, co nazwał terminem „brass musique concrete”. W końcu postanowił te spowolnione lub przyspieszane rytmy zamienić w piosenki. W ten sposób w nagraniach pojawiły się wokale Alison Skidmore i Elaine Howley. Jak to wypada?
Płytę otwiera „Cold Welcome” – wymodelowany na dubową modłę zdystansowany trip-hop, łączący smolisty bit z oniryczną elektroniką i szeptanym wokalem. Potem podobnie wypada „Songbird”, który wypisz-wymaluj przypomina najmroczniejsze piosenki Tricky’ego z Martiną Topley-Bird przy mikrofonie. „Something In Mind” i „Sunday Fast” to też właściwie trip-hop, ale tym razem osadzony na nietypowych podkładach: surowych i metalicznych bitach rodem z lat 80. Uzupełnia je dyskretna elektronika i przetworzone głosy Howley i Skidmore.
Drugą stronę „Late Loop” stanowią eksperymenty Stotta z post-punkowymi brzmieniami z początku lat 80. w stylu minimal wave. To bardzo szorstkie i oszczędne nagrania, w których beznamiętnym wokalom towarzyszą właściwie jedynie mechaniczne bity wyciskane z Rolanda TB-808. Taką muzykę dostajemy w „The Hardest Thing” i „Late Loop” z Howley przy mikrofonie. Więcej zimnej i wycofanej elektroniki znajdujemy w „2024-2” i „Mirror Signal”, które lokują się blisko ejtisowego synth-popu, podrasowanego wokalnie na wczesny Cocteau Twins.
„Late Loop” łączy więc w swej konstrukcji dwa odmienne punkty – z jednej strony to najbardziej piosenkowy album Andy’ego Stotta, a z drugiej – najbardziej minimalistyczny pod względem brzmieniowym. Jest to więc coś nowego w bogatej historii eksperymentów brytyjskiego artysty. Materiał ten wpisuje się, chcąc nie chcąc, w swoisty revival trip-hopu, jakiego jesteśmy świadkami od dwóch lat. Jak to w przypadku Stotta, brytyjski artysta demonstruje jednak dosyć nietypowe i oryginalne ujęcie tematu. Ta piosenkowość sprawia, że dobrze słucha się tej płyty, która jest najbardziej przystępnym jego dziełem od debiutanckiego „Merciless” sprzed dwóch dekad.
Modern Love 2026


Skomentuj