Wpisz i kliknij enter

Przestrzeń, w której wykuwają się idee – rozmowa z założycielami Loży

Loża nie powstała wyłącznie po to, by wydawać muzykę.

Twórczość spod jej szyldu ma intrygować, inspirować i skłaniać do refleksji — zarówno za pomocą brzmienia, jak i tekstów oraz obrazów. Poniżej zapis rozmowy z założycielami tej tajemniczej oficyny — m.in. o charakterystycznej dla niej intertekstualności, ale też o pierwszych albumach jej podopiecznych.

Emilia Stachowska: Wcześniej związani byliście z Opus Elefantum Collective. Dlaczego zdecydowaliście się na założenie własnej oficyny?

Loża: To prawda, dwóch z Ojców Założycieli Loży wydało wcześniej swoją muzykę w oficynie ze słoniem: Zguba i Lugshar. Ba, Bułgarska Delegatura Loży to organ związany z Opus Elefantum od samego początku jego istnienia.

Decyzja o powołaniu do życia własnego wydawnictwa nie została podjęta nagle, ale była efektem wielu godzin dyskusji Lożan na temat muzyki niezależnej i twórczości w ogóle. Wymienialiśmy się naszymi opiniami, twórczymi zainteresowaniami i planami. Bardzo szybko okazało się, że podobnie zapatrujemy się na wiele twórczych spraw.

Początkowo postulat założenia Loży pojawiał się raczej w formie… buńczucznego okrzyku. W pewnym momencie, gdy okoliczności okazały się sprzyjające (Zguba oraz Ander skończyli pracę nad debiutem Studni), postanowiliśmy przejść od czczej gadaniny do działania.

Opus Elefantum to wydawnictwo z już ugruntowaną pozycją na polskiej scenie muzyki niezależnej — stąd duże zainteresowanie twórców, aby wydać swoją muzykę właśnie w „Słoniu”. W zeszłym roku nowy album pojawiał się tam niemal co dwa lub trzy tygodnie (choćby w kwietniu debiut Lugshara).

W tym świetle powołanie Loży wydało nam się naturalnym krokiem, dzięki któremu będziemy mogli szybciej realizować nasze własne plany. Można więc śmiało powiedzieć, że Loża oraz Opus Elefantum grają do jednej bramki — zależy nam na wspieraniu twórców, którzy zasługują na zainteresowanie.

Piszecie, że „Loża stanowi powiew świeżości na polskiej scenie niezależnej”. Czego wam dotychczas na tej scenie brakowało?

Najważniejsze dla nas jest holistyczne podejście do naszych wydawnictw i postawienie na ich jakość, a nie ilość. Zależy nam na tym, aby w przypadku każdej płyty podkreślić jej artystyczny zamysł i przesłanie — poprzez obszerniejsze opisy, teledyski czy dodatkowe media, jak np. książeczkę dołączoną do albumu „Shadow of the Torturer” Urtha.

Na obecnym etapie wiemy, że jesteśmy w stanie przygotować od 4 do 6 takich wydawnictw w ciągu roku. Zdajemy sobie sprawę, że niemal niemożliwym jest przebić się w zalewie ogromnej masy wydawnictw, które każdego tygodnia pojawiają się choćby na Bandcampie. Dlatego też postanowiliśmy zaoferować niskonakładowe, kolekcjonerskie wydawnictwa fizyczne. Z jednej strony mogą one stać się pięknym dopełnieniem czyjejś kolekcji, a z drugiej często zawierają dodatkową treść niedostępną w wydaniu cyfrowym.

Podczas przygotowywania kolejnych wydawnictw staramy się też nawiązywać wiele współprac z różnymi artystami, aby mogli dołożyć swego ducha do powstającego dzieła, a także zaprezentować swoją twórczość nowej publiczności.

Nie ma w tym być może nic wyjątkowego, ale chcemy stworzyć dla wartościowych artystów przestrzeń do zrealizowania ich pomysłów. Staramy się także jak najbardziej pomóc im w pełnym wyrażeniu tego, co mają do powiedzenia. I to w dużej mierze jest nasz modus operandi.

No tak, w końcu Loża to „bractwo twórców, artystów i myślicieli”…

Loża ma być po pierwsze przestrzenią, w której wykuwają się idee i twórcze pomysły, a po drugie — ma pomagać w realizowaniu tych pomysłów. Nie do przecenienia jest też „networkingowy” aspekt całej inicjatywy. Ciągle nawiązujemy nowe współprace i zapoznajemy ze sobą różne osoby, a także sami poznajemy wielu wartościowych ludzi.

Punktem wyjścia dla powstania Loży była przede wszystkim muzyczna działalność jej założycieli, ale każdy z nas posiada też inne twórcze i nietwórcze zainteresowania: literaturę, film, sztuki plastyczne, historię. Docelowo chcielibyśmy, aby Loża była kojarzona nie tylko jako wydawnictwo muzyczne, ale także twórczy kolektyw prężnie działający w wielu różnych dziedzinach rzeczywistości.

Pierwszym wydawnictwem, które ukazało się pod waszym szyldem, był „Oddech” Studni, który jest „zakorzeniony w ludowej tradycji gawędziarstwa”. Jak ma się to gawędziarstwo do mrocznej, illbientowej elektroniki?

Płyta Studni została oparta na oralnej legendzie, którą twórcy poznali podczas wędrówek po bałkańskich wioskach. Mówi ona o opuszczonej studni, do dziś nawiedzanej niepokojącymi odgłosami wędrowca, który dokonał tam żywota. Niemal transowa rytmiczność i mrok muzyki illbientowej doskonale oddaje rosnące poczucie abstrakcji w głowie człowieka samotnego, pozbawionego nadziei. Bez możliwości konfrontacji swoich myśli jesteśmy z nimi zamknięci i na nie skazani. Stąd też obranie takiego kierunku muzycznego wydało się twórcom właściwym językiem do opowiedzenia tej historii.

„Wyobraźcie sobie, że wpadliście do starej, opuszczonej studni. Dookoła niej pustka. Leżycie tam na dnie i walczycie o każdy oddech, próbując wspiąć się i uratować — bez skutku. Wiedząc co was czeka, zaczynacie rozmyślać”. Czego mogą dotyczyć te rozmyślania?

Metaforyczny tytuł „Oddechu” odnosi się nie tylko do łapczywie chwytanego powietrza przez gasnącego w studni człowieka, lecz także do wyczerpanego i poniżonego człowieczeństwa. Wszyscy jesteśmy zamknięci w studni: czy to emocjonalnej, czy moralnej bądź społecznej. Otoczeni zimnymi murami i cuchnącą, zgniłą wodą, staramy się z tych sideł wyzwolić wbrew ograniczeniom materii i rozumu.

Oprawę graficzną „Oddechu” stworzył 33 Thirsty Tree. Kim jest ten rumuński artysta? Jak przebiegała ta współpraca?

Thirsty Tree skontaktował się pewnego dnia ze Zgubą, gdyż wielce poruszony był utworem „Pesnyazhixanteime” z debiutanckiej płyty „The Last Command”. Wykonał nawet później do niego klip. Mimo wielu suto zakrapianych rozmów niewiele możemy o nim powiedzieć —  jest to postać bardzo skryta, komunikująca się głównie z otaczającą go rzeczywistością poprzez swoją sztukę. Sam określa siebie jako szaleńca.

Na waszym fanpage’u przeczytać można, że „rzeczywistość 33 Thirsty Tree jest deliryczna i kinetyczna, jest wołaniem upadającego ducha, czuć w niej zarówno ból historii, jak i przeżycia samego twórcy”. Jak to koresponduje z muzyką, którą wydajecie?

Zarówno Zguba, jak i Ander poszukują piękna w pewnego rodzaju turpizmie, rozkładzie. Niemożebnym jest trzeźwe wykalkulowanie muzyki, która chce zagnieździć się gdzieś w podświadomości słuchacza, stąd też Thirsty Tree z dużym zrozumieniem podszedł do tego problemu, dokładnie wiedząc, jak wizualnie oddać te stany.

Czy takich rozwiązań w Loży będzie więcej?

Aż chce się powiedzieć: jeszcze jak! Jak już wspomnieliśmy, intensywna współpraca z twórcami to jedno z naszych głównych założeń. Chcemy, aby każde wydawnictwo było efektem pracy przynajmniej dwóch lub trzech różnych artystów: muzyków, pisarzy i poetów, rysowników, malarzy, rzeźbiarzy, fotografów, filmowców…

Rok 2021 zaczęliście od premiery albumu „Shadow of the Torturer” Urtha, który „dźwiękami plemiennego ambientu opisał perypetie kata wygnańca i historię umierającej planety”…

Loża zaczęła ten rok mocnym uderzeniem. Materiał Urth to muzyka, jakiej brakuje na naszej scenie — odważny, radykalny ambient z filmowym klimatem, skoncentrowany na opowiadaniu dźwiękiem konkretnej historii. Płyta odwołuje się do książki „Cień Kata” Gene’a Wolfe’a. Autor ten, choć na zachodzie uznany za klasyka, jest u nas nieznany. Rzeczona książka faktycznie opisuje losy Kata Severiana w odległej i bardzo posępnej wizji przyszłości.

Do wydawnictwa dołączona została też książeczka „Stojąc w cieniu kata”.

Naszym celem jako oficyny jest wnoszenie nowej jakości pośród wydań muzyki niezależnej — książka, dołączona do specjalnego wydania Urth, jest przykładem realizacji tego założenia. Autor muzyki jest z wykształcenia krytykiem literackim i wielokrotnie udowadniał nam, że świetnie się czuje w zabawie pisanym słowem — naturalnym więc było dopełnienie płyt przez zbiór tekstów spod jego pióra. Książeczkę uzupełniają także liczne, piękne fotografie.

W jednej z recenzji przeczytać można, że muzyka Urtha jest „projekcją medytacji w post-apokaliptycznym świecie”. Co o tym sądzicie?

To trafna diagnoza. Proza Wolfe’a, do której odwołuje się Urth, to bardzo odległa wizja czasów ostatecznych — właściwie już po formalnym Końcu Świata. To także rzecz głęboko introspektywna, przesycona religią i filozofią. Taki też był zamysł dla albumu „Shadow of the Torturer” — to płyta smutna, powtarzalna, tajemnicza, również po części odnosząca się do sakralnych dźwięków… To faktycznie ścieżka dźwiękowa czasów ostatecznych.

O wygnańcu piszecie, że „nadzieję i światło słońca pozostawia za sobą — przed nim roztacza się ciemność”. A co roztacza się przed Lożą?

Jesteśmy wierni swoim zasadom: będziemy nadal działać zgodnie z opisanymi powyżej założeniami. Nie zależy nam na masowym, komercyjnym sukcesie — choć nie znaczy to, że nie życzymy go naszym „podopiecznym”!

Chcemy nadal wspierać niezależnych twórców i pomagać im wcielać w życie ich wizje i pomysły — a przy tym wszystkim spotykać wielu wspaniałych ludzi, rozmawiać z nimi, wymieniać się przemyśleniami i doświadczeniami, wspólnie przeżywać tę podróż. Ostatecznie bowiem wszyscy jesteśmy tylko bez końca wędrującymi wygnańcami, bezpowrotnie oddzielonymi od naszego Domu.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy