Tony szarpiące emocjami.
Jak już nagrywać płyty z muzyką dronową, to warto zadbać, aby na dobry początek uderzyć soniczną falą w uszy. Żeby ustawić osoby słuchające w pozycji przygniecionych do podłogi. By rozmiar (i bezmiar) utworu pozwolił odczuć fizyczny wręcz wymiar muzyki. Epickość – to jest klucz do sukcesu. Ambientu także nie powinno się skąpić. Wszystko to, a nawet dużo więcej, zawiera w sobie płyta „Materia” nagrana przez włoskiego kompozytora Giulio Aldinucciego.
Otwierający zestaw „Not Here” szybko zyskuje na wyrazistości potęgowanej dynamicznością. W zasadzie taki powinien być finał tej płyty, a to dopiero początek. Sprytnie Aldinucci umieścił go na starcie. Choć jest to ruch niepozbawiony ryzyka, bo po takim początku, takiej burzy przesterowanych dronów, można odnieść wrażenie, że wszystko zostało powiedziane już w pierwszych ośmiu minutach i dalej nie ma czego słuchać. Szczególnie, że te osiem minut przeszywają w pewnym momencie boleściwe tony szarpiące emocjami.
Jeśli chodzi o sięgnięcie po nastrój widmowy, to środek albumu wypełnia z nadmiarem to zadanie. „Cenere e Onde Lontane” i „Come Luce, In Sogno” wtłaczają duchowość w stanie czystym. Oba opierają się na odległych wokalach. Muzyczne uwznioślenie bardziej objawia się w drugim utworze. Stylistyczna szerokość zwiększa się. Gdybym opisywał to malarsko, to rzekłbym coś o rozświetleniu. Rotacyjne dźwięki z kolei są podporą „In A Shadow of Noise”, gdzie szorstkość z czasem wymywa krystaliczność.
Giulio Aldinucci lubi urozmaicenia. Stąd zapewne dość nagły i nieoczekiwany zwrot ku mrokowi. „Never” zagęszcza bieg rzeczy. Harmoniczność przestaje być konieczna, a górę bierze pomruk w ziarnistej strukturze. Właściwie dopiero zamykający utwór „Sera” łagodzi klimat, ale także wprowadza najbardziej oczywiste rozwiązania odnoszące się do melancholii. Co, moim zdaniem, dość istotne, twórca ucieka w ten sposób o tradycyjnego, mocniejszego zakończenia. Po prostu płyta się kończy. Nic dodać, nic ująć.
Karlrecords | 2026


Skomentuj