Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.



Archive for Listopad, 2019

Simply Electronica

Simply Electronica – simple. Shot across genres. Słuchaj na stronie http://simply-electronica.de

Epiphany Radio

Streaming independent electronica groove since 2001. Słuchaj na stronie http://www.epiphanyradio.org/

Swayzak w Katowicach – rozdaliśmy wejściówki

Dobra muzyka boli, albo nie ma sensu jej słuchać – tak właśnie brzmi recepta na sukces w wykonaniu brytyjskiego duetu Swayzak. Duet zagra 23 października w katowickim kinie Capitol. Wszystko w ramach imprezy After Tauron Nowa Muzyka – zobacz, kto wygrał podwójną wejściówkę!

  • SWAYZAK live K7! / Fabric UK
  • 23.10 Katowice Kino CAPITOL
  • ul. Plebiscytowa 3 godz. 20.00
  • CH. DISTRICT live
  • N.ONE & COFFIE
  • bilety: 25 zl,- przedsprzedaz, 30 zl,- w dniu koncertu

Istnieją od 13 lat i choć płynie w nich brytyjska krew, od dawna powinni mieć już honorowe obywatelstwo Berlina, ponieważ kreowane przez nich dźwięki to najczystszej wody popowa odmiana elektroniki, kojarzące się o wiele bardziej z pordzewiałymi loftami i fabrykami niemieckiej stolicy, niż śniętymi rybami pływającymi w Tamizie.

Panowie ponownie zawitają do Katowic, by zagrać w nietypowym miejscu – w Capitolu – pierwszym katowickim kinie, zbudowanym w 1910 r., które po latach zniszczeń i dewastacji zaczyna odzyskiwać swoją dawną świetność. To właśnie tam w latach 30 balowała multikulturowa elita Śląska i to właśnie w tym kinie odbyły się uroczystości pogrzebowe jednej z największych gwiazd polskiego aktorstwa – Zbigniewa Cybulskiego.

Występ Swayzaka to kolejna próba przywrócenia temu miejscu godności i stworzenia z okazałego gmachu przy ulicy Plebiscytowej jednego z najważniejszych punktów na kulturalnej mapie regionu.

Rozdaliśmy wejściówki!

Mieliśmy dla Was dwa podwójne zaproszenia na koncert Swayzaka. Spośród nadesłanych maili nasza maszyna losująca wybrała Łukasza Nowaczka oraz Martynę Sarbak – gratulujemy! Zwycięzcy znajdą się na liście zaproszonych na koncert gości – wraz z osobami towarzyszącymi!

Rozdaliśmy nowy album C.H. District!

Po pięciu latach oczekiwania Mirek Matyasik powraca ze swoim piątym albumem – „Conclusion” – nagranym oczywiście pod szyldem C.H. District. Mieliśmy dla Was dwa egzemplarze płyty – znamy już zwycięzców! „Conclusion”, to już piąty krążek w dyskografii C.H.District i zarazem trzeci wydany pod szyldem francuskiej wytwórni M-TRONIC. 10 nowych utworów składa się na 40 minut muzycznej opowieści spod znaku szeroko pojętej nowej elektroniki.

O brzmienie całości zadbał Tomasz Krawiec z krakowskiego OffBeat Studio, a oprawa graficzna jest dziełem Grzegorza Sołowińskiego (www.solowinski.com). Na płycie pojawili się gościnnie synta[XE]rror oraz Tom Tylor z elektroindustrialnej formacji Controlled Collapse.

Rozdaliśmy płytę!

Mieliśmy dla Was dwa egzemplarze „Conclusion”. Zwycięzcami naszego konkursu zostali: Asia Kita oraz Tomek Tkocz – płyty wyślemy do Was pocztą. Gratulujemy!

Festiwal Ambientalny 2010- nasz patronat

W pierwszy weekend grudnia we wrocławskim Klubie Włodkowica 21, odbędzie się po raz kolejny Festiwal Ambientalny. Patronujemy temu wydarzeniu. Będzie to trzecia edycja imprezy promującej ambitną i awangardową muzykę elektroniczną stylistycznie obejmującą rejony takie jak ambient, minimal, trip hop, muzyka elektroakustyczna, IDM czy muzyka eksperymentalna. Festiwal Ambientalny prezentuje nietuzinkowych artystów wraz z ich osobliwym podejściem tak do formy muzycznej jak i jej treści oraz faktury. Tegoroczna edycja jest także pierwszą międzynarodową, gościć będziemy znanych i uznanych przez krytykę oraz publiczność artystów z Francji, Niemiec, Litwy, Grecji oraz oczywiście Polski. Na festiwalowej scenie zobaczymy między innymi:
SUBHEIM
Subheim to autorski projekt muzyczny kompozytora i artysty wizualnego Kostasa K. Jego muzyka to filmowo – eksperymentalne ujęcie elementów elektronicznych bogatych w muzyczną
przestrzeń i kobiece wokale Katji – wokalistki występującej z nim na koncertech. Bogate aranżacje oparte na głębokich wokalizach, instrumentach smyczkowych, perkusji i wielu innych epickich, elektronicznych i klasycznych brzmieniach sprawiają, iż Subheim to jeden z najbardziej obiecujących projektów eksperymentalnej muzki filmowo – elektronicznej.


KANGDING RAY
David Lettelier, czyli Kangding Ray to młody artysta urodzony we Francji. Muzyk, grafik oraz architekt, który współpracuje na stałe z pionierami z Raster Noton.

Jego debiutancki krążek “Stabil” (2006) okazał się być objawieniem na scenie współczesnej elektro-akustyki. Muzyka Kangding Raya to efekt zderzenia świata dźwięków cyfrowych z analogowymi, tworzącymi melodyjną całość.

TILMAN EHRHORN
Producent, kompozytor, muzyk /saksofon/ oraz realizator dźwięku. Ostatnio głównie skoncentrował się na projekcie solowym na bazie muzyki elektronicznej również nadal pracując jako muzyk jazzowy. Od czasu gdy samplery i syntezatory są dla niego jedynym źródłem dźwięku, ewoluował on w bardzo wyjątkowy sposób w stronę jazzu i muzyki improwizowanej. Oprócz wpływów współczesnej muzyki elektronicznej to właśnie nowoczesny jazz jest ważnym źródłem inspiracji dla jego kompozycji.


ELEVEN TIGERS
Naprawdę nazywa się Jokubas Dargis. Ten młody producent z Litwy w podsumowaniach tego roku na pewno niejeden raz zostanie wymieniony jako najlepszy debiut. Oprócz eterycznego dubstepu słychać w jego utworach mocne wpływy ambientu, czy nawet trip-hopu. Będzie to druga w tym roku jego wizyta w Polsce, po wczesniej zapowiedzianym występie na festiwalu UNSOUND.

Będzie można zobaczyć również Krzysztofa Orluka, Nejmano, Etamski i Pleq.

Organizatorem festiwalu jest Wrocławski Klub FORMATY, a więcej informacji na temat tego wydarzenia jest dostępnych na oficjalnej stronie.


Wyświetl większą mapę

The Blood of Heroes

Bill Laswell, Justin K. Broadrick, Submerged, Dr.Israel i inni. To musiało się udać. Obok wspomnianych artystów w nagraniu debiutu The Blood of Heroes udział wzięli: znany ze współpracy z Bong-Ra i Venetian Snares, perkusista Balazs Pandi, dźwiękowy manipulator Enduser, kompozytor M. Gregor Filip, a także drumnbassowy one-man band – KJ Sawka.
Wielość muzycznych środowisk, z których pochodzą autorzy mogłaby sugerować kakofonię, ew. jakiś nowy, niestrawny gatunek.
Stało się jednak inaczej. Wszystkie muzyczne światy znalazły swoje miejsce na płycie, łącząc się w różne dźwiękowe całości. Zamiast nowego gatunku mamy kalejdoskop tych dobrze znanych. W jednym utworze dubstep przeplata się z metalem, gdzie indziej dancehall z industrialem.

Elementem spinającym album w spójną całość jest gitara znanego z Godflesh, Jesu i Napalm Death Jasona Broadricka. Pojawia się w większości utworów, zwykle w postaci powolnego, industrialnego charkotu. Towarzyszy mu albo galopujący połamany beat, autorstwa Submerged, albo głęboki bas Laswella. Wokalnie materiał uzupełnia skandujący Dr.Israel.

Wbrew pozorom nie jest to ciągłe drumnbassowo-dubstepowe naparzanie, podszyte zgrzytem gitary i jamajskim wokalem. Są momenty szybsze, ale także chwile wytchnienia w postaci numerów trip-hopowo-ambientowych.

Na pewno jest to najmocniejsza pozycja w raczkującym na razie katalogu, świetnie zapowiadającego się labelu Ohm Resistance.

25 godzin snu

Krakowski duet Supra1 podbija zachodnie kluby swą oryginalną muzyką. Rozmawialiśmy z Thomasem Wirskim i Tomaszem Urbanowiczem przed ich występem na Unsound Festivalu.

– Działacie dopiero od dwóch lat a już gracie na całym świecie. Jak to możliwe?
– Może nie na całym świecie, choć rzeczywiście – w zeszłym roku graliśmy w Kanadzie, Stanach i Azji, oczywiście też w Wielkiej Brytanii, która poniekąd jest dla nas najbardziej naturalnym rynkiem. Tak naprawdę mieliśmy chyba po prostu sporo szczęścia trafiając pod skrzydła rozpoznawalnej amerykańskiej wytworni.
– Przepustką do sławy okazał się Wasz remiks utworu szwedzkiej wokalistki Little Jinder – „Polyhedron”. Jak doszło do jego realizacji?
– Wygraliśmy konkurs na remiks tego utworu. Nasza interpretacja oryginału spodobała się na tyle, ze wytwórnia postanowiła go wydać. Rzecz miała miejsce późnym latem 2008 roku i mamy nadzieje, ze być może jeszcze kiedyś uda nam się napisać coś równie dobrego. (śmiech)

– Sukces remiksu sprawił, że Luca Venezia zaprosił Supra1 do grona wykonawców związanych z jego wytwórnią Trouble & Bass. Byliście zaskoczeni?
– Było nam bardzo miło. Luca zaproponował współpracę na stałe bodaj w marcu 2009 roku, wtedy też padł pomysł wydania naszych pierwszych oryginalnych produkcji – pomysł, którego realizacja zajęła nam ponad rok. Na szczęście czas ten nie poszedł na marne, szczególnie dobrze przyjęty został utwór „Ghoster”, który nie tylko otwiera ostatnią kompilację z cyklu „FabricLive”, ale także miał zaszczyt zostać wyemitowany w programie BBC Experimental pod kuratelą cenionej Mary Anne Hobbs.
– Wielu artystów współczesnej sceny bass music zaczynało od drum`n`bassu. Jak było w Waszym przypadku?
– Jako, że oboje pochodzimy z muzykalnych rodzin, od małego mniej lub bardziej świadomie mieliśmy kontakt z muzyką Komedy, Stańki czy grupy Novi Singers. Kiedy byliśmy nastolatkami, słuchaliśmy wszystkiego, od Wu Tang Clanu do The Clash. W tej chwili wciąż lubimy rodzimy jazz. Zresztą głównie słuchamy polskich artystów – także ze sceny szeroko pojętej elektroniki – Jacka Sienkiewicza, Marcina Czubali, Catz N`Dogz czy Jacaszka.
– W Waszej obecnej muzyce mieszają się elementy dubstepu, UK garage`u i house`u. Skąd pomysł na takie połączenie?
– Nigdy nie mieliśmy „pomysłu” na to, co chcemy tworzyć – robiliśmy i robimy nadal tylko i wyłącznie to, co nam się w danym momencie po prostu podoba. Lubimy swingującą garażową perkusję, lubimy czystość dźwiękową i parkietową funkcjonalność techno, lubimy sposób, w jaki często wykorzystuje się sub bass w utworach, które wielu lubi klasyfikować jako dubstep. I dlatego możemy dobrze się bawić w Plastic People w Londynie, jak również w Panoramie w Berlinie.
– Nie stronicie w swych nagraniach od wokali – jedną z Waszych najpopularniejszych produkcji jest nagranie „I Still Belive” z udziałem nowojorskiej wokalistki Amy Douglas. Czy element melodii jest dla Was równie ważny jak rytm?
– Na pewno tak. Tomasz ma niezwykłą łatwość pisania melodii i dlatego staramy się właśnie melodii zostawiać sporo miejsca w naszych utworach. Oboje poszukujemy jakiejś organiczności w muzyce klubowej, lubimy, gdy muzyka kreuje nastrój. Melodia oczywiście nie jest i nie może być jedynym czynnikiem kreującym nastrój, jest jednak mimo wszystko wygodnym środkiem wyrazu. Bardziej abstrakcyjnym niż śpiew, ale nie zawsze ma się komfort pracy z wokalistami.
– Jak tworzycie swe utwory? Czy punktem wyjścia zawsze jest podkład rytmiczny nadający nagraniu konkretny charakter – dubstepowy, garage`owy czy house`owy?
– Zazwyczaj – choć nie zawsze – rzeczywiście tak jest. To perkusja najczęściej determinuje charakter tego, co będzie działo się zarówno „nad nią” – w warstwie palety dźwiękowej harmonii, melodii, rytmu, jak i „pod nią” – w zakresie dolnych rejestrów, sub bassu.
– Jak dzielicie się pracą nad utworami – wszystko robicie razem czy każdy ma osobne zadania do zrealizowania?
– Na pewno nie oddaliśmy przez te dwa, trzy lata zbyt wielu skończonych utworów, ale każdy z nich cechował się własną specyfiką, dynamika pracy nad każdym była inna. Zazwyczaj dzielimy się swoimi pomysłami, uwagami, oboje staramy się wnieść nieco ze swojego punktu widzenia do kwestii, która się pojawia. Niestety utwory nie zawsze piszą się same a problemy, niepewności i dylematy lubią piętrzyć się jak na złość parami, trojkami, czwórkami i w każdej innej konfiguracji, jaka tylko może podpowiedzieć złośliwa wyobraźnia. Oryginał czy remiks nie powstaje wtedy w 24 godziny, a w dwa lub trzy miesiące, nawet rok – właśnie wtedy pomoc drugiej osoby, jej trzeźwa ocena, wzajemne zaufanie są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.

– Co jest dla Was bardziej ekscytujące – didżejowanie czy produkowanie własnej muzyki?
– Trudno porównywać jedno z drugim. Oba procesy są inne, wymagają innego rodzaju motywacji, rodzą inne frustracje, dają innego rodzaju satysfakcje. Tomasz nierzadko woli posiedzieć dłużej w studio, eksperymentować tydzień z dźwiękiem kopnięcia, nie lubi za to długich godzin w podroży i wręcz nienawidzi braku snu. Ja za dwa tygodnie wyjeżdżam na 6 dni do Stanow w czasie których zagram 5 imprez, zapewne prześpię łącznie z 25 godzin i przelecę kontynent dwa razy w poprzek – i nie mogę się tego doczekać. Często jednak brakuje mi cierpliwości i systematyczności przy produkcji. Oboje jednak uzupełniamy się na obu polach, mając na siebie przemożny wpływ zarówno przy robieniu – jak i graniu muzyki.
– Czy doświadczenia wyniesione z didżejskich występów mają wpływ na Wasze autorskie produkcje?
– Oczywiście, w pewnym zakresie to, co słyszymy w klubach – tak jak i muzyka, której słuchamy w domu, ma wpływ na nasze produkcje. Staramy się pisać utwory, które zdradzają nasze inspiracje, które są w jakiś tam – ograniczony oczywiście sposób – relewantne do tego, co dzieje się wokół nas. Jeden z naszych ostatnich kawałków, wspomniany „Ghoster” jest dobrym tego przykładem. Nagranie powstało po obejrzeniu „Ghost Writera” Romana Polańskiego i stara się przetłumaczyć nastrój, niepokój, czar tego filmu na stosunkowo nieskomplikowany język muzyki klubowej. Jest to dosyć oczywista idea, która przy odrobinie szczęścia przy realizacji, pozwala wnieść sporo szczerości w obszar, w którym budowanie nastroju, ekspresja emocji zwykle zasadza się na pobudkach użytecznościowych.
Mamy świadomość tego, że środowiskiem, w którym nasza muzyka ma funkcjonować będzie przeważnie klub, fabryczna hala, namiot festiwalu – ale jeśli nie wyzbywając się instrumentarium właściwego tej formie komunikacji uda nam się przemycić w tą surową często przestrzeń choć odrobinę podstawowych emocji – ekscytacji czy melancholii – będziemy szczęśliwi.
– Wielu twórców muzyki tanecznej zatrzymuje się na etapie singli. Czy pociąga Was idea nagrania albumu?
– Rzeczywiście, bardzo często tak jest. Nagranie albumu to zupełnie inne wyzwanie, na które czas musi po prostu przyjść. Jeśli zrobilibyśmy kiedykolwiek długogrającą płytę z dziesięcioma czy piętnastoma utworami, to nie sądzę, by była to muzyka klubowa, przynajmniej nie w tradycyjnym jej ujęciu. Obaj jesteśmy sporymi fanami Matthew Herberta, Bugge Wesseltofta, Actressa, Flying Lotusa, czyli artystów, którzy czerpiąc z języka muzyki tanecznej tworzą prawdziwa sztukę, rzeczy, które autentycznie się przeżywa i które zasługują na to, żeby słuchać ich w odosobnieniu, a nie tylko w klubie. Takie albumy warto nagrywać, ale na to w naszym przypadku jeszcze za wcześnie.

– Macie na swym koncie kilka ciekawych remiksów. Co Was pociągu w remisowaniu nagrań innych artystów?
– Mamy na swoim koncie również kilka nieciekawych remiksow. (śmiech) W tym momencie pracujemy nad reinterpretacją jednego z utworów świetnego duetu polskich producentów, znanych jako Catz N`Dogz – mamy nadzieje, ze akurat z tego być może w końcu będziemy zadowoleni. (śmiech) A odpowiadając absolutnie serio – w ostatnim czasie zrealizowaliśmy dwa remiksy na zlecenie wytworni Fatboy Slima – Southern Fried Records. Ostatni z nich – „Disco Mustaccio” – wspominamy dosyć ciepło, udało nam się w nim ożywić nastrój kilku listopadowych dni, które w zeszłym roku spędziliśmy w Los Angeles. Kawałek świata nie zawojował, ale nam się podoba.
– Wszelkie odmiany bass music stają się z dnia na dzień coraz popularniejsze. Co jest tak fascynujące w muzyce podporządkowanej basowym dźwiękom?
– Trudno nam o tym mówić. Nie wiemy, czym jest bass music, ani czym są jej odmiany. Sam termin jest tworem czysto użytkowym, mającym pomóc prasie muzycznej w kategoryzowaniu zjawiska, które od mniej więcej dwóch lat obserwujemy, czyli w wielkim skrócie ożenku muzyki, o której kiedyś pisano dubstep z brytyjską formułą house`u. Te kawałki są chyba po prostu ciekawe. Jest w nich sporo elementów soulu, rnb, zwłaszcza ostatnio. A kto nie kocha rnb?
– Przed nami Wasz występ na „Bass Mutations” podczas Unsound Festivalu. Przygotujecie coś specjalnego?
– Z zasady nigdy nie przygotowujemy setów pod konkretne imprezy – możemy mieć luźną koncepcje początku występu, ale na tym zazwyczaj wszelkie planowanie naprzód się kończy. Unsound to jednak bardzo wyjątkowe wydarzenie i zapewne postaramy się 23 października zagrać nieco inaczej niż zazwyczaj. Może nieco mroczniej, nieco ciemniej, kto wie?

Unsound na kasecie

Kolejny konkurs dla uczestników tegorocznego Unsound Festivalu – tym razem tylko dla tych, którzy są w Krakowie i… mają jeszcze magnetofony kasetowe. Zgodnie z nową modą, składanka z nagraniami artystów występujących na imprezie (m.in. Elegi, Zenial, Black To Comm, Ben Frost, Raime, Mordant Music, Demdike Stare), została wydana na tym archaicznym nośniku.
Dla naszych Czytelników mamy 3 kasety. Otrzymają je Ci, którzy dzisiaj w godz. 20.00 – 21.00 jako pierwsi napiszą na adres pawel.gzyl@dziennik.krakow.pl i wymienią przynajmniej 3 wykonawców elektronicznych z lat 80., którzy mogliby wystąpić na „horrorowym” Unsound Festivalu, gdyby odbywał się on w tamtych czasach.
Nazwiska zwycięzców ogłosimy dziś po 21.00. Odbiór kaset tylko w Krakowie.

www.unsound.pl

Synesthesia Festival- mamy dla was wejściówki

Już w ten weekend we wrocławskim Centrum Kultury Agora rozpocznie się pierwsza edycja Synesthesia Festival. Wspólnie z organizatorami przygotowaliśmy dla naszych czytelników konkurs, w którym do zdobycia są dwie dwuosobowe wejściówki na imprezę. Wszystko co należy zrobić, aby stać się posiadaczem tych zaproszeń, to wysłać pod adres konkurs.synesthesia@gmail.com wiadomość, a w treści wpisać swoje nazwisko. Dwie pierwsze osoby, które to zrobią będą mogły odebrać podwójne bilety na trzeci dzień festiwalu.

Wydarzenie to będzie wyjątkową okazją, żeby zobaczyć na żywo takie gwiazdy jak:
HEXSTATIC UK

PLAID UK

NATHAN FAKE UK

GUS GUS ISL

GROUPSHOW DE

THE MOLE CAN

Klimek/Emerge DE/PL

EL FOG JAP

FLUXION GR

Więcej informacji na temat tego wydarzenia można znaleźć na jego oficjalnej stronie.

Sade – Soldier of Love

Z okazji wydanej niedawno nowej płyty – „Soldier of Love” – przyglądamy się dyskografii Sade Słuchając w 2010 roku jej dyskografii, można zarzucić Sade monotematyczność: ogromny odsetek utworów zdaje się nie wykraczać poza pościelowe rnb – idealne tło wolniejszych momentów studniówki i romansów bohaterów Disneya. Adu debiutowała rok po Madonnie, pomiędzy „Thrillerem” a „Bad” Jacksona. Jej skromna, balladowa obecność nie mogła budzić w sąsiedztwie ikon popu większych emocji. Dzięki tajemniczej aurze jednak emanuje z ich cienia i najnowszy album tłumaczy charakterystyczną odrębność tej muzyki. Chodzi o trochę naiwną, bezkompromisowo romantyczną tezę, którą sumiennie stawia Sade na każdym swoim albumie: miłość ubogaca zakochanego. Trudno przełknąć Coelhowski patos tego banału, ale równie trudno bronić się przed argumentacją takich kawałków jak „Stronger Than Pride”, „Hang On to Your Love” czy „Morning Bird”.

Prawdziwą konkurencją dla Sade jako wokalistki nie są idole tłumów, a raczej postacie pokroju debiutujących w tym samym mniej więcej czasie k. d. lang czy Elizabeth Fraser. To, co je zbliża poza ogromną skalą obejmowanych przez wokal technik i emocji, to charyzma i charakterystyczna godność. Już od pierwszej płyty – „Diamond Life” – Sade i jej zespół wyraźnie zaznaczają swój udział w wysmakowanym adult-contempo, nurcie trochę sztywniackim, bo nie mogącym zejść poniżej pewnego poziomu poruszanej problematyki. Dzisiaj obostrzenia trochę się rozluźniły, dopuszczając wszystko, o czym nie powinno się słuchać przed odebraniem dowodu (Rihanna, Lilly Allen), ale podówczas tylko wyrafinowany pop, sięgający po smooth jazzowe ozdobniki, elegancję, powściągliwą rytmikę i głębokie teksty zapewniał „dojrzałą” treść i kojącą, uniwersalną formę pasującą do każdej szkoły dekoracji wnętrz, bez obaw o bezguście.

Stylowy debiut pozyskał słuchaczy trzymających się „ambitnych brzmień”, bo za sprawą zdystansowanego, jazzującego wokalu byłej modelki, sterylnej produkcji i wkładu żywych instrumentalistów zamiast stereotypowych houseowych loopów, skutecznie maskował swoją przynależność do genres stereotypowo postrzeganych jako bezrefleksyjne. Tymczasem znalazły się na „Diamond Life” absolutne przeboje, między innymi znane każdemu „Smooth Operator” i namawiające do stałości w uczuciach „Hang On to Your Love”. Płyta nie zestarzała się, udowadniając że trzymanie się odkryć poczynionych przy okazji pierwszego kroku ma sens inwestycji w przyszłość.

Druga płyta Sade to chyba najbardziej wypośrodkowany album jaki można sobie wyobrazić. Z jednej strony „Promise” zawiera oksymoron, który zdefiniował cały łagodny nurt jej twórczości – cichą burzę jako metaforę miłości („Theres a quiet storm / I think its you / Theres a quiet storm / and i never felt this hot before” ze „Sweetest Taboo”). Z drugiej: zapowiada etap „waleczny” („War of the Hearts”) kontynuowany na następnej płycie. Czas trwania „Promise” to czas, który Sade poświęciła na ćwiczenie założeń własnego stylu, częściowo skodyfikowanego na debiucie.

Asekuranctwo? Z perspektywy dzisiaj, przy okazji wydania nowej płyty, przeczy takiej diagnozie skala napięcia towarzysząca oczekiwaniu na kolejne odsłony Sade. Zaciemniające obraz obszerne przerwy między poszczególnymi albumami wytworzyły wizerunek tajemniczej diwy, uparcie ignorującej stowarzyszanie się rnb z hip hopem i disco. Za pomocą raz obranej formy ekspresji, Adu cyklicznie się odmładzała. Podczas przerw w nagrywaniu zbierała doświadczenia. Dając spokój eksperymentom z formą na rzecz samego życia widywana była z coraz młodszymi kochankami. W efekcie każda jej płyta pozostaje dziełem immanentnym – ograniczonym sobą, czerpiącym z siebie i opowiadającym o sobie. Względna popularność nie wpłynęła na fakt, że intymność tego języka nie dla każdego jest tak samo interesująca.

Tytuł kolejnej płyty – „Stronger Than Pride” – mówi wszystko. Miłość, od której Adu jest ekspertem, zyskuje oblicze odgórnej siły – wymagającej posłuszeństwa nakazom serca i skazującej na emocjonalną zależność, czasem upokorzenie. Więcej tu „spalania się” niż na poprzednich płytach, więcej też powtórzonego na tegorocznym albumie kojarzenia miłości z walką, grą, bitwą. Utwór tytułowy, „Haunt Me”, przebojowe „Paradise”, zrezygnowane „Give It Up” – to chwilowa przerwa w refleksyjności. Sade nie zmienia się jednak – sięga po nowe środki wyrazu, wzbogacając introspekcję o wynurzenia gorzkie, ironiczne, drapieżne. Z pozycji projektu zapewniającego rozrywkę przenosi się w wymiar muzyki towarzyszącej w trudnych chwilach. Jakkolwiek naiwnie to brzmi. Idealna pozycja dla fanów zwierzania się z bólu serca i dla tych bez pomysłu na prezent.

Kolejne płyty to konsekwentne potwierdzanie formuły i poszukiwanie efektownych domieszek: bedroom-popowe ballady, zaczerpnięte z młodzieńczego osłuchania w katalogu Motown smooth-jazzowe ozdobniki i otarcie o soul, oldschoolowo taneczna rytmika odziedziczona po Donnie Summer, odniesienia do klasyki: Niny Simone i Diany Ross, a w cieplejszych odsłonach czemu nie i Astrud Gilberto. Utrzymywana przez ćwierćwiecze pula motywów zmęczyła się na zakręcie nowej dekady. Sade wchodzi w XXI wiek sięgając po autoplagiaty, jakby pragnąc wrócić do emocjonalnej szczerości swojego wokalu. Nie udaje jej się jednak oszukać samej siebie: jest już doświadczoną życiowo kobietą i wyszkoloną wokalistką. „Lovers Rock” to nie tylko rozczarowująco jednoznaczne stwierdzenie zwycięskich mocy miłości, ale też adaptacja elementów mainstreamowego rocka. Wprowadzając nowe, wątpliwe ingrediencje ryzykowała Sade od wielu lat budowanym stylem i to ryzyko sprawiło chyba, że wszystkie „odkrycia” bledną gdzieś daleko, daleko za dobrze znaną recepturą, zanieczyszczając ją. Z perspektywy czasu Lovers Rock to album niepewny, stojący na rozdrożach i chyba najsłabszy w dorobku Sade.

Dopiero po dłuższym obcowaniu z płytami Sade, zepchnięci na margines przez wymagający przestrzeni wokal instrumentaliści zwracają na siebie uwagę, upodabniając przygodę z Adu do poznawania dyskografii Cocteau Twins. Dopiero po otrząśnięciu się z wyjątkowości wokalu, przychodzi czas na przegląd „teł”. Sade jako zespół izoluje się od monotonii najnowszych hitów. Jeśli głos Adu jest dokładnie tym czego potrzeba do obnażenia luk w nowoczesnym popie i rnb, jednowymiarowo kojarzących wolne tempa z odstręczającym smutem a uczuciowy tekst z naiwnością („Love King” Dreama to już nie priorytety z „Love vs. Money”, z przebijających się do mainstreamu artystów najbliżej Sade znaleźli się w tym roku chyba Onra, Foreign Exchange czy José James w tych fragmentach swojej twórczości, które wydają się uprowadzone z fabryk Cadbury), to jej zespół uzupełnia talię o zatracone, wstydliwe ogniwo brzmień smooth, dalekich jednak od stereotypu muzyki do wind.

Krystaliczna, nasycona produkcja najnowszej płyty przyczyniła się do lekkiego odświeżenie formuły. Sade znana z zakurzonej kolekcji mamy, sprawia na „Soldier of Love” trochę kłopotów. Jej dystyngowany pop operuje teraz momentami mrocznej, dusznej atmosfery i dubowej motoryki (wyjątkiem słoneczne „Babyfather”), niespodziewanie wygrywając z „Heligoland” Massive Attack – albumem porzucającym paranoiczne początki bristol-soundu na rzecz łatwego, radio-friendly trip-popu. Obrazowe teksty Adu zwracają się ku znanej ze „Stronger Than Pride” ofensywnej stronie uczuć i mocnym, klasycznym scenom porzucenia. „Send me to slaughter/Lay me on the railway line” – Sade pragnie bólu jak Janet Jackson na „Velvet Rope” i Rihanna na „Rated R”, dorzucając mocny pakiet akcji do notowań kobiecego popu „dla dorosłych”. Przy okazji odsyła na dalsze poszukiwania własnych form wyrazu Martinę Topley-Bird („Some Place Simple”, tegoroczny live rozczarowuje na poziomie samej realizacji brzmienia, dalekiego od charakterystyczności).

Przewidywalność w przypadku tak dokładnie zbalansowanej twórczości, nawet w ogromnych ilościach, nie boli, odprężając raczej pewnością songwritingu, zakładającego budowanie intymnej więzi ze słuchaczem. Niestety albumy Sade rzadko były postrzegane jako całości. Wyrwane z kontekstu single, rozdrapywane przez składanki dołączane do czasopism z okazji walentynek, doprowadziły do pochopnego przyklejenia Adu łatki królowej cukru i sentymentów, i zdeprecjonowania w świadomości mas siły jej muzyki. Trudno oczekiwać, aby era singli to zmieniła, ale i tak: w przypadku Sade wszystko, co ma do zaoferowania pop zostaje złożone w ręce tych, którzy niezbyt przejmują się aktualizacjami listy przebojów.

Pleq – My Life Begins Today


Ciężko być na bieżąco z muzyką Pleqa. Równie trudno jest połapać się w jego rozmnażającej się w imponującym tempie dyskografii. I choć jest jednym z najbardziej uzdolnionych reprezentantów Polski wśród artystów parających się IDM czy glitchem, to paradoksalnie nad Wisłą słyszany jest najciszej. Wydawać by się mogło, że sam muzyk niespecjalnie się tym przejmuje, a może po prostu jest świadomy tego, że w Polsce jeszcze nie nadszedł czas na wydawanie jego muzyki na tak wysokim poziomie jak w Belgii czy Niemczech.

„My Life Begins Today” to ściśle limitowane wydawnictwo wydane przez legendarny U-Cover, powstało w oparciu o współpracę z SoS Communication, który zbiera środki finansowe dla osób chorych na stwardnienie rozsiane. To schorzenie nadal pozostaje w sferze tabu i tacy ludzie jak Pleq są mu potrzebni. Jak sam mówi, akcje charytatywne opierają się przeważnie na obecności ludzi z kręgu muzyki rozrywkowej, szczęśliwych i spełnionych, tymczasem muzyka powinna oddać szacunek dla cierpienia tych ludzi. Jego najnowszy album pokazuje, że można sklecić kawał świetnego soundu, pomagając innym, a nie rezygnując z prawdziwego siebie.

Głównym nurtem „My Life Begins Today” płynie refleksyjny ambient przepuszczony przez zimne glitche. Klasycznym przykładem tego mariażu jest otwierający „Dark Bullet From The Abyss”, czasami przywołujący na myśl szwedzki Jasper TX. Jego naleciałości odnajdziemy również w „Raindrop” – obie kompozycje prezentują wnikliwy i całkowicie przekonujący styl Bartka. Choć wydawać by się mogło, że te dźwięki są oklepane do cna, a sam Pleq już dawno zamknął się w ciasnej, klaustrofobicznej klatce, coś skutecznie potrafi zatrzymać przy jego dźwiękach, czego „The Journey To Pessimism” jest najlepszym dowodem. Tętniący życiem clicks and cuts i oszczędne partie ambientowych klawiszy akompaniują głównemu instrumentowi, jaki ze swego głosu uczyniła Aki Tomita. Zaprowadza on nas w rejony naszego, alternatywnego podwórka, a mianowicie w kierunku improwizacji Marysi Peszek w „Hemoglobinie” – ta sama barwa, lekkość i nieodparty urok.

„My Little Story About My Love” nie jest banalnym peanem na cześć kobiety, lecz zamyślonym, pełnym refleksji utworem, który szkicuje tak pożądaną w modern classical romantyczność, nie padającą w tendencyjne ramiona emotroniki i przesłodzonych odmian ambientu. Nieco odmiennym od dotychczasowych kompozycji Pleqa jest „Rain On My Window”, to pierwsze tak flirtujące z optymizmem nagranie z przepastnych zbiorów śląskiego producenta. Akustyczna gitara w chilloutowej konwencji podskakuje ospale, nieustannie loopowana i poddawana destrukcyjnym modyfikacjom. Ta mantra niesamowicie wbija się do głowy i stanowi świetną ścieżkę dźwiękową w trakcie przemierzania ulic podczas jesiennych poranków.

Kiedy nadchodzi „I Didnt Have A Clue What I Was Doing” słońce zachodzi już za horyzont, atmosfera staje się gęsta i zagadkowa. Tektoniczny rytm w stylu Proem wybija takty, w powietrzu wisi złowrogi drone, a w tle słychać jasną jak światło w tunelu, hipnotyzującą melodię, którą urywa „Noisy Stars”, jeden z najmocniejszych na krążku numerów. Staroszkolna, bristolowa perkusja, astygmatyczne dźwięki rodem z najstarszych dokonań Portishead i przerażająco piękna depresja Magnitophono – ciarki na ramionach. To kierunek w jakim powinien podążać Pleq, ten kawałek rzuca nowe światło na jego muzykę, jest powiewem świeżości , który wywiewa schematy, którym poddaje się czasem Bartosz.

„The Story About Melancholy Man” podąża drogą cienia, kusząc jaskiniowym dark ambientem. Pohukujące pady, które roznoszą się szerokim echem i chirurgiczny hardware sterujący rytmem, tnie ciężkie powietrze, przywołując pierwsze dźwięki fortepianu, którego fantastyczne partie w stylu niemieckiego duetu Swod, słyszymy w minimalistycznym „You Were Wearing Blue While Running Away From Your Life Into Mine” i dobrze znanym „Someone Like Comes Into Your Life”. Najsłabszym momentem na płycie jest przepełniony dronem „My Little Story About My Love (Segue Illusion Mix)”, gdzie nie odnajdziemy niczego, co pozwoliło by nam zawiesić ucho na remiksie, więcej niż jeden, symboliczny raz. Tytułowy i finalny zarazem utwór „My Life Begins Today” przypomina o szczytnej idei, która była motorem napędzającym wydanie tego albumu, brzmi jak smak zwycięstwa po ostrej, nierównej walce. Przypływające smyczki falują nieśmiało wśród mikro-glitchu i relaksujących padów, które odprowadzają nas do wyjścia w poczuciu cichej nadziei.

Dziadosz na tym albumie zawarł wszystko, co jest w jego muzyce najlepsze – wrażliwość znaną z „Metamorphosis” i ascezę „Our Words Are Frozen”. Nie mniej jednak, szalenie wkurza jego nieuzasadniony marazm i kręcenie się dookoła własnej, minimalistycznej osi. Kiedy tylko wystawia głowę ze swojej szuflady, jego muzyka nabiera rumieńców, szkoda, że tak rzadko się na to decyduje. Plany wydawnicze Pleqa jak zawsze napięte, miejmy nadzieje, że tym razem zdecyduje się zrobić krok w przód. Bo jak głosi stare porzekadło – kto stoi w miejscu, ten się cofa.

u-cover.com

myspace.com/pleq
U-Cover, 2010

Catz N`Dogz – Escape From Zoo


To zaskakujące, jak w ciągu trzech lat działalności projektu Catz N`Dogz, tworzący go Grzesiek Demiańczuk i Wojtek Tarańczuk, wyrośli na najciekawszych przedstawicieli polskiej tanecznej elektroniki na świecie. Punktem zwrotnym w karierze duetu okazał się jego debiutancki album – „Stars Of Zoo” – opublikowany przez działającą w San Francisco wytwórnię detroitowego producenta – Claude`a Van Stroke`a. Dwa lata po tym gorąco przyjętym wydawnictwie otrzymujemy jego kontynuację – „Escape From Zoo” – pokazującą, że Catz N`Dogz są w jeszcze lepszej formie niż poprzednio.

Ci, którzy polubili szczeciński projekt za eksperymenty z deep house`m będą mieli i tym razem powody do zadowolenia. Oto już pierwszy utwór z zestawu utrzymany jest w tym stylu – to miękki „5-10-15” (kto pamięta, skąd ten tytuł?), w którym głęboki puls bitu wspartego afrykańskimi congami niesie ciepły pasaż klawiszy uzupełniony wokalnymi samplami dziewczęcego chórku. Jeszcze ciekawiej wypada umieszczony nieco dalej „Poranek Organek”. Choć i tym razem Catz N`Dogz sięgają po deephouse`ową rytmikę, ozdabiają ją jazzowymi partiami dęciaków (to efekt gościnnego występu tria dOP), podszytymi organowym loopem w tle, nadającym całości szalenie motoryczny charakter.

Mimo, iż Grzesiek i Wojtek wychowali się na północy Europy, w ich żyłach płynie gorąca krew – dowodem na to dwa zmysłowe nagrania o wyjątkowo „czarnej” wibracji. „Everything Is Sexual” buja wolnymi i głębokimi bitami, zestawiając subtelne sample jazzowej gitary w stylu George`a Bensona z erotycznymi szeptami tajemniczej wokalistki. Podobnie wybrzmiewa „Long Way”, wprowadzając do zestawu elementy gorącego soulu – w zgrabnie wpisanym w całość męskim wokalu. Słychać w tych nagraniach inspirację dokonaniami mistrzów z Detroit – ale polscy producenci nadają im własny sznyt, bardziej zwarty i melodyjny.

Na ślady wpływów klasyki z Chicago trafiamy z kolei w „I`m Free”. Utwór pojawia się na płycie w dwóch wersjach. Pierwsza ma bardziej piosenkowy charakter, stąd przywołuje wspomnienie dawnych dokonań Larry Hearda czy Roberta Owensa. Druga – bardziej rozbudowana, łącząca ekstatyczną wokalizę Paula Randolpha z szorstkimi akordami klawiszy przypominającymi „Strings Of Life” Rhythim Is Rhythim, to już porywający tech-house, będący idealnym kandydatem na klubowy hymn jesieni.

Wojtek i Grzesiek nie byliby zresztą sobą, gdyby odcięli się całkowicie od wpływów tech-house`u, który przyniósł im rozgłos, kiedy tworzyli pod szyldem 3 Channels. A nadal świetnie czują się w tej formule, czego przykładem dynamiczny „Warsaw By Night”, w którym rwane syntezatory w stylu „Lush” Orbitala zostają pomysłowo wpisane w funkowy kontekst rytmiczny.

Nie brak tu również minimalu – ale oczywiście pozostającego w konwencji nowoczesnego house`u. To jeden z najlepszych utworów z płyty – „Relaxation Is A Skill” – wykorzystujący głęboką progresję basu w połączeniu z dubowymi pogłosami oraz wyjątkowo gęsty od mikrodźwięków „I`m The One Who`s Crazy”, gdzie zza dżungli dziwacznych głosów i dźwięków dobiegają riffy sfuzzowanej gitary, przywołującej dalekie wspomnienie charakterystycznego motywu z „Gonna Make You Sweat” C + C Music Factory.

A na deser – pomysłowe electro w dwóch odsłonach. Choć „Far Away” zrealizowane z samym Van Stroke`m lokuje się bliżej klasyki gatunku – mamy tu wszak mechaniczny bit wprowadzający soniczne akordy klawiszy, to już „Pets Gone Wild” bardziej kojarzy się z brytyjskim bleepem – ze względu na pęczniejący motyw basowy w tle. Podobnie zresztą jest z „Only For A Moment” – mimo house`owych dźwięków, rytmika nagrania wskazuje, iż to pierwszy eksperyment Catz N`Dogz z dubstepem.

„Escape From Zoo” brzmi znacznie nowocześniej niż swój poprzednik. Dobrze, że szczeciński duet zrezygnował z wycieczek w stronę tribalu – ta estetyka ma już chyba za sobą swe najlepsze lata. Wojtek i Grzesiek znacznie lepiej odnajdują się w detroitowych i chicagowskich brzmieniach balansujących między techno, house`m a electro. W efekcie ich najnowsze dzieło pełne jest świeżych i soczystych dźwięków, lokujących Catz N`Dogz w czołówce światowej ekstraklasy tanecznej elektroniki.

www.mothershipmusic.com

www.3channels.pl

www.myspace.com/3channels
Mothership 2010

PVT – Church With No Magic


Dwa dotychczasowe albumy grupy PVT (dawniej Pivot, widzieliście ich na zeszłorocznym Tauron Festiwalu Nowa Muzyka) – „Make Me Love You” (2005) i “O Soundtrack My Heart” (2008) – zawierały intrygującą fuzję eksperymentalnej elektroniki, shoegaze i szeroko pojętego rocka z naciskiem na przedrostek „post”. Australijskie trio szybko trafiło w szeregi Warp Records, w barwach której wydało właśnie trzeci longplay. Na „Church With No Magic” PVT pozostają sobą, ale też znacznie poszerzają paletę barw o kolejne odcienie.

Mówiąc krótko, retro jak się patrzyPierwszą słyszalną zmianą jest dodanie wokalu. Śpiew Richarda Pike’a ma znaczny wpływ konstrukcję kompozycji, która stała się bardziej piosenkowa. Twórczość formacji z antypodów nabrała tym samym nieco bardziej melodyjnego charakteru. Australijczycy bardzo sprawnie i w iście ponowoczesnym stylu czerpią z niezmierzonych pokładów popkultury, przefiltrowując je przez własną wizję muzyki. Głównym źródłem inspiracji wydają się być dokonania ubiegłych dekad, szczególnie lat 70. i 80. poprzedniego wieku. Elegancki dark-synth-whatever-pop bezbłędnie miesza się tu z muzyką XXI wieku, masywne syntezatory ścierają się z potężną ścianą gitarowego zgiełku, ekspresyjny wokalista dzieli się ze światem swoim weltschmerzem, zaś wszystko jest dosłownie skąpane w mrocznej, cyfrowo-analogowej elektronice pełnej trzasków, pisków i przesterów. Całość z powodzeniem mogłaby być opatrzona logo wytwórni 4 AD. Mówiąc krótko, retro jak się patrzy.





Ambientowo-spacerockowa miniatura pt. „Community” otwiera ten niebywały album, ale jest to mylący początek, szybko zrewidowany przez drugi numer. Porywający „Light Up Bright Fires” rozpoczyna się od szklistych dźwięków typowych dla Boards of Canada, by po chwili uderzyć potężnym beatem żywej perkusji a la UNKLE. To pierwsze i bynajmniej nie ostatnie ostrzeżenie, żeby zapiąć pasy. Utwór tytułowy wiele zawdzięcza legendarnej formacji Suicide, począwszy od minimalistycznego podkładu, poprzez głos Pike’a wyraźnie nawiązujący do maniery Alana Vegi, aż po generalną atmosferę niepokoju i paranoi. W „Timeless” zestawiono ze sobą gęste tło i wyraziste perkusjonalia; rezultat przypomina skrzyżowanie Can i Pole. Psychodeliczny „Crimson Swan” odwołuje się zarówno do elektronicznych zabaw Radiohead i transowości Bauhaus, jak i… patosu U2. Mało? W obłędnym „Window” najpierw słychać dalekie echa niesamowitego „O Superman” Laurie Anderson z 1981 roku, po czym wszystko przeradza się w szorstką wersję gitarowej ballady w duchu Elbow z refrenem na skraju krzyku.

Niecodzienne tropy można mnożyć, ale rzecz w tym, że w tej swobodnej żonglerce stylistycznej, erudyci z PVT wychodzą poza inspiracje i skojarzenia – słychać w ich grze autentyczną radość, młodzieńczą (choć do najmłodszych nie należą) energię, potężnego kopa, tak zwany power. „Church With No Magic” to naprawdę znakomity materiał. Wbrew tytułowi, tak zwanej magii jest tu mnóstwo.
Warp Records, 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Love Edition

Dzisiejsze wydanie „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cotygodniowej audycji na falach Szczecin.FM – upłynie pod znakiem piosenek o miłości. Wśród Wielkich Elektroników, którzy przenikną eter we wtorkowy wieczór, znajdą się m.in. Massive Attack, Bjork, Radiohead i Modeselektor.

Wtorek (19.10), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.






* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Aeroplane – We Cant Fly


A chmura rosła i rosła, nieprzerwanie od trzech lat, napędzana uwielbieniem fanów i pęczniejąca od kolejnych produkcji – pełnej kolekcji mixów, remixów (zawstydzających nieraz oryginalnych twórców) epek, singli, jednak wciąż bez perły w koronie, czyli albumu. Dwójka Belgów systematycznie pisała swoją historię disco, przytomnie patrząc wstecz, ale i szybko definiując swój niepowtarzalny styl. Wszystko co było sygnowane nazwą Aeroplane stawało się synonimem doskonałego kompromisu z przeszłością, a ich utwory, przyozdobione drapieżniejszym housem albo leniwym klimatem Balearów, w zależności od potrzeb, wywoływały pisk i ścisk na dancefloorze. Bito się o ich remiksy, zapraszano na rozmaite imprezy na całym świecie. Co miesiąc wydawali swój chart mix, który był manifestem nu-disco feelingu. Umieszczając w nim utwory Radioramy, Patrick Cowleya czy Lucio Battisti, wydatnie przyczynili się do renesansu zapomnianego nieco italo disco.

Dowodem na ich pozycję było jubileuszowe, pięćsetne wydanie Essential Mixu, kultowej audycji na której wychowało się kilka pokoleń elektroników. To właśnie oni zostali zaproszeni aby odegrać go na żywo. Dodatkowo rozpalił wyczekujących słuchaczy, ponieważ został zagrany w bezpośrednim sąsiedztwie wydania płyty i tam po raz pierwszy został wpleciony tytułowy singiel We Cant Fly. Doskonały mix stał się jednocześnie równią pochyłą i spotęgował rozczarowanie. Doskonałość gdzieś się rozpłynęła, na płycie znajdują się jej tylko marne, wyblakłe ślady. A nic nie wskazywało nagłej zmiany. Długogrający debiut przynosi same znaki zapytania.

O ile pierwsze minuty – nastrojowe intro, wspomniany We Cant Fly (jeden z lepszych utworów duetu w ogóle, wprost bezbłędny, esencjonalna, chwytliwa melodia połączona z czarnym, kobiecym wokalem), Superstar, kolejny singiel ze świetnym remixem The Krays, London Bridge, z rozciągniętymi i kołyszącymi gitarami (wykapany duet Lindstrøm/Prins Thomas) brzmiały obiecująco, to od piątego utworu – I Dont Feel – rozpoczyna się błądzenie i rozmienianie na drobne. Kalka z głosu Tiny Turner, ostry gitarowy riff, następnie miałki i bezbarwny przerywnik – Without Lies. Nudzą chybione wokale, a przecież to już nie pierwszy eksperyment z nimi (współpraca z Kathy Diamond przy nagrywaniu Whispers). To są utwory radio friendly, gotowe zaspokoić chaotyczny tłum w galerii handlowej. Spokojnie wpadają jednym, a wypadają drugim uchem, rzadko kiedy absorbując słuchacza, którego sami wychowali na konesera disco brzmień. Nie ratuje nawet odświeżona, retrospektywna i melancholijna esencja chillującego grania rodem z Balearów – Caramellas, z pobrzmiewającym rozstrojonym i rozmytym pianinem. Dlatego zakończenie – We Fall Over, jest boleśnie dosłownie.

Wśród oczekiwań, narzekań, fermentu związanym z ogłoszonym przed premierą rozpadem, wyszedł album sklecony na siłę, bez pomysłu, jak gdyby przypadkowy, (a nie dojrzewający kilka lat) w niczym nie przypominający poprzednich produkcji. Z pozoru niedorzeczny – czyżby autoironiczny? – tytuł okazał się złym i wyjątkowo trafnym proroctwem. Vito, który samotnie został na pokładzie, ma nad czym myśleć – jaki obrać kurs, i jak ponownie przekonać do siebie zdezorientowanych pasażerów. Piękna katastrofa.
Eskimo, 2010

Raj na ziemi – rozmawiamy z The Complainer

Po dalekiej wyprawie do Meksyku grupa The Complainer powraca z nowym albumem – „The Amor”. Rozmawialiśmy o nim z wokalistą, perkusistą i producentem – Wojtkiem Kucharczykiem. Co było najpierw: pomysł na egzotyczną płytę czy egzotyczna wyprawa?
– To pierwsze. Podróżowanie jest specyficznym stanem – swego rodzaju moim życiowym ideałem. Już jako mały chłopak marzyłem o wyprawach do dżungli czy na bezludną wyspę. I do dziś mi to zostało. Dlatego od dawna chciałem nagrać płytę w egzotycznych warunkach. Zaliczyłem już kilka prób realizacji tego pomysłu, ale wreszcie udało mi się wcielić go w życie z całym zespołem.
Jak doszło do Waszego wyjazdu do Meksyku i Miami?
– Wszystkie pozytywne siły zetknęły się w jednym miejscu. Mój przyjaciel Randall Beaver mieszka w Miami od dziecka. Robiliśmy razem kilka projektów, potem zaprosił mnie na festiwal Subtropics, gdzie zagrałem z Mołr Drammaz. Kilka lat temu odezwał się do mnie człowiek z Meksyku – Vico. Zainteresowany moją muzyką, proponował zagranie kilku koncertów. Dzięki wsparciu Instytutu Adama Mickiewicza udało się wszystko dopiąć w jednym miejscu i czasie. Najważniejsze były występy – ale ich integralną częścią miały stanowić nagrania.
Pojechaliście za Ocean z gotowymi kompozycjami?
– Mieliśmy około połowę materiału. Nasze założenie było jednak oczywiste: chcieliśmy nagrać wszystko „na setkę”, wykorzystać energię miejsca, podejść do rejestracji w starym, rock`n`rollowym stylu. I tak zrobiliśmy. Po powrocie do Polski kontynuowaliśmy pracę. Zabraliśmy się za nią jak najszybciej, aby wykorzystać tkwiącą jeszcze w nas gorącą energię.
Gdzie nagraliście partie latynoskich muzyków?
– W Meksyku nie udało się załatwić studia. Ale na szczęście miałem ze sobą cyfrowy sprzęt nagrywający. Dzięki niemu zarejestrowałem m.in. starą, meksykańską piosenkę „El Reloj” z udziałem Alfonso Floresa. Po prostu podszedłem do niego na ulicy, zaśpiewaliśmy razem do mikrofonu, a potem zapłaciłem mu za udział w nagraniu. Do dziś słucham tego utworu z rozrzewnieniem. Prawie wszystkie rejestracje odbywały się w takich polowych warunkach, czasem nawet z ukrycia. Decydował impuls, a ciągle miałem przy sobie sprzęt, mogłem go więc łatwo wykorzystać. Później w studiu trzeba było to wszystko wyrównać, dociąć, wyczyścić. Ale zgodnie z założeniami – surowa energia pozostała.

A jak przebiegały nagrania w studiu w Miami?
– Randall pomógł nam nawiązać kontakty. Dostaliśmy mnóstwo ofert, proponujących wynajęcie studia od kilkunastu do kilku tysięcy dolarów za godzinę. Początkowo chcieliśmy się skusić na coś ekskluzywnego, ale w końcu zwyciężył rozsądek. Po co płacić za godzinę tyle samo, co za cały dzień w innym miejscu? Trafiliśmy na idealne studio – City Of Progress – prowadzone przez Andrew Yeomansona, muzyka dosyć popularnej na latynoskim rynku grupy Spam Allstars. Mieliśmy do dyspozycji cały dom na nagrania – poza sypialnią i łazienką. Wszystkie jego ściany były wyłożone winylowymi płytami – ta kolekcja wytłumiała poszczególne pomieszczenia. Andrew miał również spory zestaw rzadkich instrumentów – głównie wzmacniaczy i klawiszy, z których mogliśmy korzystać. Dlatego na płycie słuchać jego Korgi i Moogi. To bardzo wpłynęło na brzmienie. Ze swoich instrumentów nie moglibyśmy tego wycisnąć. Nagrywaliśmy tylko dwa dni, ale nigdy wcześniej nie miałem takiej intensywnej sesji.
Kiedyś powiedziałeś, że jednym z Twoich muzycznych idoli jest David Byrne. Czy to jemu zawdzięczasz swą fascynację muzyką afrykańską i latynoską?
– Raczej swoim marzeniom o podróżowaniu. Już w młodym wieku zacząłem słuchać muzyki z różnych stron świata. Z czasem wyspecjalizowałem się w afrykańskich i latynoskich dźwiękach. To właśnie zawdzięczam Byrne`owi. Kiedy zacząłem śledzić co robi, pewne rzeczy stawały się dla mnie zrozumiałe. Jeśli chodzi o muzykę azjatycką czy europejską – interesują mnie tylko wybrane elementy.

O ile Wasza poprzednia płyta była zdecydowanie producenka, tak ta najnowsza jest dla odmiany zespołowa. To właśnie zmęczenie studyjną dłubaniną sprawiło, że postanowiliście postawić na żywioł i energię?
– Chyba tak było. Ale wszystko zrobiliśmy z premedytacją. Poprzednią płytą chcieliśmy pokazać nasz popowy potencjał. I tak też się stało. Przymierzając się do nowego materiału, postanowiliśmy w ogóle się nie formatować. Po prostu zagrać i wybrać z tego, co najlepsze. I dlatego na „The Amor” jest kilka melodyjnych nagrań, ale też sporo antymelodyjnych – i te ostatnie lubię bardziej. Po prostu poczułem potrzebę powrotu do przeszłości.
No właśnie: głównym wyznacznikiem płyty jest rytm – jak za czasów Mołr Drammaz.
– Nowe utwory miały być bardzo prymitywne. I tak się stało – ale do pewnego stopnia. Musiało się bowiem pojawić trochę subtelności. Zachowałem jednak element transowości – dlatego nagrania wprowadzają słuchacza w psychodeliczny stan umysłu.
Znowu cieszy Was hałas – i to zarówno ten punkowy, jak w „Kapitano”, ale również jazzowy w „Rootbeeroombie” czy niemal industrialny – w „High Spirits”.
– Nie chcemy już hamować swoich zapędów. Pracując nad poprzednią płytą czułem się trochę stłamszony. Jeśli mamy pociąg do hałasu, to czemu go powściągać? Tak postrzegam dziś rozwój zespołu – w stronę bardziej niesfornych kompozycji. Dlatego na koncertach, podczas których gramy już na dwie perkusje, nawet te melodyjne pioseneczki zamieniamy w transowe galopady trwające po piętnaście minut.
W tekstach wrażenia z egzotycznej podróży mieszają się z natrętnymi sygnałami współczesnej cywilizacji informatycznej – stąd te wszystkie e-maile, GPS-y, WiFi, IP. Czujesz się zdominowany przez technologię?
– Może tak? Kiedy wyjeżdżam, zostawiam komputer w domu, nie odbieram Internetu przez telefon. I czuję się szczęśliwy. Ale z drugiej strony trudno uciec od technologii na dłużej. Te wszystkie gadżety są już nieodłączne – i wpływają mocno na relacje międzyludzkie, nawet na te najważniejsze, jak miłość. Dlatego opowiadając o współczesnym świecie, musiałem wykorzystać te symbole naszych czasów.
W „Bananabox” wracasz jednak do przeszłości – przywołujesz Morrisseya i Janerkę.
– Cały czas słucham tamtej muzyki. Kiedy byłem w zeszłym roku na koncercie Morrisseya w Warszawie, spodobało mi się, że facet co dwa utwory zmieniał koszulę. Po prostu dawał z siebie wszystko. Dla mnie artysta niespocony podczas występu budzi wątpliwości. A Janerka jakoś sam mi się przyplątał, jako swoista równowaga. Wiele moich tekstów powstaje właśnie na zasadzie luźnych skojarzeń – tak, jak strzępy rozmów i muzyki z radia, na którym zmieniamy stacje, układają się w jedną, zaskakującą całość. Po raz pierwszy zaśpiewałem jednak taki tekst po polsku – i to było dla mnie ogromne wyzwanie. Bo nie lubię brzmienia swego wokalu, kiedy śpiewam w naszym języku. W końcu doprowadziłem głos do takiego stanu, który mnie zadowalał – stał się odpowiednio niski i mogłem go zarejestrować.
Na okładce do płyty piszecie: „Szukamy lepszego świata”. Również poprzez takie muzyczne podróże?
– Oczywiście, każde otwarcie się na innych ludzi czyni nas lepszymi. Nawet, jeśli takie spotkanie okaże się pomyłką. Ale mamy świadomość, że ten „lepszy świat” tak naprawdę nie istnieje. Dlatego sensem jest jego poszukiwanie. Bo wtedy okazuje się, że są momenty, w których świat staje się na chwilę rajem na ziemi. Dla nas czymś takim był właśnie ten wyjazd.

Various Artists – Watergate 07 – Lee Jones


Brytyjski producent przybył w ślad za swoją dziewczyną z Londynu do Berlina osiem lat temu – tego samego tygodnia, kiedy klub Watergate otworzył podwoje dla pierwszych klientów. Jones miał już wtedy za sobą kilka lat tworzenia nowoczesnej elektroniki pod szyldem Hefner – o zdecydowanie breakbeatowym charakterze. Zetknięcie się z muzyką graną w klubach na Kreuzbergu zdecydowało o zmianie zainteresowań artysty. W produkcji energetycznego house`u wspomógł go Nick Höppner (obecnie szef Ostgut Ton). Pod szyldem MyMy obaj producenci nagrali znakomity album dla Playhouse („Songs For The Gentle”) i odwiedzili ze swymi setami prawie trzydzieści krajów. Po zakończeniu współpracy, Jones poświęcił się karierze solowej – efektem tego świetna płyta „Electronic Frank” i nawiązanie regularnej współpracy z klubem Watergate.

Zrealizowany na zamówienie jego szefostwa miks jest dedykowany różnym odmianom house`u. Brytyjski producent rozpoczyna od miękkich i głębokich brzmień, serwując na wstępie własne nagranie „In The Water” gładko przechodzące w „International” projektu Flowers & Sea Creatures, za którym stoi Ewan Pearson. Potem zaczyna się zestaw bardziej sprężystych i dynamicznych produkcji – w „White Sunday” Andriego, „Mymorial” MyMy (ostatnie wspólne nagranie duetu z tego roku) i „Basic Chord Tool” duetu Matthias Meyer & Lee Jones mijają się zbasowane akordy, ciepłe plamy klawiszy i soulowe sample, składając się na ekspresyjny house, przypominający dawne dokonania Iana Pooleya dla Force Inc.

W centrum miksu znajdują się oczywiście najtwardsze bity i najcięższe basy. To lekko zdubowane „Short Stick Can” Raya Okpary i „Being Eaten” The Cheapers oraz bliskie mrocznemu techno „Lullaby” duetu Daniel Dreier & Lee Jones i „Melancholie II” Brandta Brauera Fricka. Ten najbardziej motoryczny segment zestawu chyba nie pozostawiłby nikogo obojętnego na parkiecie.

Lekkim zaskoczeniem jest następujący tuż po nim spust gęstego minimalu. „Voice Scatter” duetu Patrice Bäumel & Lee Jones, a przede wszystkim „The Blind Busker” zrealizowany przez Alexa Jamesa z udziałem Los Updates to kwintesencja stylu wywiedzionego z latynoskiej odmiany gatunku – hipnotyczna pulsacja opleciona dziwnymi głosami, grzechotkami, stukami i klikami. Ten transowy klimat przerywa sam autor miksu – jego „YoYo” to zaskakująco ekspresyjny tech-house o mocnym brzmieniu.

W finale Jones zwraca się ku progresywnemu disco – zarówno „December” Acid Pauliego, jak i „Lion Dreams” duetu Gregorythm & Greenbank łączą elementy psychodelicznego krautu i kosmicznej elektroniki, splatając przestrzenne partie gitary z romantycznymi pasażami syntezatorów na lekko zdubowanym podkładzie.

Jako ostatni pojawia się „Kreuzberg 61” – swoisty hołd Lee Jonesa dla dzielnicy, w której spędził ostatnie osiem lat. To hipnotyczny deep house z dramatycznymi partiami smyczków, delikatnie tkaną gitarą akustyczną i eteryczną wokalizą. Po prostu – cacko.

„Watergate 07” wydaje się być pozycją wyjątkowo jednolitą z całej serii – mocno skoncentrowaną na house`owym brzmieniu, konkretnym rytmie basu i bitów, wpisaną jednak w łagodny i ciepły klimat nocnej sesji w przyjaznym klubie.

www.water-gate.de

www.myspace.com/lee.jones
Watergate 2010

Roman – Roman


Temat przerabiany był już wielokrotnie z lepszym lub gorszym skutkiem. W przypadku Romana sukces jest połowiczny. O ile w ogóle można mówić o sukcesie.
Roman debiutował siedem lat temu w barwach Karaoke Kalk. Pierwszy album zebrał bardzo różne recenzje. Wydane dwa lata później So Ghost? poradziło sobie lepiej, wygenerowało nawet kilka przebojów.
Trzeci album to przynosi szereg zmian. Tym razem Roman zebrał regularny zespół z sekcją rytmiczną, skrzypcami i pokaźnym zestawem syntezatorów. W produkcji pomagali mu znany z Kraftwerka Henning Schmitz oraz Bertil Mark, bębniący m.in. w The Notwist i Die Fantastischen Vier. Mieszanka dosyć interesująca. Pytanie, co stworzyła?
Self Titled Romana jest płytą eklektyczną. W tym przypadku nie jest to jednak zaleta, ponieważ w niektórych przypadkach nadmierna różnorodność powoduje, że płyta wydaje się nierówna.
Album w większości wypełniają, zbudowane według zasady zwrotka-refren piosenki, w których nowomuzyczna warstwa dźwiękowa została okiełznana i zamknięta w trzyminutową, przystępną całość. Pomysł całkiem niezły, podobnie zresztą wykonanie. Otwierający album Futura, z wyklaskanym, rytmem i cygańsko-brzmiącymi skrzypcami to jeden z najbardziej pozytywnych numerów tego roku i jednocześnie świetny kawałek na początek. Niezły poziom trzyma również trochę bardziej kameralny The Denizens Drum.

Natomiast od numeru trzeciego zaczynają się schody. Despair When Young to jakby nieudolny ukłon w stronę twórczości La Roux, Blow przywodzi na myśl kiepską dyskotekę rodem z lat osiemdziesiątych. Na koniec dostajemy po uszach kiepskim skrzypcowym patosem w Shoot.
Na szczęście przeciwwagą dla tych kilku nieporozumień jest zestaw utworów udanych. Świetnie wypada mroczny Goodbye Bunny z recytowanym przez Toma Ashfortha tekstem o dyskryminowanym króliku, pulsującym syntezatorem basowym i świetnie dopasowaną partią skrzypiec. Traffic to jakby bardziej cukierkowa wersja Circlesquare’a, a Bones & Barks brzmi jak ukłon w stronę Mike’a Skinnera. Jest też jeden parkietowy wymiatacz: zbudowany na dialogu skrzypiec i kwaśnego syntezatora R.I.P. Music.
Trzeci album Romana pozostawia jednak duży niedosyt. Wydaje się, że zmarnowano tu duży potencjał. Oprócz zamykającego album wyciskacza łez (Shoot) świetnie wypadają skrzypce, szczególnie w połączeniu z tanecznymi bitami. W zasadzie wszystkie numery gdzie słychać smyki są niezłe. Poza tym po numerach takich jak Futura czy Bones & Barks słychać, że Roman potrafi skomponować chwytliwe piosenki dalekie od tandetnego mainstreamu. Niestety nie do wszystkich się przyłożył.

Karaoke Kalk 2010

Shlomi Aber – Chicago Days, Detroit Nights


Detroit i Chicago to nie tylko konkretne miejsca na mapie. To stan umysłu i ducha, który pozwala tworzyć specyficzny gatunek muzyki. I można go osiągnąć wszędzie – nawet w Tel Avivie. Tak stało się w przypadku młodego izraelskiego producenta – Shlomi Abera. W ciągu czterech lat producenckiej działalności zdobył on uznanie fanów i krytyków klubowej elektroniki, publikując swe nagrania nakładem takich wytwórni, jak Ovum, Cocoon, R&S czy Renaissance. Charakterystyczną cechą jego utworów okazała się stylistyczna amorficzność – nigdy tak do końca nie wiadomo było, czy to house, czy techno. Dla samego artysty nie był to jednak problem: „Bez względu czy jest to ciężki czy lekki kawałek, powinien on dotykać twego umysłu, ciała i duszy w tym samym czasie. To jest najważniejsze. Tylko wtedy można mówić o dobrym nagraniu”. Kierując się taką dewizą, Aber zrealizował materiał na swój debiutancki album wydany przez firmę Josha Winka – Ovum z Filadelfii.

Tytuł krążka właściwie wszystko wyjaśnia – izraelski producent prezentuje na nim swoją wizję muzyki tanecznej, ale głęboko osadzoną w tradycji muzycznej Detroit i Chicago. Jego nagrania mają wyjątkowo oszczędny charakter: są skupione na rytmice, blisko im do minimalu, ale nie tego w stylu Ricardo Villalobosa, ale tego ze starej szkoły Roberta Hooda. Słychać to wyraźnie niemal we wszystkich produkcjach z płyty.

Najpierw Aber sięga po house. Choć „Taped And Gorgeous” uderza połamanym bitem, to jednak podbitym regularnym pulsem. Tak brzmiał przecież organiczny house produkowany na początku lat 90. przez Carla Craiga – zanim artysta zachłysnął się jazzem. Twardsza odmianę gatunku przynosi „Tap Order”. Tym razem przenosimy się do Chicago, bo miarowe bity uzupełnione perkusyjnymi efektami niosą tu charakterystyczny motyw melodyczny – szorstkie akordy piano. Podobnie wypada „New York Dreamer”. Tym razem jednak Aber ozdabia surową konstrukcję rytmiczną ludzkim głosem – barytonową melorecytacją w stylu dawnych nagrań Barry`ego White`a. Tak brzmiały bardziej zmysłowe produkcje rodem z Wietrznego Miasta, choćby Larry`ego Hearda. No i jeszcze pulsujący funkowym groovem klasyczny garage – w rozbrzmiewającym ciepłymi pomrukami organicznych klawiszy utworze „Slow Dancer”.

Techno w wersji izraelskiego producenta ma oczywiście detroitowy posmak. Pierwszy utwór z tej serii – „Groove Mechanism” – to mordercza jazda w stylu wczesnych produkcji Jeffa Millsa, która świetnie się sprawdzi na dzisiejszym parkiecie w Berghain. „Sketches” to już bardziej miękkie granie – coś pomiędzy techno a housem, ale w bardzo stylowej wersji, zrealizowanej przez Abera wspólnie z samym Kenny Larkinem.

Najbardziej minimalistyczny charakter z całego zestawu ma „Propaganda”. Jak można się domyślać to oczywisty ukłon w stronę Roberta Hooda: techniczne tornado skoncentrowane na twardym bicie, oplecionym lekko zdubowanymi efektami. A na finał „Basic Roots” – euforyczny killer o brzmieniu żywcem przeniesionym z nagrań Aztec Mystic, Los Hermanos czy DJ 3000. Czyli galopujący rytm niosący strzeliste pasaże rozwibrowanych klawiszy – wypisz, wymaluj, nowy „Jaguar”.

Izraelski producent zgrabnie lawiruje między wyrazistymi cytatami z klasyki rodem z Detroit i Chicago, szczęśliwie unikając popadania w niebezpieczną dosłowność (no, może z wyjątkiem wspomnianego „Basic Roots”). I wychodzi mu to na dobre – „Chicago Days, Detroit Nights” to zestaw świetnych kawałków, które sprawdzą się w klubie i w domu, zarówno teraz, jak i za dziesięć lat.

www.ovum-rec.com

www.myspace.com/ovumrecordings

www.shlomiaber.com

www.myspace.com/shlomiaber
Ovum 2010

Pantha du Prince i Carbon Based Lifeforms w Krakowie

Czyli krakowskich koncertów ciąg dalszy. Już 13 listopada w Klubie Fabryka wystąpi niemiecki didżej Pantha du Prince oraz duet Carbon Based Lifeforms.

Hendrik Weber był jedną z ciekawszych osobistości, jakie wystąpiły na tegorocznej odsłonie festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Jego nowy album Black Noise jest wystarczającą zachętą na to, aby w tym wydarzeniu uczestniczyć.

Carbon Based Lifeforms mając na swoim koncie trzy płyty długogrające jest wartym uwagi zespołem definiującym na swój sposób muzykę ambient. Ich listopadowy koncert będzie pierwszym, jaki dadzą na polskiej ziemi.

Bilety

Bilety można nabyć na stronie radiofonii, w TicketPro, w sieci sklepów Empik oraz
przy w Klubie Fabryka w dzień koncertu.

Line-up:

  • 20:00 DJ elementAudio (Elementarna szkola muzyczna / radiofonia)
  • 21:00 Chrono Bros (Olivia Ungaro & Kinzo Chrome)
  • 22:00 Fonix (Elektroniczny azyl / radiofonia)
  • 23:00 Eltron John (Kto´s cie kocha / radiofonia)
  • 0:00 Pantha du Prince
  • 1:00 Carbon Based Lifeforms
  • 3:00 Digital Moments of Truth (Psychodelicje / radiofonia)
  • 4:30 Meff (Egodrop / Syndromm)