Wpisz i kliknij enter

aint about me – aint about me

W topniejącej klepsydrze.

Spotkały się tu ogromnie siły i wrażliwe dusze, obserwatorzy, magicy, szamani, artyści, muzycy i… metafizyczny byt. Jedna z istot (Łukasz Polowczyk) operuje słowem, tak zwanym spoken word, zaś druga (Jan Wagner) domalowuje do nich dźwiękowe połacie elektronicznych warstw. Okazało się, że owe istoty nie są osamotnione w swoim procesie tworzenia, ponieważ w odpowiednim momencie dołączył do nich gang niezwykłych muzyków: Petter Eldh (bas, syntezatory), Ramón Oliveras (perkusja), Simon Spiess (instrumenty dęte drewniane, syntezatory), Tobias Preisig (skrzypce), Rider Shafique (wokal) i Benedikt Wieland (bas). Znamy ich z wielu znakomitych solowych projektów albo większych składów. Wystarczy wymienić Kaos Protokoll, Ikarus, JPTR czy Egopusher.

Aint about me zrodziło się gdzieś głęboko w duszy, kościach i sercu Łukasza Polowczyka, ta opowieść żyła w nim od dawna, była blisko niego, a niekiedy się oddalała. Bywało tak, że przybierała kształt ostrych kontur rzeczywistości, a innym razem rozpływała się w dalekiej przeszłości, choć bacznie spoglądała w przyszłość. Tak naprawdę ta historia była z nim od zawsze, tylko czekała na odpowiedni ruch, na odbezpieczenie emocjonalnej zawleczki, na uformowanie trudnych, jaki i tych przyjemnych doświadczeń – pokrytych ciepłem, miłością i niecodziennymi wspomnieniami.

lukasz & jan b&w 2 by benjamin schäfer
Łukasz Polowczyk i Jan Wagner, fot. Benjamin Schäfer

Emocje eksplodowały w tym roku i nie dało się już ich zatrzymać, ale też nie było takiej potrzeby, by powstrzymywać ten proces. Stawianie tam i zszywanie ran nie wchodziło w grę. W aint about me chodzi właśnie o rozsupłanie, otworzenie się, doświadczanie, rozszycie i dopiero na końcu złapanie w garść wzburzonej energii.

Te wszystkie słowno-muzyczne przeżycia zostały uwiecznione na kasecie (edycja limitowana 77 sztuk) i zapisane w książce towarzyszącej temu wydawnictwu, gdzie oprócz tekstów Łukasza znalazły się także znakomicie korespondujące ze słowem ilustracje rrrumburaka oraz tekst Arta Jeffersona, w którym zadaje on wiele dających do myślenia pytań, a z drugiej strony nakreśla artystyczną i duchową drogę Łukasza rozciągniętą na przestrzeni lat między Warszawą, Nowym Jorkiem a obecnie Berlinem.

Przypomnę, że Łukasz to wokalista, kompozytor, poeta, promotor, nauczyciel i artysta dźwiękowy od prawie dwóch dekad związany z niemiecką sceną eksperymentalną, poszukującą. A jedno jest pewne, że w Berlinie przecięły się jego ścieżki z wyjątkowymi artystami, a jednym z nich jest wspomniany wcześniej Jan Wagner – niemiecki pianista, kompozytor, producent – mający na koncie dwie świetne solowe płyty: Nummern (2018) i Kapitel (2020) – i fundamentalna postać jeśli chodzi o projekt aint about me.

Myślę o tym wszystkim jak o gotowaniu posiłków dla wspaniałych nieznajomych. Właściwie dla nas wszystkich. Najlepsze posiłki to oczywiście wspólne przeżycia. Nasza radość kryje się w procesie łączenia składników i dorzucania tego, co jest w nas najlepsze i czerpiąc z tego kim jesteśmy jako ludzie, a następnie karmienie wszystkich – pisze Łukasz.

Wielowymiarowe DNA zapisane wewnątrz aint about me ułożyło się w dwanaście fascynujących opowieści Łukasza opowiedzianych jakże głęboką, czarną i mięsistą barwą głosu. Domyślam się, że wasze skojarzenia w tej kwestii poszybowały w okolice Gila Scotta-Herona, Saula Williamsa czy Kendricka Lamara. I słusznie! A po drugiej stronie niezwykle wciągająca elektronika Wagnera i akustyczna tkanka w wykonaniu Eldha, Oliverasa, Spiessa, Preisiga i Wielanda.

Album otwiera mistyczna kompozycja watching kali sashay with my arm in her jaw locked, w której słowa rozcinają przestrzeń, w rytmicznych interwałach z akcentem na frazę „Kali”, uwypuklając istnienie hinduskiej bogini czasu i śmierci, zwalczającej również demony i siły zła. Metaforyczny ruch zwolnionych wskazówek zegara spycha nas w głąb gęstych obłoków myśli the self as a matrix of desires, skąd dochodzi echo mówiące: żyłem w chmurze, czułem się nietykalny.

Kolejny zaskakujący i tajemniczy utwór the day i powdered and snorted my black bones skłaniający do odbycia ekspedycji do mrocznego wnętrza, jakie każdy z nas posiada, a następnie obserwowania w nim zachodzących procesów, minimalnych pęknięć aż do złożenia swojej duszy na nowo. Ambientowe fale rozkołysują saksofonowe trele przypominające śpiew ptaków, pulsuje rytm i oddech – watch my hands move as i pocket the blues you see nothing, z którego wylatują klejnoty w postaci słów. Abstrakcyjności blow out all the stained glass windows in all the temples simultaneously dodają kałuże rozmaitych barw Jacksona Pollocka wyostrzonych synkopą Elvina Jonesa. W tekstach Łukasza aż roi się od takich smaczków, więc oddajcie się uważnemu słuchaniu, by poczuć rytm i wagę każdego słowa, co potwierdza kolejne świetne i przejmujące nagranie when i die play my bones like a balafon arpeggio, w którym każda wypowiadana linijka tekstu przeszywa do szpiku kości.

Writing words is like throwing stones at the sun oddycha w rytm przyspieszonego tętna sączącego się basu, w tle industrialne i metaliczne odgłosy, a na horyzoncie ulewny deszcz i ławica pędzących kamieni wprost do słonecznego jądra. Śmierć George’a Floyda znalazła swoje odbicie w szorstkim, zadymionym, noise’owym i narastającym dronowym dygocie police precincts up in flames like sage, gdzie padają choćby takie słowa:

and they still want to put a knee to my man’s throat

marvin family it’s been almost fifty years to the day

but aint nothing change except the fucking haircut

W the sister friend of a black hole Oliveras głaszczę membranę werbla, a krążąc po niej tworzy tunele, które szczelnie wypełniają słowa dryfujące po czarnej orbicie gęstych myśli. Niespodziewanie wyrasta z nich happiness is a long equation rozpromieniony wdzięcznością, uśmiechający się do nas. Być może jest to indywidualna „recepta” na szczęście, ale mnie w zupełności przekonuje.

Pod jedenastym indeksem – czy to przypadek ? – znalazł się niezwykle poruszający reportaż watching tarot card XVI come to life, będący zapisem przeżyć Łukasza jakich doświadczył on w Nowym Jorku podczas ataków z 11 września 2001 r. – Ten utwór jest o 11 września, a przynajmniej z pozoru. Byłem tam, kiedy to wszystko się wydarzyło, wtedy mieszkałem po drugiej stronie rzeki, w centrum Brooklynu. Widziałem z mojego okna, jak uderza drugi samolot, widziałem z mojego dachu, jak wieże się zawalają, a potem był taki moment, w którym nie mogłem już nic zobaczyć, ponieważ dym ogarnął całą okolicę. Dosłownie nie mogłem zobaczyć moich wyciągniętych dłoni i usłyszałem, że nadlatują kolejne samoloty. Nie wiedziałem, że to amerykańskie myśliwce i pomyślałem, że to już po mnie. Choć brzmi to szalenie, ale w tamtym momencie po prostu usiadłem i zacząłem medytować, ponieważ nie wiedziałem, co innego mogę zrobić. To był pierwszy raz, kiedy byłem zmuszony zaakceptować możliwość śmierci na jawie, miałem podobne doświadczenia, ale tylko w moich snach – opowiada Łukasz. Więcej wspomnień artysty odnośnie tego tragicznego dnia pojawiło się przy okazji premiery watching tarot card XVI come to life na łamach NM.

Ambientowa coda let’s kiss and forget poraża szczerością, łapie za gardło, przesuwając się do powiek, nakładając na nie różne obrazy i ostatecznie wyciskając z nich łzę tak wielką, w której można zatopić się doznając oczyszczenia. Przejście do innego świata stoi przed nami otworem, wystarczy wyciągnąć dłoń…

Jedna z najważniejszych płyt tego roku!

self-released | listopad 2020







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy