Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.

Innercity Ensemble – IV
Jarek Szczęsny:

Luz i bogactwo.

Grischa Lichtenberger – RE:PHGRP
Paweł Gzyl:

Free jazz w „rasterowej” wersji.

Jónsi & Alex Somers – Lost and Found
Jarek Szczęsny:

Dla przyjemnego słuchania.



deep techno

Glitterbug – Cancerboy

Większą część swego dzieciństwa w latach 1975 – 1983 młody chłopak z Essen spędził w tamtejszym szpitalu na oddziale onkologicznym. Lekarze walczyli o jego życie, poddając go radioterapii i chemioterapii, będących w tamtym czasie w fazie zaawansowanych eksperymentów. I udało się – przeżył. Tamten okres pozostawił jednak na jego psychice niezatarte ślady. Trzy dekady później Till Lohmann postanowił rozliczyć się ze swym dzieciństwem napiętnowanym stygmatem śmiertelnej choroby. W ten sposób powstał najnowszy album jego projektu Glitterbug – „Cancerboy”.

Płyta rozpoczyna się odgłosami szpitalnych urządzeń – w ten sposób niemiecki producent wprowadza nas w klimat swej młodości („Backwards”). Z czasem wyłania się nich niepokojący strumień ambientowego szumu, podbity miarowymi uderzeniami perkusji i powoli ale nieubłaganie kroczącym basem („To Guess”). Kiedy niespodziewanie uderza minimalowy bit, ta klubowa rytmika wydaje się być tu zupełnie nie na miejscu („Abyss”). Musi minąć dłuższa chwila aż zaczynamy się przyzwyczajać, że o tak intymnych i dramatycznych przeżyciach Lohmann chce nam opowiedzieć przy pomocy techno.

Niemiecki twórca buduje swe monumentalne kompozycje w typowy dla siebie sposób – na miarowo pulsujący rytm nakłada kolejne partie klawiszy, które uzupełniając się wzajemnie, tworzą panoramiczną narrację poszczególnych nagrań. Jak wspomnieliśmy – na pierwszy ogień idzie hipnotyczny minimal, który wypełniają nerwowo brzmiące zawodzenia warczących loopów, skontrastowane z porozmieszczanymi na drugim planie masywnymi pasażami trance`owych syntezatorów („Undertow” i „Passages”).


Dopiero w połowie płyty Lohmann przechodzi do epickiego deep techno. Sięgnięcie po pogłębioną rytmikę jest dla niego okazją do uderzenia w inne tony – raz bardziej tęskne, bo wprowadzane przez kojącą melodię wygraną na pastelowych klawiszach („Those Hopeful Moments”), a kiedy indziej – bardziej gniewne, bo niesione przez agresywne akordy rodem z detroitowej klasyki („Don`t Stop”).

Jest tu również moment odrealnionego zawieszenia – wtedy uderzenia bitu ustają, ustępując miejsca rytmicznemu klaskaniu i mechanicznym stukom, otwierającym drogę powoli modulowanym strumieniom monochromatycznych klawiszy, przywołującym wspomnienie niemieckiej tradycji elektronicznej – zarówno kosmische musik („From Here On”), jak i Neue Deutsche Welle („Dragged Along”). Wszystko to prowadzi do zrealizowanego z rozmachem wyrazistego finału. Wychodząc od radykalnie zredukowanych i wyciszonych dźwięków, Lohmann powoli rozwija zakończenie płyty, rozpisując je na melodyjne kaskady zbasowanych syntezatorów, tworzących głęboko emocjonalne zwieńczenie całości („Outside My Window” i „We`ll Still Be Here Tomorrow”).

Czy są bardziej dramatyczne chwile w życiu człowieka niż walka ze śmiertelną chorobą? Till Lohmann podjął się wyjątkowo ryzykowanego zadania opowiedzenia o nich przy pomocy techno, trance`u oraz ambientu. I udało mu się – traumatyczne przeżycia z dzieciństwa znalazły swój intrygujący wyraz w bogato zaaranżowanej muzyce nie pozbawionej jednak swej rytmicznej dosłowności. W ten sposób niemiecki producent obalił ostatnie bariery – i pokazał, że przy pomocy nowoczesnej elektroniki można wyrazić wszystkie ludzkie emocje. To znaczy, że techno jest pełnoprawnym gatunkiem muzycznym – jak klasyka, folk, blues czy rock.

c.sides 2012

www.csides.net

www.myspace.com/csidesfestival

www.glitterbug.de

Manuel Tur – Swans Reflecting Elephants

Choć ma sympatyczne polsko brzmiące nazwisko Kiparski, na potrzeby działalności artystycznej zmienił je na Tur. Ale nie miejmy mu tego za złe. W końcu debiutował jeszcze jako… szesnastolatek, wydając dokładnie dziesięć lat temu pierwszą dwunastocalówkę dla brytyjskiej wytwórni Mada Music. Sympatia dla jego poczynań ze strony Anglików towarzyszy mu zresztą do dzisiaj. W 2008 roku związał się bowiem z londyńską firmą Freerange, która opublikowała mu całą kolekcję winylowych dwunastocalówek i pierwszy album – „0201”.

Od wydania tego ostatniego wyrósł na jednego z czołowych producentów funkcjonalnego deep house`u. Zapewniły mu to nie tylko nagrania dla Poker Flat, Ovum czy Mule, ale również remiksy realizowane na zamówienie takich tuzów, jak Azari & III, Jazzanova czy… Wilbirds & Peacedrums. Spore sukcesy przyniosły mu również wspólne projekty z innymi producentami – Ribn i Dplay. Wszyscy jego fani czekali jednak na drugi album swego ulubieńca. I w końcu jest – pod zapożyczonym od Salvatora Dali tytułem „Swans Reflecting Elephants”.

Wspomnieniem wczesnych dokonań niemieckiego twórcy jest tutaj otwierający całość „Back To Me” – seksowne disco zanurzające zmysłową wokalizę tajemniczej dziewczyny w głębokich falach onirycznych syntezatorów. „Phantom Ride” to już zwrot w stronę wysmakowanego deep house`u. Przyjemnie kumkające akordy klawiszy niosą tutaj subtelną partię fortepianu, nadającą całości lekko nostalgiczny ton. Nieco inaczej wypadają dwa kolejne nagrania w tym stylu. „Feel” ma bardziej dramatyczna narrację – ze względu na pomysłowe wpisanie przetworzonego męskiego śpiewu w soundtrackowe pasaże smyczków. Natomiast energetyczne „Maybe Next Lifetime” wykorzystuje formułę klasycznej piosenki – łącząc jednak soulowy wokal Marka „Blakkata” Bella z nieoczywistym tłem utkanym z świdrującej partii gitary.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1953686-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1953686-02″ allowscriptaccess=”always”]

Drugą stronę nowego albumu Manuela Tura stanowią mniej typowe dla niego kompozycje odwołujące się do przestrzennego techno. Zaczyna się od „High Needs Low”, w którym zdubowany podkład rytmiczny stanowi podstawę do odtworzenia od tyłu męskiego śpiewu, co nadaje nagraniu lekko psychodeliczny sznyt. „Obsidian” przynosi z kolei wycieczkę w stronę deep techno – skoncentrowaną na nerwowo pobrzękujących akordach analogowych klawiszy podbitych funkowo giętym pochodem basu. Bardziej mechaniczny puls ma natomiast „Serenity” – ale kontrapunktem dla rwanego bitu są tutaj psychodeliczne sample rodem z ambientowej klasyki w stylu The Orb czy The KLF. I wreszcie umieszczony na koniec „I`m Alive” – podsłuchany u Andy`ego Stotta eksperyment ze zredukowaniem rytmu do dalekiego tła – pozwalający na wysunięcie na pierwszy plan ekstatycznej wokalizy wspomnianego Blakkata.

Chwile wytchnienia między tymi tanecznymi segmentami płyty przynoszą dwa typowo ilustracyjne nagrania. „Mirrors” i „Just Love” mieszczą się w ramach smolistego downtempo rodem z dawnego Bristolu, łącząc sugestywną atmosferę seksualnego napięcia z oszczędnością aranżacji.

Debiutancki album Manuela Tura był całkiem niezły. „Swans Reflecting Elepehants” jest jeszcze lepszy. Bo roztacza szerszy wachlarz gatunkowy, wymodelowany na indywidualną modłę niemieckiego producenta. Sporo tu intrygujących pomysłów brzmieniowych, nie brak niebanalnych melodii, a całość ma wielce oryginalny sznyt. Oby tak dalej.

Freerange 2012

www.freerangerecords.co.uk

www.myspace.com/freerangerecordsuk

www.manueltur.com

www.myspace.com/manueltur

Jason Lanox – Burning Every Bridge That I Cross To Find Some Beautiful Place To Get Lost

Zapewne dzięki prężnej działalności wytwórni Clone, Delsin i Rush Hour jesteśmy obecnie świadkami wysypu młodych producentów na holenderskiej scenie elektronicznej. To dobrze – bo trafiają się wśród nich twórcy, na których faktycznie warto zwrócić uwagę.

Jednym z nich Jason Lanox, który do tej pory miał okazję zaprezentować się nam jedynie na dwóch dwunastocalówkach. Jego droga do produkcji własnych nagrań była dosyć typowa dla większości reprezentantów pokolenia obecnych dwudziestolatków. Dorastając dzięki rodzicom w otoczeniu dźwięków jazzu, soulu i funku, jako nastolatek zachwycił się subkulturą hip-hopową. Potem oczywiście trafił na pierwsze rave-parties i odkrył nową muzykę taneczną. Ponieważ rodzice byli wyrozumiali dla jego fascynacji, w pokoju holenderskiego młodzieńca zaczęły niebawem rosnąć stery elektronicznego sprzętu.

Efektem kilku lat spędzonych przez Lanoxa między klubami a sypialnią jest debiutancka płyta holenderskiego producenta – „Burnig Every Bridge That I Cross To Find Some Beautiful Place To Get Lost”. Ponieważ jest to concept-album podsumowujący wczesną młodość swego autora, poszczególne nagrania łączą się ze sobą, tworząc zwartą opowieść o jednoznacznie ilustracyjnym charakterze.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/448961-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=448961-01″ allowscriptaccess=”always”]

Zaczyna się od ambientowego wstępu („Tonight Is The Night”), który prowadzi nas do masywnego dub-techno o zaskakująco bogatej aranżacji („Destinator”). Lanox miesza tutaj podwodne pasaże syntezatorów z melodyjnie pobrzękującymi akordami, szeleszczące perkusjonalia z dzwoniącymi efektami, nie popadając jednak w barokowy przepych. Potem rozbrzmiewa dynamiczny tech-house – w którym jest miejsce na swingujący pochód basu, niosący wokalny refren ozdobiony IDM-owymi ornamentami („Blinded By The Numbers”).

Choć kolejna kompozycja rozpoczyna się od bujających rytmów o hip-hopowym metrum, z czasem zamienia się w oniryczny deep house, w którym rozlane tło przeszywa dramatyczna wstawka soundtrackowych smyczków („Get Lost”). A potem kolejny zwrot akcji – dudniący ciężkim bitem i zwalistym basem rozhuśtany dubstep, zatapiający jamajską partię melodiki w ambientowych strumieniach monochromatycznego dźwięku („Wired”). Stąd już blisko do bajkowego IDM-u – wpisanego w formę nienachlanej miniatury wypełnionej plumkającymi akordami rozjarzonych syntezatorów („You Can`t Save Anyone From Themselves”).

Ten wyciszony nastrój znajduje swą kulminację w niemal filmowym „Dark Waters” – bo przestrzenne brzmienia są tu tylko tłem do wyszeptanej intymnymi głosami rozmowy kochanków. Do pionu przywraca nas dopiero umieszczony na koniec „The Seas Of Aesfa”. Tym razem Lanox znów sięga po sprężysty tech-house o funkowym groovie, w którym rwany loop zestawiony z melodyjnie popiskującym motywem wiedzie nas ku kakofonicznemu finałowi o niemal orgiastycznej ekspresji.

Holenderski producent debiutuje w intrygującym stylu. Nagrania z jego albumu łączą głęboką emocjonalność z dojrzałą muzykalnością, demonstrując że ich autorowi z łatwością przychodzi opowiadanie zajmujących historii opakowanych w dobrze brzmiące dźwięki.

Henk 2012

www.henkrecordings.com

www.myspace.com/jasonlanox

Donato Dozzy & Neel – Voices From The Lake

Włoski producent Donato Dozzy zabłysnął w zeszłym roku klimatycznym albumem „K” zrealizowanym dla ekstrawaganckiej (bo publikującej głównie kasety) wytwórni z Seattle – Further. Obserwatorzy współczesnej sceny techno zwrócili jednak na niego uwagę znacznie wcześniej – a to dzięki oryginalnym nagraniom umieszczanym na winylowych dwunastocalówkach takich wytwórni, jak Curle, Prologue czy Time To Express.

Nakładem tej ostatniej pojawiła się w zeszłym roku pierwsza produkcja młodszego kolegi Dozzy`ego – również pochodzącego z Włoch twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Neel. Obaj artyści zagrali potem wspólny set w Japonii podczas festiwalu Labirynth. Występ okazał się na tyle udany, że postanowili oni kontynuować współpracę również w studiu. Pierwszym tego efektem była wydana minionego lata dwunastocalówka „Silent Drops”. Zwieńczeniem ich wspólnych sesji jest jednak dopiero opublikowany obecnie przez monachijski Prologue debiutancki album „Voices From The Lake”.

Składa się nań jedenaście premierowych kompozycji zmiksowanych w jedną całość. Tworzona przez nie muzyka rozwija się niespiesznie. Początkowo ma ona ilustracyjny charakter – jedynie gdzieś w dalekim tle czuć jakiś podskórny rytm. Na pierwszym planie znajdują się oszczędnie dozowane loopy, zanurzone w przestrzennych efektach, tworzące mroczny i niepokojący klimat całości („Iyo” i „Vega”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/445984-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=445984-01″ allowscriptaccess=”always”]

Te amorficzne dźwięki przechodzą powoli w coraz bardziej wyrazistą strukturę – masywne deep techno wsparte o głęboki puls miarowo tętniącego bitu. Nie mniej ważną warstwę tych kompozycji stanowią nisko zawieszone drony, wpisane w gęstwinę ćwierkających mikrodźwięków („Manuvex” i „Circe”). Najlepsze jeszcze jednak przed nami – oto dopiero w utworze „S.T. (VFTL Rework)” dochodzi do głosu talent włoskich producentów do tworzenia niezwykle przejmujących melodii. Dzięki temu wkraczamy w rejony niemal mistyczne – choć nadal pozostające w kontekście motorycznego deep techno.

Z czasem muzyka płynnie nabiera coraz bardziej dubowego brzmienia. Lekko spowolnione rytmy podbite przesterowanymi pochodami basu przynoszą dobiegające z tła szeroko rozlane pasaże ambientowych tonów („In Giova” oraz obie wersje „Twins In Virgo”). W pewnym momencie głęboka pulsacja całkowicie ustaje – w ten sposób zbliżamy się do onirycznego finału, w którym główną rolę odgrywają kłębiące się fale kosmicznych syntezatorów podbite dalekimi pomrukami zdubowanego basu („Mika” i „Hgs”).

„Voices From The Lake” urzeka swym majestatycznym brzmieniem i odrealnionym klimatem. Mimo oszczędności wykorzystanych środków, włoskim producentom udało się stworzyć intrygującą swą konstrukcją strukturę dźwiękową. Ich płyta spodoba się szczególnie tym, którzy tęsknią za wczesnymi dokonaniami Roda Modella i Stephena Hitchella. Choć „Voices From The Lake” nie jest tak przesiąknięta oparami dubu, zawiera podobny ładunek przestrzennej muzyki niepozbawionej mocnej energii o klubowym rodowodzie.

Prologue 2012

www.prologue-music.com

Conforce – Escapism

Już pierwsze dwunastocalówki Borisa Bunnika opublikowane cztery lata temu pod szyldem Conforce przez Rush Hour wskazywały, że mamy do czynienia z narodzinami nowego talentu na scenie współczesnego techno. Potwierdził to debiutancki album artysty – „Machine Conspiracy” – wydany nakładem Meanwhile w zeszłym roku. Od tamtej pory holenderski producent z każdym wydawnictwem podnosił sobie poprzeczkę o kilka centymetrów – a świadectwem tego były choćby dwie winylowe płyty dla Delsin – „Grace” i „Dystopian Elements”. Ich sukcesy sprawiły, że szefowie wytwórni z Amsterdamu zaproponowali Bunnikowi publikację drugiego albumu.

„Escapism” zaczyna się wyjątkowo mocnym uderzeniem – „Revolt DX” to tektoniczne techno rodem z Berghain, łączące twardy podkład rytmiczny z onirycznymi pasażami sążnistych klawiszy. Potem holenderski producent nie wraca już do takiego grania – a szkoda, bo utwór wyróżnia się na korzyść z reszty albumu.

Nie oznacza to jednak, że dalej jest nieciekawie. Oto „Elude” i „Lonely Run” przywołują wspomnienie wczesnych dokonań Richiego Hawtina w ramach nieodżałowanego projektu F.U.S.E. Ciężkie i wolne bity podszyte studyjnymi pogłosami niosą tutaj warczące pochody falujących basów i świdrujące smugi strzelistych syntezatorów. Techno i ambient łączą się więc w jedno, tworząc fascynujące mutacje pozornie nie pasujących do siebie dźwięków.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1864887-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1864887-02″ allowscriptaccess=”always”]

Nawet kiedy Bunnik przyspiesza – jak choćby w dynamicznym „Shadows Of The Invisible” – zatapia rwane loopy i chmurne basy w kosmicznych pasażach oldskulowych klawiszy wywiedzionych z tradycji elektronicznego odłamu kraut-rocka. Nic więc dziwnego, że holenderski producent najlepiej czuje się w formule przestrzennego deep techno. „Aquinas Control” i „Ominous” to prawdziwe majstersztyki stylu – łączące w sugestywny sposób głęboki puls miarowego bitu z wijącymi się strumieniami monochromatycznego dźwięku.

Jest tu również miejsce na coś w rodzaju niekonwencjonalnego dubstepu. Ale podobnie jak w przypadku pozostałych nagrań, holenderski producent wpisuje w „Escapism” połamane struktury rytmiczne wsparte sprężystymi uderzeniami basu w kontekst statycznego tła utkanego z klawiszowych plam o ambientowym sznycie. Nie dziwi zatem umieszczenie w tym zestawie również bardziej eksperymentalnej kompozycji – atakującej wibrującym loopem „Timelapse”.

Jedynym wspomnieniem dubowych początków Bunnika jest tutaj „Within” – szurający house wypełniony plumkającymi pasażami syntezatorów o jamajskim tonie. Płytę kończy natomiast smakowite przywołanie detroitowego idiomu – zrealizowany według oldskulowych receptur „Diversion”, który z powodzeniem mógłby się znaleźć w repertuarze któregoś z klasyków gatunku z Motor City.

„Escapism” puentuje w zgrabny sposób ten wyjątkowo udany dla muzyki techno rok. Wypada sobie tylko życzyć, aby kolejne dwanaście miesięcy przyniosły równie tyle ciekawych wydawnictw, co te właśnie mijające.

Delsin 2011

www.delsinrecords.com

www.myspace.com/conforce

Portable – Into Infinity

Kiedy mówimy o eksplozji muzyki techno w Europie, od razu wiążemy ją z upadkiem berlińskiego muru i otwarciem ogromnej przestrzeni wolności w dzisiejszej stolicy Niemiec. Co ciekawe – podobne zjawisko zaistniało na drugim krańcu świata. Koniec rasistowskiego apartheidu w Republice Południowej Afryki zbiegł się z eksplozją popularności muzyki house w tamtejszym Cape Town.

Jednym z młodych ludzi, którzy wyrażali wtedy swoją euforię w rytm tanecznych nagrań z Chicago i Detroit był Alan Abrahams. Kiedy sam zajął się produkcją tanecznej elektroniki, afrykańskie korzenie okazały się bardzo ważne – jego nagrania realizowane pod szyldem Portable były zaskakująco udaną (i prekursorską wobec dzisiejszej mody) syntezą klubowej rytmiki z plemiennymi perkusjonaliami. Punktem kulminacyjnym eksperymentów na tym polu stal się album „Powers Of Ten” opublikowany w 2007 roku przez jego własną wytwornię – Süd Electronics.

Ponieważ afrykański producent poczuł się zmęczony wybraną formułą, z czasem skoncentrował się na bardziej klasycznym wcieleniu deep house`u. Firmował je nowym szyldem – Bodycode. A że i na tym polu osiągnął znakomite wyniki, świadczą dwa albumy wydane przez amerykańską firmę Spectral Sounds – „The Conversation Of Electric Charge” i wyjątkowo pomysłowy „Immune” z 2006 i 2009 roku.

W ubiegłym roku wraz z winylową dwunastocalówką zrealizowaną dla berlińskiego Perlona, artysta powrócił do szyldu Portable. Podpisana nim nowa muzyka Abrahamsa zmieniła jednak w zaskakujący sposób swoje brzmienie. Potwierdzeniem tego jest pierwszy od czterech lat nowy album Portable – „Into Infinity”.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/432895-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=432895-01″ allowscriptaccess=”always”]

Podobnie jak w ostatnich produkcjach Bodycode, na płycie dominuje korzenny deep house. Już otwierający całość „Making Holes” wprowadza nas w odpowiedni klimat – zbasowany podkład rytmiczny niesie tu masywne pasaże syntezatorów, owocując głębokim i potężnym brzmieniem. Kontynuacją tego wątku jest „Find Me” – tym razem Abrahams uzupełnia jednak falujący pochód basu i mroczne pasaże klawiszy soczystą partią melodyjnego piano. Bardziej spowolnioną wersję takiego grania przynosi „Island Of Thought” – tutaj tajemniczy nastrój buduje sążniste tło o niemal dronowym tonie. Całość puentuje finałowy „Fade Away” – tym razem osadzony jednak na nieco cięższym podkładzie rytmicznym.

Pozostałe nagrania rozwijają nieco inne wątki. „Zero One” to zwarty i dynamiczny house przywołujący wspomnienie melodyjnych przebojów Inner City. W ilustracyjnym „Beauty Peagent” słychać z kolei wyraźne echa poetyckiej elektroniki Carla Craiga – a świadczą o tym lekko jazzujące perkusjonalia zanurzone w szeroko rozlanych pasażach organicznych syntezatorów. I jeszcze „One Way” – nagranie lokujące się bliżej nastrojowego techno niż house`u, wywołujące skojarzenia z najlepszymi produkcjami Derricka Maya, zapewne wymodelowane na tę modłę przez jego współautora – Efdemina.

Dalekie echa egzotycznych fascynacji Abrahamsa rezonują jedynie w dwóch nagraniach – „A Deeper Love” (fenomenalnie zaśpiewanym przez Lakuti) i „Albedo Yachts”. Klasyczne struktury o deep house`owym rodowodzie, afrykański producent uzupełnia tutaj metalicznymi perkusjonaliami, nadając im w ten sposób lekko tribalowy sznyt. W drugim z nagrań pojawia się również niecodzienna melodia – tęskny motyw przypominający brzmieniem dźwięczne tony indonezyjskiego gamelanu.

Największą niespodzianką tych nagrań jest śpiew Abrahamsa. Afrykański producent ma bowiem głęboki i mroczny głos, kojarzący się raczej z… ejtisowym synth-popem niż z „czarną” muzyką taneczną. Efekt jest nieco schizofreniczny – początkowo wokal Abrahamsa irytuje, w miarę słuchania zaczynamy jednak doceniać ten oryginalny pomysł i kiedy zwykłe przyzwyczajenia zostają przełamane, wrażenie jest nad wyraz pozytywne. Tym bardziej, że jakby mrugając do słuchacza okiem, w pewnym momencie pojawia się na płycie… synth-pop w postaci melancholijnej kompozycji „Onward”, wyśpiewanej przez autora płyty z iście noworomantyczną pasją.

„Into Infinity” to pozytywne zaskoczenie – świadectwo artystycznej odwagi i muzycznej dojrzałości afrykańskiego producenta. Ciekawe, czy na następnych płytach pójdzie dalej w tym kierunku?

Perlon 2011

www.perlon.net

www.myspace.com/perlon

www.myspace.com/bodycodemusic