ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.



!K7

Forest Swords – DJ-Kicks

Matthew Barnes i jego kompilacja w ramach kultowej serii DJ-Kicks.

Czytaj dalej »

Tricky wraca do Polski

Cztery koncerty będą promowały nowy album bristolskiego artysty.

Czytaj dalej »

Zehnin, czyli nowy sublabel !K7

Katalog otworzy nowa epka Lucy’ego! Czytaj dalej »

Michael Mayer – &

Koloński producent tworzy elektroniczną orkiestrę.

Czytaj dalej »

Portable – Alan Abrahams

Koniec z tańcami. Czas na piosenki.

Czytaj dalej »

Audion – Alpha

Pierwszy album Matthew Deara pod tym szyldem od ponad dekady.

Czytaj dalej »

Tricky – False Idols

Tricky, na swym najnowszym albumie “False Idols” zapowiadał powrót do klimatów z pamiętnych, pierwszych płyt. Realizacja takiego powrotu po wieloletnich podróżach nie jest łatwa, ale często przynosi bardzo dobre efekty. W przypadku nowego dzieła charyzmatycznego 45-latka z Bristolu efekt jest co najmniej niejednoznaczny. Czytaj dalej »

Tosca – Odeon

Choć od premiery albumu starych wyjadaczy z duetu Tosca minął miesiąc, nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy jestem za, czy przeciw. Czytaj dalej »

Henrik Schwarz Live! w Sopocie

Reprezentant niemieckiej wytwórni !K7 przyjeżdża do Polski na jedyny, klubowy występ. Czytaj dalej »

Stereo MCs – Emperor’s Nightingale

Gdy padła komuna i na osiedla poprowadzono kabel, otworzyło się okno na świat. MTV na co dzień raczyło od 6 rano klipami Bjork, Massive Attack i całą masą innej świetnej muzy, która w głównym nurcie lub obok (kogo to obchodziło?) z powodzeniem umilała blały, imprezy, kace i naukę.

Pomijając underground i euro-dance w ostatniej dekadzie ostatniego stulecia ubiegłego tysiąclecia na kanałach i przegrywanych kasetach królowali wyżej wspomniani – m.in. z Trickim, Portishead, Depeche Mode, The Chemical Brothers, Underworld, Gus Gus, Stereolab, Hooverphonic i Stereo MC’s do paczki. Oczywiście każdy prywatny panteon będzie się ciut różnił, ale nie w tym rzecz. Telewizja była jedna, a nowatorstwo w/w jasne jak włosy Simone.

Dorastaliśmy w cudownych czasach.

Recenzje współczesnych płyt gwiazd tamtej dekady są bardzo podzielone, jak i reakcje zwykłych zjadaczy bitów. Jedni wychodzą obronną ręką, drugim zarzuca się odgrzewanie kotleta, komuś zdradę dobrze znanego brzmienia, jeszcze innym zły dobór producenta. Fakty są takie, że zajawki nowej płyty Bjork dziś już mało kogo ruszają, niedawna kolaboracja Fatboy Slima z D. Byrnem też jakoś nie znalazła spektakularnego oddźwięku w sieci, a The Prodigy zasilają rockowe line-upy.

Prawda taka, że oczekiwania wraz z upływem czasu nie maleją, bo dawni fani odznaczają się wyjątkowo paskudnie dobrą pamięcią i oceniają surowo. Nie każdy może wystąpić w niekończącej się „Modzie na sukces”, i na pewno nikt nie lubi niespełnionych obietnic. Uogólniając – fajne gwiazdy wyznaczające muzyczne szlaki lub tworzące własny, niepowtarzalny styl w latach 90. mają dziś przerąbane.

W sam środek tego ledwo muśniętego szkicu właśnie wdepnęli na dokładkę Stereo MCs. Niedowiarków lub niepoprawnych optymistów, sądzących, że wspomnieniom zawsze towarzyszy idealizująca młodość nostalgia odsyłam do „Emperor’s Nightingale”.

Modnego dramatyzmu i melancholii jako klamry nie kupuję. Dęciaki, nic że fajne, i perkusje rezolutne, i loopy, gitary, głos Roba B. i sample… Co z tego, jeśli jest to nudne jak brytyjski pudding? Sytuacji nie ratują sporadyczne akordy rodem spod roziskrzonego obcasa Prince’a, wychylający się czasem elektroniczny pazurek i niezgorszy rave (pamiętacie The Shamen?) … Tę płytę tworzą niezłe opiłki, opiłki tworzą niezły bigos. Tyle, że w całości niemal niestrawny. Nie, jeśli uwielbiało się „Connected” i „Deep Down & Dirty”. Bo niby efekty są miłe, ale i tak nie mogą wynieść większości numerów wyżej niż
do rangi zaszczytnych przykuwaczy uwagi w podroży skazanej na mdły miszmasz niezbyt atrakcyjnych radiowych stacji.

Po starym dobrym Stereo MC’s nie zostało nic ze znamiennego chłodu, dystansu i zblazowanej elegancji. Nic z funky. I wcale nie chodzi o to, że to już nie ten groove, i że nie są już tacy wyniośli, jak kiedyś. Wszak udało im się sklecić 2 wesołe, a godne odnotowania kawałki:

w „Manner” świetny, przeciągły, powracający syntetyczny motyw to dźwięk, na który chce się czekać, i który z powodzeniem na długo zagościć może w głowie. Gitary, brudna elektronika i mgiełka glamu ala „french touch” kleją kalejdoskopową jakość wirującego balu, którego nie chce się opuszczać. W „Tales” zaakcentowane piana ala euro-house wpisują się w powracające inspiracje najntisami. Oba utwory mają tak porywające refreny, że w ciemno mamy ochotę oddać w ręce Roba i Nicka dyktat parkietu do końca roku.

Fascynacja jednak trwa tylko chwilę i znów lądujemy bez bucika, na schodach w nudnej rzeczywistości. Kto chciałby jako bis usłyszeć stary hip-hop Stereo MC’s może od razu włączyć numer 9. Eklektycznie w stylu leftfield łączy brudne gitary z vocoderową nawijką w breakbeatowy poszarpaniec. Na dokładkę „Desert Song”, gdzie reggaton o orientalnej proweniencji każe nam wierzyć, że wszystko kiedyś się ułoży.

Tytuł płyty ma być pewnie aluzją do swobody twórczej i zrzucenia z siebie jarzma dawnych szufladek i oczekiwań. Ja jednak tęsknię do staromodnej klatki, bo na co komu wolność słowika, jeśli od jego trelu w tej wersji bajki i tak nikt nie wyzdrowieje?

Pożytek z „Emperor’s Nightingale” jest taki, że chce się siąść, wspominać i rozważać konteksty przemijania, poszukać domorosłego morału, zawsze to jakaś wartość dodana. 4/12 – nie chce wyjść inaczej.

!K7 Records | 2011

Label !K7 z Nowym Spojrzeniem

Po cudownym Dj Kicks w wykonaniu Motor City Drum Ensemble wytwórnia !K7 proponuje kolejne nowości – w tym debiutancki krążek intrygującego duetu New Look. Posłuchajcie, jak brzmi kanadyjski future pop.
Czytaj dalej »

When Saints Go Machine – Konkylie

Niby nic takiego: połączenie lśniącego mirażu chłodnych syntezatorów z aranżacyjnym ciepłem to określenie pasujące do kilku bandów, a na widok tagu synth-pop niejeden się skrzywi „znowu?”. Błąd. O When Saints Go Machine nie bez przyczyny szepczą blogosfery, a niepodważalny (choć nie jedyny) atut, dzięki któremu nie sposób przejść obok nich obojętnie to Nikolaj Manuel Vonsild, dokładniej – jego głos. W najbliższy piątek na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka będzie w końcu okazja, by przekonać się na żywo, o co chodzi z tym hypem i czy słusznie uznano ich w Danii za jeden z najciekawszych zespołów koncertowych.

Od początku „Konkylie”, gdy słuchamy Nikolaja, przed oczyma przewija się gęba Antony’ego, gdzieś z tyłu głowy majaczy wokalista Talk Talk lub Arthur Russell. Porzucamy te puzzle zadowalając się stwierdzeniem, że właścicielem tak potężnego (sic!) falsetu musi być zapewne wielki, czarnoskóry facet. I znowu pudło: trudno uwierzyć, oglądając wątłego Nikolaja, że generuje on taką moc i wprost fruwając po melodiach, zręcznie przebiera w tonacjach i nastrojach.

When Saints Go Machine to na oko mroczne, na ucho dojrzałe chłopaki z kopenhaskiego sąsiedztwa. W 2008 roku wygrali konkurs talentów w duńskim radio, dwa lata później otwierali Festiwal Roskilde. Choć na scenie istnieją od kilku lat, pierwszy materiał wydany na rynek skandynawski miał siłą rzeczy węższy zasięg rażenia. Rzeczywiście na rynku europejskim (i światowym) szerzej zaistnieli wydaną w styczniu w !K7 EPką „Fail Forever”. Podczas gdy numer z poprzedniej płyty cały czas zbiera żniwo (pod koniec czerwca ukazał się m.in. remiks Nicolasa Jaara), od kilku miesięcy żwawo śmiga już nowy materiał. Potencjalnie mniej dyskotekowy, ale równie przebojowy, nie tak eklektyczny, lecz nadal zróżnicowany, a artystycznie bardziej spójny.

Mając za punkt wyjścia przeciwstawną do popu brzmieniową alternatywę, WSGM sprytnie przetykają surowość syntezatorów z żywym instrumentarium kreśląc z rozmachem wizję romantycznego modern-popu. Wszak to wszystko piosenki, tyle, że niezwykłe. Bogate, organiczne dźwięki i utwory w średnim tempie to oś „Konkylie”. Pozorna nieprzystępność ciemnej materii, dzięki unoszącym się finezyjnie melodiom, zyskuje na komunikatywności. Etnicznym tłom wtórują ciekawe, z reguły filozoficzne, senne, tęskne, niepewne i niewesołe teksty (choć czasem jest zabawnie – „Kelly”), inspiracją których jest twórczość takich artystów, jak Nick Cave czy Morrisey. Nie ma mowy o banale.

Nad wszystkim unosi się mgiełka wykrzywionej nieoczywistości.

Tytułowe „Konkylie” w połowie nagrane w lesie letnią nocą, a w połowie w tunelu to eteryczna ballada na dęciaki i świerszcze. Dalej przeważa etniczny, perkusyjny background, przywołujący niekiedy skojarzenie z Fever Ray. Być może to echa niegdysiejszej współpracy z Christofferem Bergiem, co najbardziej słychać w „Church And Law” i „The Same Scissors”. Pierwszy rozpoczynają amorficzne smugi śpiewu, pianino i chóralne urywki, nie zapowiadające energii czającej się w niskich elektronicznych akordach, a która ścina krew zimną syntezatorową lawą. Hit! W drugim zaś przestrzenne synthy przemykają niczym srebrne pociągi, na które Nikolaj patrzył tworząc tekst utworu; podobno też można dosłuchać się sampli głosów turystów, których narzekanie na rachunek w knajpie nagrał Simon Muschinsky z zespołu. „Jets” promiennie transuje w plemiennym stylu (do akompaniamentu kuchennych naczyń, co jest sprawką brata Nikolaja), a „Kelly” buja w rytmie disco spod znaku Scissor Sisters i Hercules And Love Affair.

Mroczna – na pierwszy rzut oka – czwórka, zyskuje przy bliższym poznaniu.

„On the Move” to nieoczywista melancholia pod ciepłą elektroniką, „Whoever Made You Stand So Still” – miniaturowa podróż w dwóch tempach po onirycznej psychodelii w stylu retro z lat 70. wzbogaconej o klarnet i wiolonczelę. Harmonie wokalne „Konkylie” doprawiają większość materiału nutą folku; już przy poprzedniej płycie When Saints Go Machine dorobili się przydomku „Fleet Foxes bez gitar”. Choć te akurat powinny się pojawić obok paru innych instrumentów na występie live. O tym, że zespół uczynił z wokaliz Vonsilda kolejny instrument dobitnie świadczy „Add Ends”, pogodna piosenka rozpisana na harmonię wokalną i smyki.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w inkarnacji gęsto użytych na płycie maszyn wziął udział pierwiastek naprawdę święty.

Finalnie pałamy już tak olbrzymią sympatią, że na końcu języka mamy żarliwe wyznanie dozgonnej przyjaźni, co najwłaściwiej byłoby przypieczętować wspólną imprezą.

EMI / !K7 | 2011

Motor City Drum Ensemble – wywiad

Dziennikarze twierdzą, że jest konsekwentny i chorobliwie ambitny, a znajomi, że rozwija się tak szybko, że śmiało można nazwać go weteranem. Wszyscy natomiast zgodnie przyznają, że jest jednym z najciekawszych artystów muzyki klubowej ostatnich kilkunastu miesięcy. Z Danilo Plessowem rozmawialiśmy o jego dzieciństwie, wspomnieniach z Polski i wielu innych.

Czytaj dalej »