BNNT is Michał Kupicz – Multiversion #2
Jarek Szczęsny:

Część druga.

Coil – The Gay Man’s Guide To Safer Sex +2 OST
Ania Pietrzak:

Absolutne kuriozum!

Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.



relacja

Off Festival

Off Festival 2019 – Relacja

Historia Off Festivalu właśnie wzbogaciła się o kolejny, pokaźny rozdział. Co w nim będzie? Czytaj dalej »

Nils Frahm wystąpił w katowickim NOSPR-ze

Dwie i pół godziny wystarczyły, żeby Nils Frahm zabrał słuchaczy zgromadzonych w katowickim NOSPR-ze do innego świata.

Czytaj dalej »

Wschód Kultury – Inne Brzmienia Lublin 2017 – relacja

Afryka zawładnęła Wschodem Polski! Czytaj dalej »

Halfway Festival Białystok 2014 – relacja

Miesiąc temu odbyła się trzecia edycja Halfway Festiwalu (27 – 29 czerwca). Nowa Muzyka od samego początku wspiera białostocką imprezę, więc i tym razem nie mogło nas zabraknąć. Czytaj dalej »

Asymmetry Festival 5.0 – nasza relacja

W  2016 roku Wrocław stanie się Europejską Stolicą Kultury. Do tej daty pozostało jeszcze trochę czasu, i warto zwrócić uwagę, że największe miasto Dolnego Śląska zasłużyło sobie już teraz na nieco inny przydomek, mianowicie – Europejskiej Stolicy Ciężkich Brzmień. Czytaj dalej »

Roztańczony Wrocław – nasza relacja z koncertu Parov Stelar Band

Parov Stelar – tym razem ze swoim bandem – powrócił do miasta nad Odrą. W ramach cyklu koncertów Citysounds, zespół roztańczył cały klub Eter i spełnił pokładane w nim wielkie oczekiwania fanów i organizatorów. Chyba nawet najwięksi malkontenci nie puścili pary z ust, tylko oddali się szaleńczemu dancingowi.

Ale zanim Parov Stelar Band pojawili się na scenie, rozgrzewkę licznie zgromadzonej publiczności przeprowadził Dj Pat Poree. Niestety nie była to rozgrzewka ani intensywna, ani specjalnie przyjemna. Dj Pat mieszał ze sobą nowoczesne i staromodne brzmienia, tworzą coś w rodzaju klubowej muzyki retro z odchyleniem w stronę kabaretu. Średnio mi się to podobało. Do tego Pan Dj zakochany jest najwyraźniej w basach, bo dudniły one niemiłosiernie. Pod koniec jego występu czułem się nieźle zmęczony, zwłaszcza, że puszczał on swoją muzykę przez prawie półtorej godziny! Nieźle, jak na suport. Kiedy kończył, rozległy się brawa – ale był to raczej objaw ulgi nas wszystkich.

Dosłownie kilka sekund później światła zmieniły swój odcień i na scenę wkroczył Parov Stelar Band. Spora ekipa. Sześć osób, wyglądających, jakby zeszli właśnie z planu filmowego „Zakazanego Imperium” przywitało się radośnie z ludźmi i rozpoczęło swoje show. Na pierwszy ogień poszło „Oh Yeah”, „Matilda” i „Booty Swing”. Kapitalny początek. Wszyscy członkowie zespołu byli w świetnej formie. Dowodziła nimi ekspresyjna i niezwykle charyzmatyczna wokalista – Cleo Panther. Zresztą jej nazwisko to chyba nie przypadek. Cleo była drapieżna, zwinna, naturalna, a przy tym pełna gracji i stylu. Co chwilę zagadywała publikę i załapała z ludźmi świetny kontakt. Parov z kolei ukryty był za swoją konsolą na podwyższeniu i zszedł całkowicie na drugi plan. Celowo wystawił swój band na „widok publiczny” – i dobrze, było co oglądać. Odpowiadający za trąbkę Jerry Di Można, saksofonista Max The Sac zrobli oraz basista Michael Wittner tańczyli, skakali, uśmiechali się do siebie i widać było, że kapitalnie się bawią. Wraz z nimi cały Eter oddał się szaleństwu. Electro Swing w wykonaniu Parov Stelar Band to mistrzostwo świata. Niczego nie jest w nim za dużo, niczego z mało. Niesamowite brzmienie nowoczesnej elektroniki i klasycznych dęciaków dawało potężny zastrzyk energii. „Homesick”, „Oh my Way”, czy „Sally’s Dance” rozrywało wręcz na strzępy.

W Internecie furorę robi „absurdalnie fotogeniczny facet”. Ja też mam pomysł na mema – zdjęcie z koncertu Parov Stelar Band z podpisem „absurdalnie udany koncert”. Coś mi się wydaje, że klika lajków bym zebrał…

Parov Stelar Band – 23 05 2012 Wrocław, klub Eter

Krakowska Jesień Jazzowa 2011 – relacja

Program Krakowskiej Jesieni Jazzowej po raz kolejny obfitował w muzykę wymagającą od słuchacza sporej dawki skupienia, niełatwą w odbiorze, lecz jednocześnie bardzo inspirującą – otwierającą umysł. Czytaj dalej »

Nostalgia 77 Septet – relacja

W lutym przyszłego roku Jazz Club Hipnoza obchodzić będzie swoje dziesiąte urodziny. Tak znaczącego jubileuszu nie należy świętować inaczej, jak inicjując cykl koncertów, który zelektryzuje wielbicieli nowoczesnego jazzu. A przynajmniej taką taktykę obrano w Katowicach, na co narzekać przecież nie można.

Dowodzona przez Bena Lamdina Nostalgia 77 przeszła długą drogę – od jednoosobowego projektu, tworzonego na komputerze w domowym zaciszu z jazzowych sampli, do scenicznej, ośmiogłowej bestii. Polskiej publiczności zespół zaprezentował się w sześcioosobowym składzie uzupełnionym przez wokalistkę o nazwisku Sarah Mitra. Josa Peit, której głos usłyszeć można na nowym albumie Lamdina „The Sleepwalking Society”, z przyczyn zdrowotnych nie mogła towarzyszyć grupie, co w żaden sposób nie wpłynęło negatywnie na koncert. Jej zmienniczka w barwny sposób zinterpretowała najnowsze utwory Nostalgii 77, mieszając musicalową ekspresję z odrobiną burleski, subtelnie kokietując przy tym widownię uśmiechem i tanecznym ruchem bioder.

Instrumentalny wstęp z miejsca ujawnił rozkład sił na scenie – Nostalgia 77 Septet to przede wszystkim dęciaki wspierane dynamiczną sekcją rytmiczną. Zasiadający obok wokalistki Benedic Lamdin, który podczas koncertu pragnienie zwalczał popijając małego Żywca, dopełniał wraz z klawiszowcem brzmienie zespołu akompaniując grupie, aniżeli jej przewodząc.

Publiczności przyszło wysłuchać większości piosenek z ostatniej płyty, w tym „Blue Shadow”, „Golden Morning”, „Simmerdown” oraz „Sleepwalker”, których oniryczną aurę skutecznie rozwiewały perkusyjne łamańce Tima Gilesa. Bębniarz, traktując ze szczególnym zamiłowaniem hi-hat, tchnął sporą dawkę energii w muzykę Stowarzyszenia Lunatyków, dbając jednocześnie o to, by wzór wygrywanego rytmu zmieniał się z wysoką częstotliwością.

Set wokalnych kompozycji został w połowie przerwany instrumentalną wycieczką, której podstawą był utwór „Taxidermist”. Wtedy też swój czas miały partie solowe trębacza oraz saksofonisty, w finale głośno okraszone brawami widowni. Kolejny utwór, równie mocno improwizowany, sięgający korzeniami etiopskiej odmiany jazzu od dziesięcioleci pielęgnowanej przez Mulatu Astatke, zaczerpnięty został z pobocznego projektu Benedica Lamdina o nazwie Skeletons. Wyróżniający się znacznie na tle swoich sąsiadów rozkołysał zebranych w Hipnozie melomanów.

Koncert zakończył utwór „Here Lies My Love” z 1955 roku autorstwa grupy Mr. Undertaker. Nostalgia 77 Septet zaprezentowała żywe, dynamiczne oblicze zespołu, który ceni groove kontrabasu, wijące się partie dęte oraz wyrazisty, kobiecy wokal. Można oczywiście narzekać, iż wieczór z zespołem Lamdina był za krótki, jednak w przypadku, kiedy muzykę cechuje tak wysoka dbałość o jakość, półtoragodzinny występ wydaje się być wielce satysfakcjonującym i inspirującym przeżyciem.

Jazz Club Hipnoza gościł już nieraz tuzy światowego jazzu, z których przypomnieć warto The Cinematic Orchestra, Kazutoki Umezu Kiki Band, czy też rodzimy Skalpel. Do tego grona nareszcie dołącza przedstawiciel brytyjskiej wytwórni Tru Thoughts, którego katowicki występ mógłby bez żadnych kompleksów zostać wydany na płycie.

  • 23.10.2011 | Jazz Club Hipnoza | Katowice

Sacrum Profanum 2011 – relacja

Tegoroczna odsłona festiwalu Sacrum Profanum była jedną wielką imprezą urodzinową wydaną na cześć kompozytora, który jako jeden z nielicznych czynnie wpłynął na historię muzyki współczesnej za swojego życia. Przez siedem dni fani dźwiękowej awangardy mogli obcować z kompozycjami Steve’a Reicha podczas szeregu koncertów, z których inauguracyjny oraz finałowy odbiły się szerokim echem w światowej prasie.

Otwierająca koncert premierowa kompozycja „Dwa Wiersze Miłosza” Pawła Mykietyna tylko z tytułu nie pasowała do festiwalowego programu. Zapętlone, fragmentaryczne urywki wyrazów układające się ostatecznie we frazę „pszczoły obudowują czerwoną wątrobę, mrówki obudowują czarną kość”, stanowiące wprowadzenie do recytacji tekstu „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”, zwiastowały minimalistyczną naturę utworu z ukłonem w stronę taśmowych eksperymentów Reicha. Dalej – kolejne zaskoczenie. Muzycy stojący na scenie miast grać na swoich instrumentach biczowali je rzemykami tworząc tym samym niepokojącą, dźwiękową aurę uwypuklającą treść wiersza. Tym samym nietrudno było połączyć słowa „rozdzierany jak papier, kauczuk, płótno, skóra, len, włókna, materie, celuloza, włos, wężowa łuska, druty. Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament” z faktem, iż tego dnia wypadała dziesiąta rocznica zamachów na wieże World Trade Center. Mnogość uczuć potęgujących postapokaliptyczny dramatyzm, jakimi przesyciła deklamowany tekst Maja Ostaszewska, została zestawiona kontrastowo z drugą częścią utworu opartą w znacznej mierze na frazach wiersza „Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis”. Wesoło kokietujące partie smyczków, walczące z klarnetem basowym o uwagę słuchacza, stanowiły tło dla recytacji Zygmunta Malanowicza, który kapitalnie przedstawił sposób myślenia chyba nie tylko dojrzałych facetów – niby od niechcenia, raz to z lekkim żalem, a raz z błyskiem w oku – „każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno […] robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni”.

Zasłużone brawa i chwila ciszy przed pierwszą ważną kompozycją z dorobku Steve’a Reicha – „Daniel Variations”, poświęconej pamięci dziennikarza Daniela Pearla zamordowanego przez Al-Kaidę w Pakistanie. Fragmenty jego tekstów, przeplatane biblijnymi cytatami zaczerpniętymi z Księgi Daniela, stanowiły źródło tekstu dla chóru towarzyszącemu zespołowi instrumentalistów. Nieostre, ziarniste zdjęcia płonących wież World Trade Center, Osamy Bin Ladena, nowojorskich strażaków oraz postrzępionej flagi Stanów Zjednoczonych dopełniały spektaklu od strony wizualnej – wyświetlane na ekranie ułożonym z fragmentów sprawiających wrażenie rozbitej szyby mimowolnie wprowadzały umysł w stan kontemplacji.

Jonny Greenwood był, sądząc po burzy oklasków, jaką przywitała go publika, najbardziej wyczekiwaną gwiazdą wieczoru. Jego interpretacja „Electric Counterpoint”, wykonanej po raz pierwszy przez Pata Metheny’ego, pozostawiło we mnie mieszane uczucia. Gitarzysta przygotował co prawda własne ścieżki wierne oryginalnej partyturze, lecz w czasie rzeczywistym słyszałem jedynie przewodnią partię gitary. Pozostałe odtwarzane były z laptopa. To właśnie ten zabieg zabił ducha definiującego muzykę graną na żywo. Faktem jest, iż „Electric Counterpoint” napisany został na gitarę oraz taśmę zawierającą podkład nagrany przez dziesięć gitar elektrycznych oraz dwie gitary basowe, jednak nie odcina to w żaden sposób możliwości interpretacji utworu z zapętleniem na bieżąco poszczególnych ścieżek. Zabieg taki z pewnością utrudniłby Greenwoodowi wykonanie, jednak przydałby koncertowej dynamiki oraz autentyzmu. Brak pomysłu jest jednak w pełni uzasadniony, gdyż głównym celem wizyty gitarzysty Radiohead w Polsce był udział w Europejskim Kongresie Kultury, jaki odbył się dwa dni wcześniej we Wrocławiu.

Najdłużej wyczekiwanym momentem tego wieczoru było wykonanie „Music For 18 Musicians” – opus magnum amerykańskiego kompozytora, które rozsławiło jego dokonania na całym świecie. Godzinną podróż po przeplatających się dźwiękowych sinusoidach publiczność odbyła w skupieniu – zamierając z głową schowaną w dłoniach, w bezruchu, z zamkniętymi oczami, a nawet w pozie embrionalnej; skuleni na krzesłach. Odrealniona kompozycja nie zestarzała się ani trochę, do dziś pozostając fascynującym eksperymentem psychoakustycznym zamykającym słuchacza w intymnej powłoce oddzielającej od rzeczywistości. Muzycy obsypani zostali oklaskami długo po ostatnim dźwięku.

Hala Accelor Mittal, znajdująca się na Nowej Hucie, już po raz kolejny zadziwiła mnie bardzo dobrą akustyką oraz atmosferą niczym z opuszczonej stacji kosmicznej – szczątkowe oświetlenie ogromnych stalowych wsporników, potęgujące ogrom całej budowli, pozostanie w mojej pamięci nie krócej, niż muzyka dziewiątej edycji Sacrum Profanum.

Wydarzeniem zamykającym festiwal był cykl występów zebranych pod wspólną nazwą „Reich 75”, będący wspaniałym przeglądem dokonań Steve’a Reicha – od jego wczesnych eksperymentów dźwiękowych, po kompozycje wpływające na kierunek dzisiejszej muzyki awangardowej. Utwory wykonywane przez zaproszonych gości były poprzetykane krótkimi filmami, w których Reich własnymi słowami opowiadał o kulisach ich powstania nie szczędząc przy tym ciekawostek.

Na pierwszy ogień poszła kompozycja „Come Out” z 1966 roku, która w całości oparta została o modyfikacje frazy ‘come out and show them’. Interferencja nachodzących na siebie fal co raz to kolejnych ścieżek pozostawia słuchacza osaczonego niezrozumiałym bełkotem osadzonym w niestabilnym rytmie. Utwór, który miał zapewne odpowiednio nastroić publiczność do trwającego blisko 2,5 godziny wydarzenia, przedstawiony został w oryginalnej długości będąc nie lada testem cierpliwości i wytrzymałości dla festiwalowiczów.

Następny na scenę wkroczył Envee. Prezentując DJski set oparty o ścieżki wycięte z „Music For 18 Musicians” zinterpretował muzykę jubilata w klimatach klubowych, dodając mnogość wielorakich ozdobników – od skreczy, przez bity, aż po perkusyjne retardacje zaciągane potencjometrami miksera.

Nie zwalniając tempa, gdy publiczność wysłuchała anegdoty kryjącej się za „Piano Phase”, na scenie pojawił się Leszek Możdżer. Jego samodzielna interpretacja kompozycji w oryginale napisanej na dwóch pianistów była pierwszym takim wyczynem na świecie. Dwudziestominutowy „Piano Phase” składa się z dwóch jednakowych motywów, z których jeden zaczyna przyspieszać oddalając się o niesymetryczne odległości, co ostatecznie tworzy skomplikowaną sieć synkopowanych dźwięków. „Nie wierzę, on jest chyba robotem” usłyszałem od kolegi stojącego obok. Precyzja, której naukowcy z CERNu powinni Możdżerowi zazdrościć, została doceniona nie tylko przez publiczność, ale także przez samego Reicha, który w podziękowaniach nie mógł wyjść z podziwu dla nadludzkiej techniki gry Możdżera. Jakby tego było mało, polski pianista numer jeden posunął się jeszcze dalej improwizując na motywie „Piano Phase” dodając mu tym samym żywiołowości i nieprzewidywalności. Godziny ćwiczeń przy fortepianach i ponoć także na siłowni, zaowocowały niesamowitym spektaklem. Zdecydowany numer jeden tegorocznego Sacrum Profanum.

Następnym punktem programu było wykonanie „Four Organs” rozwijającego jeden tylko akord, którego dźwięki wydłużane są w wartościach czasowych. Trzymające jednostajny rytm marakasy są jedynym czynnikiem stałym w utworze rozpoczynającym się w iście rockowym stylu, finiszującym zaś kakofonią przeciąganych nienaturalnie sekwencji.

Duet Adrian Utley-Piotr Orzechowski był najsłabszym ogniwem tego wieczoru. Przedstawiona przez nich interpretacja „Electric Guitar Phase” była chaotycznym zlepkiem pofragmentowanych melodii i ambientalnych, gitarowych szmerów generowanych smyczkiem, które były zresztą ledwo słyszalne. Być może użycie smyczka od wiolonczeli przyniosłoby lepszy efekt, lecz nie przystoi pouczać legendarnego gitarzysty Portishead. Nieobecny duchem Utley nie miał pomysłu na muzykę znacznie odstając od Orzechowskiego, który dwoił się przy fortepianie starając się zarówno utrzymać rytm jak i czuwając nad przebiegiem całej kompozycji.

Na scenie ponownie pojawił się Envee prezentując iście dyskotekową wersję „Drumming”, którego sekwencyjna budowa zdaje się być idealnym materiałem na DJskie sety eksplorujące dynamiczne rytmy Czarnego Lądu.

Drugą część wieczoru wypełniły interpretacje w wykonaniu Aphex Twina. „It’s Gonna Rain”, kompozycja bliźniaczo podobna do „Come Out”, była szczęśliwie jedynie wstępem do muzyki, której Reich tak naprawdę nigdy nie nagrał, czy to ze względu na trudności techniczne, czy też przez brak konkretnej koncepcji. Pomysł, by stworzyć utwór oparty na dźwiękach mikrofonów przelatujących obok magnetofonów, co powodowało sprzężenie zwrotne, podchwycił Aphex tworząc niesłychanie melodyjny obraz wsparty laserowymi fajerwerkami. Dla tej chwili warto było czekać do samego końca. Tuż przed tym po raz ostatni powrócono do „Electric Counterpoint”, tym razem z Utleyem grającym przewodnią partię gitary oraz Aphexem fantazyjnie rozbudowującym charakterystycznie drgające tło utworu.

Festiwal Sacrum Profanum udowodnił, iż kompozycje najsłynniejszego minimalisty muzyki współczesnej po prostu się nie starzeją. Zapętlone frazy magnetofonów szpulowych były inspiracją do napisania dzieł wielkich, inspirujących pokolenia. Naprawdę niecodzienny był to widok, kiedy zawstydzony Aphex Twin z miną uczniaka przyjmuje podziękowania od Reicha za urzeczywistnienie pomysłu sprzed lat. Wiek publiczności potwierdza także fakt, iż dalej jest to muzyka młodych, wymagających od sztuki czegoś więcej, niż tylko zgrabnych radiowych melodii i chwytliwych refrenów. Program Sacrum Profanum ad 2011 był iście jubileuszowy. Dlatego naprawdę trudno pomyśleć, czym organizatorzy zaskoczą nas za rok, kiedy rzeczywiście przypada dziesięciolecie festiwalu.

Autorem zdjęć jest Artur Rakowski, współpracownik portalu nowamuzyka.pl.
Więcej na jego blogu reparter.blogspot.com.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 – nasza relacja

Tradycyjnie koncertowe lato zakończył Tauron Festiwal. Jego szósta edycja przeszła do historii. Teraz szkoła, studia, praca i oczekiwanie na jesienne muzyczne atrakcje. Póki co jednak – sprawdźcie naszą relację z Taurona i dzielcie się własnymi opiniami.
Czytaj dalej »