Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.

Black Sea Dahu – No Fire in the Sand
Łukasz Komła:

Tonąc w lekkości.

DJ Shadow – Our Pathetic Age
Jarek Szczęsny:

Ilość nie przekłada się na jakość.



electronica

Shed – Oderbruch

Szperając w zbiorowej pamięci.

Czytaj dalej »

New Rome (Tomasz Bednarczyk) – New Rome

Nowe oblicze wrocławskiego producenta.

Czytaj dalej »

The Cinematic Orchestra, Catz n Dogz, Placid Angels i A Man Called Adam

Cztery długo wyczekiwane powroty.

/ / /

The Cinematic Orchestra – To Believe

Piąty album studyjny The Cinematic Orchestra zatytułowany „To Believe”, którego premiera przypadła na 15 marca, ukazał się aż po 12 latach przerwy od poprzedniego „Ma Fleur”. W międzyczasie kultowy brytyjski skład wypuścił ścieżkę dźwiękową do filmu „The Crimson Wing: Mystery of the Flamingos”, koncertowy „Live at the Royal Albert Hall” oraz własną kompilację w ramach popularnej serii Late Night Tales, ale na nowe prace prosto ze studia, fani musieli nieco poczekać. „To Believe” w pełni im to jednak wynagradza niosąc siedem świeżych kompozycji wyprodukowanych przez Dominica Smitha i Jasona Swinscoe. Wśród zaproszonych gości między innymi wspaniały Roots Manuva, który pojawił się w singlowym „A Caged Bird / Imitations of Life”, Moses Sumney (utwór tytułowy), Tawiah („Wait for Now / Leave the World”), Grey Reverend („Zero One / This Fantasy”) oraz Heidi Vogel w rozbudowanym utworze „A Promise”.

The Cinematic Orchestra po raz kolejny potwierdzają swoją muzyczną klasę i wrażliwość oraz właściwy sobie perfekcjonizm w tworzeniu muzyki. To, co dla wielu jest nieosiągalne, u The Cinematic Orchestra cechuje każde ich wydawnictwo. „To Believe” została bowiem nagrana ze słyszalnym zaangażowaniem i oryginalnym pomysłem na aranżację, a przede wszystkim z uniwersalnym przekazem. Delikatne kompozycje z pogranicza idm, downtempo i nu jazzu po raz kolejny ujmują swoim spokojem i zakodowaną w nich wrażliwością.

Na wysoką ocenę albumu wpływają też zaproszeni goście, wspomniani powyżej, którym bez wyjątku z sukcesem wyszło zaśpiewanie emocjonalnych i jak za każdym razem w przypadku Cinematic, bardzo uniwersalnych tekstów, w których może się przejrzeć dosłownie każdy. Świetny album, bez dłużyzn ani powtórek z poprzednich płyt, a jednak w stylu charakterystycznym dla Cinematic, wciąż nie skopiowania. Tym bardziej cieszy, że w maju The Cinematic Orchestra przyjeżdżają do Polski aż na 5 koncertów! Kto nie był (chociażby dwa lata temu na koncercie otwarcia Festiwalu Tauron Nowa Muzyka) zdecydowanie powinien zaopatrzyć się w bilet, bo to naprawdę wspaniałe przeżycie koncertowe. UWAGA: warszawski koncert już jest sold outem!

Szczegóły koncertu w Gdańsku
Szczegóły koncertu w Poznaniu
Szczegóły koncertu we Wrocławiu
Szczegóły koncertu w Krakowie

Profil The Cinematic Orchestra na Facebooku »
15 marca 2019 | Ninja Tune

/ / /

Catz n Dogz – Friendship

W marcu z nowym albumem powrócili też Catz n Dogz. Czwarty album studyjny polskiego duetu, tworzonego przez Wojtka Tarańczuka i Grzegorza Demiańczuka, nosi tytuł „Friendship” i ma być wyrazem celebracji przyjaźni i radości oraz dzielenia się pozytywnymi emocjami między ludźmi. Trudno się nie zgodzić. Na płycie po pierwsze w zdecydowanej większości utworów pojawiają się goście, wśród których m.in. WhoMadeWho, Jono McCleery, Egle Sirvydyte, James Yuill, ZENSOFLY i Maxville, Kiddy Smile & Rouge Mary oraz czołowi przedstawiciele polskiej sceny: Rosalie. i Taco Hemingway. Po drugie, klimatycznie płyta rzeczywiście pełna jest ciepłych i radosnych brzmień, co słyszalne jest już od pierwszej minuty albumu.

To zdecydowanie najcieplejszy brzmieniowo materiał polskiego duetu, mogący nawet momentami zaskakiwać, szczególnie wieloletnich fanów Catzów, którzy spodziewali się house’u i dance (np. utrzymany w konwencji popowo-trapowej „Yi Fang” ze zmiksowanymi wokalami rapującego po angielsku Taco Hemingway’a). Jednocześnie druga część płyty pełna jest hipnotyzującego, momentami energetycznego (np. „Water” z udziałem Eglė Sirvydytė), a momentami zmysłowego (np. „Would You Believe” z udziałem J. McCleery’ego) house’u, za którego brzmienie fani Catz n Dogz pokochali ich ponad 10 lat temu (!). „Friendship” nie powinien więc nikogo zawieść. Jest ciepło, przyjemnie i letnio, co z kolei odruchowo kieruje myśli na line-up tegorocznego Audioriver. Naturalnie, Catz n Dogz dumnie otwierają spis artystów pod literką „C”. Naturalnie, bo żaden polski artysta nie kojarzy się tak wprost z Audioriver, festiwalową legendą energetycznej radości, jak właśnie duet Wojtka i Grzegorza. W ubiegłym roku ich set był jednym z najmocniejszych, wątpię by w tym roku było inaczej.

Profil Catz n Dogz na Facebooku »
29 marca 2019 | Pets Recordings

/ / /

Placid Angels – First Blue Sky

Na nowy album Placid Angels, pod którym to pseudonimem tworzy doświadczony artysta ambient-techno John Beltran, musieliśmy czekać aż 22 lata! Poprzedni i zarazem jedyny album do czasu ukazania się nowego „First Blue Sky” – zatytułowany „The Cry” – ukazał się wszak w 1997 r. nakładem popularnej Peacefrog Records. Nowa „First Blue Sky”, wydana przez Magicwire, to kolejne, tak po „The Cry” jak i solowych wydawnictwach Beltrana, wyjątkowe połączenie ambientu, breakbeatu i techno, któremu to stylowi John Beltran nadaje charakterystyczny tylko dla niego pierwiastek, pełny dojrzałości (być może wynikającej z wieku artysty choć absolutnie proszę nie brać tego za żaden przytyk), szczerości i życiowej mądrości.

Beltran nigdy nie był wszak elektronicznym celebrytą ani nie bawił się w trolling dla powiększenia swoich dochodów z muzyki, a jego niewątpliwy sukces muzyczny i stałe zapisanie się na kartach historii ambient-techno zawdzięcza wyłącznie swojej muzyce. Czy gatunek ten byłby taki sam bez pełnej wyrazistych brzmień „Ten Days Of Blue”, pozbawionej przy tym narkotykowych wojaży? Nie. Każdy kto raz zetknął się z jego muzyką został oszczędzony pogrążaniu się w wizji beznadziei i braku sensu życia. Tak jakby Beltran tworzył muzykę, która ma tchnąć w słuchacza nadzieję, optymizm i wiarę w cel każdego pojedynczego życia, które pojawiło się na tym świecie. Taka jest również „First Blue Sky”, która tak swoim tytułem jak i tytułami poszczególnych utworów budzi sens bycia i przeżywania tak dobrych jak i trudnych emocji, radość dzielenia się z innymi czy obcowania z drugim człowiekiem jak i naturą.

Brzmienie Beltrana jest jednocześnie spokojne i energetyczne, budowane z dużą pewnością co do doboru poszczególnych efektów, jak i ich idealnym wyważeniem. Kiedy napięcie rośnie, to bez chaotycznych zwrotów i nadmiernego napięcia, kiedy potrzeba wytchnienia, Beltran operuje niuansami i pauzami, nie tracąc przy tym dynamiki melodyczności ani siły wyrazu. Stawiam tezę, że w „First Blue Sky” zakochają się fani serialu „Six Feet Under”, choć śmiało rekomenduję go wszystkim. Drzemią w nim bowiem nieograniczone pokłady nadziei i wielu trudnych jednoznacznie do nazwania emocji, co ogólnie można określić „dobrem”. 10/10 i na pewno top najlepszych albumów 2019 r.

Profil Johna Beltrana na Facebooku »
15 marca 2019 | Magicwire

/ / /

A Man Called Adam – Farmarama

Po niemal równie długiej przerwie jak John Beltran, bo 21-letniej, z nowym albumem powrócili również A Man Called Adam, brytyjski duet tworzony przez Sally Rodgers i Steve’a Jonesa. Na przestrzeni całej swojej kariery tj. od debiutanckiego „The Apple” (1991 r.) do najnowszego albumu „Farmarama” tworzyli elektronikę zahaczającą o najróżniejsze stylistyki: acid jazz, house, idm, ale zawsze najsilniej dominowało u nich downtempo, dla którego stali się jednymi z czołowych przedstawicieli. Tak jest i tym razem.

„Farmarama” obfituje w urokliwie luźne brzmienia charakterystyczne dla „ruchu” Cafe del Mar, z którymi swobodnie współgra charakterystyczny głos Sally Rodgers („Mountains And Waterfalls” i „Higher Powers”). Jej wokale czasem przypominają styl Grace Jones (szczególnie w „Ou Pas”), a czasem styl Róisín Murphy. Zestawione z balearycznymi melodiami, pełnymi miękkich bębnów i dyskretnych dodatków (jazzowe dęciaki, spokojna gitara, zmysłowe pianino czy nawet delikatne reverby i delay’e), wywołują poczucie spokojnego i bezpiecznego relaksu. Przymiotniki te, być może nie są dziś na topie z uwagi na gigantyczną modę na mocne techno, EBM czy brzmienia industrial, ale kto pamięta boom na downtempo, jaki miał miejsce w latach 90., ten odnajdzie w muzyce na „Farmarama” wspomnienie tamtych lat.

A Man Called Adam zadbali też o to, by słuchacza jednak także zaskoczyć. Przykładowo: na „Farmarama” znajdujemy też stonowane, a nawet chłodne brzmienia zahaczające o styl modern classical („Top of The Lake”), a nawet beatsy („Michael”). W „Tic Toc” robi się reggae’owo (!), w „Spot Ladies” – za sprawą perkusji – bardziej rockowo, co urozmaicają dodatkowo sample. Całość zamyka disco w „Paul Valery At The Disco”. Podsumowując: przyjemne downtempo (ale nie tylko).

Profil A Man Called Adam na Facebooku »
6 marca 2019 | Other Records Ltd.

/ / /

Sonmi451 – Nachtmuziek

„Nie przeszkadzać”.

Czytaj dalej »

The Blaze w Warszawie!

Francuski duet The Blaze wystąpi w Warszawie już 19 marca 2019 r. !

Czytaj dalej »

Neville Watson – The Midnight Orchard

Soundtrackowe wspomnienie pierwotnego rave’u.

Czytaj dalej »

Emika ‎– Falling In Love With Sadness

Czy uptempo to dobra kanwa na smutne opowieści?
Czytaj dalej »

Aphex Twin – Collapse EP

Ukochany troll częstuje kryształami.

Czytaj dalej »

Murcof – Lost In Time

危機

28 września nakładem włoskiej wytwórni Glacial Movements, specjalizującej się w ambientowych brzmieniach, światło dzienne ujrzał album Murcofa „Lost In Time”. Wydawnictwo stanowi ścieżkę dźwiękową do obrazu Patricka Bernatcheza o tym samym tytule. Ścieżka została skomponowana pierwotnie przez Murcofa w 2014 r. i stanowi połączenie z Wariacjami Goldbergowskimi J. S. Bacha, wykonywanymi przez chór Les Petits Chanteurs du Mont-Royal. Na „Lost In Time” składa się trzynaście utworów skomponowanych wcześniej jako soundtrack do filmu oraz utwór czternasty, przygotowany specjalnie na wydanie dla Glacial Movements.

Czytaj dalej »

Up To Date Festival 2018 – relacja

Dziewiąta edycja Up To Date w Białymstoku była nie tylko tradycyjnym zamknięciem festiwalowego sezonu letniego w Polsce, ale przede wszystkim okazała się najlepszym elektronicznym festiwalem tego „lata”!

Czytaj dalej »

Pruski – Sleeping Places

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Czytaj dalej »

Siete Catorce – Agnosia EP

Wymościł sobie miejsce w katalogach takich wytwórni jak Enchufada i NAAFI, żeby zadebiutować w Hypermedium. Siete Catorce prezentuje swoje najnowsze wydawnictwo, będące hybrydą futurystycznych rytmów i biegłej znajomości sonicznego języka. Czytaj dalej »

NOON – ALGORYTM

Proszę Państwa czasami żartujemy, ale chwila jest historyczna, czyli NOON domyka trylogię. Czytaj dalej »

Young Fathers – Cocoa Sugar

Dyskretne oczko, twist w stylu „Shoo Be Doo Wop” i staniki na scenie.

Po blisko trzyletniej przerwie edynburskie trio Young Fathers powróciło ze swoim nowym albumem zatytułowanym „Cocoa Sugar”. Album, który ukazał się kilka tygodni temu, opublikowała „już” kultowa wytwórnia Ninja Tune. Cudzysłów uzasadniony bo skok z ninjowego imprintu Big Dada, który wydał dwa poprzednie albumy tria tj. „Dead” z 2014 i „White Men Are Black Men Too” z 2015 r., wprost do katalogu Ninja, ma symboliczne znaczenie.

Czytaj dalej »

Minoo – Bangers Must Die!

Polski producent Minoo niedawno opublikował swój czwarty album zatytułowany „Bangers Must Die!”. Płyta została wydana nakładem wytwórni Mad – Hop Records. Fakt ten sugeruje, że „Bangers Must Die!” musi mieć coś wspólnego z glitchem jako że niemiecka wytwórnia konsekwentnie buduje swoją markę promując elektronikę głównie w takim wydaniu. Rzeczywiście, „Bangers Must Die!” to przyjemny IDM, z którego przebija glitch w odmianie „hop”. Na płycie słychać też elementy future – beats, synthwave’u, wonky a nawet lekkie duby.

Glitch – hop wyrósł z glitchu czyli odmiany elektroniki powstałej w połowie lat 90., zwanej też czasem po prostu „clicks & cuts”, co odnosi się do sposobu tworzenia ww. muzyki – szarpanych, krótkotrwałych fragmentów dźwięków wygenerowanych w ramach ich cyfrowej obróbki, zestawionych z minimalistycznymi i spokojnymi ale jednocześnie rytmicznymi podkładami. Glitch – hop łączy elementy hip – hopu, mieszając typowe dla niego brzmienie beatów i lekkich dubów.

W kontekście Minoo, pod którym to pseudonimem tworzy krakowski artysta Paweł Pruski, ww. wprowadzenie jest konieczne. To w istocie jego pierwsza „elektroniczna” płyta, choć jest jednym z bardziej znanych w Polsce speców z zakresu technologii cyfrowej produkcji muzycznej. Współpracował zarówno z zagranicznymi artystami (np. Kidkanevil) jak i polskimi. Tu wspomnieć można choćby O.S.T.R. czy Teielte. W krakowskim Off Radio Kraków prowadzi z kolei autorską audycję „Beat Tools”, w której przedstawia techniczne nowinki z zakresu cyfrowego tworzenia muzyki. Mając na uwadze umiejętności producenckie Minoo eksplorowanie przez niego rewirów muzyki elektronicznej wydaje się być naturalnym. Po drugie, skierowanie Minoo w stronę elektroniki w odmianie glitch – hopu wydaje się nieprzypadkowe także z tego względu, że artysta początkowo związany był z polską hip-hopową wytwórnią Asfalt Records i tworzył muzykę, w której hip-hopowe beaty odgrywały główną rolę. Na „Bangers Must Die!” pierwsze jest brzmienie elektroniki.

Album liczy dziewięć kompozycji, w tym utwór „Red Light” w dwóch wersjach: podstawowej („entropy”) i w remiksie Sina. Całość rozpoczyna „Tension”, który nawiązując do tytułu jest jednym z bardziej energetycznych utworów z płyty, na której przeważają spokojne, relaksujące rytmy i bardzo delikatne beaty. W te wprowadza drugi „Bounce and die”. Jego subtelna linia nawiązuje do ascetycznych, nieco ambientowych korzeni glitchu. Pomiędzy niego a kolejny utwór utrzymany w spokojnej konwencji (pt. „Everything was true”), Minoo wplótł nostalgiczny kawałek „Bang!”, w którym uwagę zwracają ciekawie zsamplowane wokale.

W „Sonic Empireee” Minooo swobodnie żongluje dźwiękami syntezatora, których na „Bangers Must Die!” jest naprawdę sporo. Kolejny „Let’s Play” rozważyłabym w wersji wyłącznie instrumentalnej. Album zamykają wspomniany „Red Light” w dwóch wersjach i „Time For You” z wyeksponowanymi beatami i przetworzonym, „auto-tune’owym” wokalem, zaskakująco dobrze brzmiącym.

Minoo stworzył interesujący glitch – hop, którego na polskim jak i zagranicznym rynku muzycznym nie jest wcale tak dużo. Płyta mogłaby być na pewno nieco dłuższa ale z drugiej strony zostawia też apetyt na więcej. Miejmy nadzieję, że Minoo zostanie na obranej drodze i dalej będzie eksplorował elektronikę. Wyniki jego pracy są dla słuchacza bardzo przyjemne, o czym przekonuje właśnie „Bangers Must Die!”.

2018 | Mad – Hop Records

Profil na Facebooku » Profil na BandCamp »

Elsa Hewitt – Peng Variations (+„Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”).

„Przekręt” doskonały.

Wczoraj ukazał się nowy materiał młodej i niezwykle utalentowanej brytyjskiej producentki Elsy Hewitt. „Peng Variations”, bo taki tytuł nosi wydawnictwo, zamyka kasetową trylogię, na którą składają się jeszcze „Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”. Ich premiera miała miejsce nieco wcześniej w tym roku. Wyznaję szczerze, muzyka Elsy zaprezentowana na tej trylogii zawładnęła moim muzycznym światem na ostatnie kilkanaście dni. Zaskakujące to z dwóch względów.

Po pierwsze, Elsa Hewitt łączy elektronikę pulsującą delikatnie w ambiencie, glitch i lo-fi z… singer-songwriterstwem. Mariaże muzyczne tego typu zdarzały się i za pewne zdarzać będą jednak najczęściej przypominają związek hipopotama z żabą. Powód tego jest jeden: nadmierna tkliwość dźwiękowo – głosowa, przekraczającą znacznie nie tylko granice elektronicznego savoir-vivre ale i wytrzymałości słuchacza. W przestrzeni krąży określenie, że to muzyka „boleśnie piękną” (sic!). Tak, to najlepsza antyrekomendacja dla tego muzycznego kierunku. W tym miejscu Elsa wymierza sceptykom pierwszy cios prosty po którym pada się na deski i z rozrzewnieniem podziwia sufit. Na „Peng Variations” nie ma ani jednego zbędnego dźwięku czy wokalu, ani jednej muzycznej klatki, która przybierałaby postać zawodzenia, zbyt wysokiej tonacji czy po prostu wymuszonego ozdobnika. Elsa Hewitt stworzyła na granicy elektroniki i singer-songwriterstwa muzykę piękną. Po prostu. Nie potrzebuje ona żadnych dodatkowych epitetów.

Po drugie, Elsa Hewitt wydaje swoje prace na kasetach. Dostępna jest też wersja cyfrowa, ale podstawowym nośnikiem jest dla Brytyjki taśma magnetofonowa. Jako fanka winyli nie bardzo rozumiem obecny renesans wydawnictw kasetowych (to jakiś fenomen). Z drugiej jednak strony, czyściutkie basy i lekkie perkusje, przeplatające się harmonijnie, brzmią naprawdę dobrze z taśmy. Tak jakby w swej czystości i szczerości doznawały małej rysy „doświadczenia”, subtelnej nieoczywistości. Jednocześnie Elsa dba o warstwę wizualną tych wydawnictw. Każda taśma jest dopracowanym majstersztykiem jeśli chodzi o obudowę i grafikę. Mają jednak podobny pierwiastek, wspólny dla całej trylogii.

W swojej muzyce Elsa Hewitt buduje elektroniczne szkice subtelnie, momentami nawet zmysłowo, ale jednocześnie bardzo wyraźnie i stanowczo. Głos Elsy, o przyjemnej ciepłej barwie, choć momentami brzmiący dość nisko, eksponuje warstwę słowną jej utworów w równym stopniu co muzykę. Wokale artystki współgrają z elektronicznymi dźwiękami, wzajemnie się uzupełniają, a jedno bez drugiego traciłoby w artystycznym wymiarze. Słychać w tym wszystkim olbrzymią pewność siebie młodej producentki, wynikającą z niewątpliwego talentu i wyczucia w tworzeniu.

Na ostatnim albumie z trylogii Brytyjka zabiera słuchacza do swojego muzycznego świata. Celowo unikam słowa „podróż”. „Peng Variations” nie jest wycieczką z wieloma niewiadomymi po drodze. Album Elsy Hewitt to odrębny świat, wyspa błogostanu, a zarazem las ładujący słuchacza energią i bawiący jego wyobraźnię żywymi „kolorami”. Niezwykle autentyczna muzyka Brytyjki oparta jest o przyjemne melodie, sample oszlifowane niczym diamenty i bardzo naturalne wokale (bezbłędny „Gravid Day”, delikatnie wibrujący „Become Real”). Dzięki temu całość brzmi wyjątkowo przestrzennie. Gdy mowa o przestrzeni koniecznie wypada wspomnieć utwór „Comfort Zone”. Pierwsza jego część, niezwykle rytmiczna, mniej więcej w połowie przekształca się w genialny ambientowy trans. Wyprofilowany pomruk wokalistki, nieco chłodny, całkowicie oplata umysł. Wspaniały moment, który warto przesłuchać przy podkręconej głośności.

Wspomniałam sample – tu polecam wrócić do utworu z drugiego albumu z trylogii tzn. magnetycznego „Temple” z „DUM SPIRO SPERO”. Ten hipnotyzujący wręcz numer jest przykładem olbrzymiej sprawności i wyczucia artystki w posługiwaniu się samplami przy budowie nostalgicznej elektroniki w nurcie house. Ten jest zresztą charakterystyczny dla albumu „DUM SPIRO SPERO”, najbardziej zdystansowanego względem poetyckiego „Cameras From Mars” i wibrującego „Peng Variations”, opartego o konwencję lo-fi, lekko rozmytej, marzycielskiej relaksacji.

W taki właśnie sposób Elsa Hewitt dokonała „przekrętu” doskonałego. Po pierwsze udowodniła, że elektronika i singer-song-writerstwo mogą tworzyć dobraną parę, po drugie, że świetne brzmienie wcale nie wymaga 180 gram wosku. Jednak żeby taki przekręt wykonać, trzeba mieć nie lada talent, w szczególności producencki. Ten Elsa Hewitt ma i słychać to właściwie w każdym jej utworze. Do tego wytrwałość, szczerość i pasja młodości. Plus wysoki poziom artystyczny, którego Elsa nie obniża na kolejnych wydawnictwach. Dlatego nie ma co wróżyć jej osiągnięcia sukcesu, bądźmy szczerzy, ona już go osiągnęła. Anglio, zazdroszczę! Elsie Hewitt gratuluję jednoznacznego muzycznego nokautu – niebo wygląda najlepiej gdy patrzy się na nie leżąc na plecach.

PS: Polecam także pozostałe wydawnictwa Elsy, które opublikowane zostały na jej profilu na Bandcampie, w szczególności „Breathing SpaceX/WingspandeX”, zapowiadający „DUM SPIRO SPERO”. Doskonały miękki trip. Jest też „Hotel Rosemary” dla sympatyków bardziej instrumentalnego, soft-rockowego grania (nie, to nie jest „indie”).

2017 | Elsa Hewitt

Profil na BandCamp » Profil na Facebooku »

Letherette – Brown Lounge Vol. 1

Flirt w hotelowym lobby.

Letherette, brytyjski duet tworzony przez Richarda Robertsa i Andrew Harbera, opublikował kilka dni temu album zatytułowany „Brown Lounge Vol. 1”. Album dość ciekawy, a to dlatego, że obejmuje różnorakie zgrywki, nagrane przez nich w latach od 2006 r. do 2008 r. w ramach serii Brown Lounge. Nagrania te, niewykorzystane wcześniej w pełnym zakresie, wreszcie ujrzały światło dzienne jako całościowe wydawnictwo, choć nabyć je można jedynie w wersji digital.

„Brown Lounge Vol. 1” obejmuje 36 nagrań, które w istocie ciężko nazwać utworami. Tak naprawdę to zgrywki, sample, pewne motywy, trwające najczęściej ok. 2 minut. Kończą się nagle tak jak i zaczynają. Nie ma między nimi płynnych przejść ani szczególnego związku. Należałoby więc postawić pytanie, no dobrze, to co w tej płycie jest wyjątkowego? Odpowiedź jest bardzo prosta – niepowtarzalny klimat radości i pogody ducha, którą album po prostu zaraża. I choć wydawać by się mogło, że kompilacja zgrywek, zmiennych stylowo i tematycznie, również nierównych czasowo, to raczej szalony i dziwaczny pomysł, który ciężko będzie obronić, to energia „Brown Lounge Vol. 1” jest tak pozytywna i jednocześnie zaraźliwa, że płyty słucha się w sumie doskonale. Choć na pewno wspomniana energia determinuje warunki w jakich album się sprawdzi. I nie będzie to przy czytaniu książek!

Jak wspomniałam, na „Brown Lounge Vol. 1” czeka na słuchacza masa sampli. Usłyszymy tu choćby: The Lost Generation i ich „The Sly, Slick And The Wicked” (w „Siff”), Smokey Robinsona & The Miracles z „Much Better Off” (w „Good For Me”) czy The Sylvers z „How Love Hurts” (w „Oo Ayy Oo”). Pojawiają się też mocno wyskreczowane albo zmiksowane momenty, z których ciężko idealnie wyłapać oryginał, choć w głowie otwierają się kolejne szufladki próbujące pomóc go rozszyfrować.

Kluczem „Brown Lounge Vol. 1” jest muzyczny klimat tej płyty. Wije się on bardzo rozlegle, przyjemnie bazując na obfitej ilości soulu, funku i r&b, okraszonych miękką elektroniką, czasem nawet w wersji chill house’u. Wszystko to jest jednak niezwykle „zgrabne”, optymistyczne i przyjemne. Napisałam, że ta płyta nie nadaje się do czytania książek. Prawdę mówiąc dochodzę do wniosku, że „Brown Lounge Vol. 1” ma chyba tylko jedno właściwe przeznaczenie – idealnie pasowałaby do flirtu w jakimś subtelnym, ale zjawiskowym hotelowym lobby. Bez względu na rezultat, byłoby to wyraźne umilenie tej niezwykle trudnej sztuki.

2017 | Wulf Records

Słuchaj na Soundcloud » Profil na BandCamp » Profil na Facebooku »

Relacja: No Bounds Festival / 13-15.10.2017 / Sheffield UK

A co Ty byłbyś / byłabyś w stanie zrobić dla prawdziwego, naturalnego rave’u?

Myśl, żeby pojechać do Sheffield do Anglii na festiwal No Bounds była myślą nagłą, z punktu widzenia finansowego całkowicie nieracjonalną, ale bogatsza m.in. o doświadczenia wakacyjne, a mam tu na myśli wyjazd do Kijowa na sierpniowe Brave! Factory, wiedziałam, że pomimo wielu argumentów przeciw, nie będę żałować jeśli zdecyduję się pojechać.

Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, wyjazdy na zagraniczne festiwale mają poza oczywistym muzycznym aspektem jeszcze dodatkowy walor turystyczny. Po drugie, zagraniczne festiwale zawsze różnią się w pewien sposób od festiwali krajowych. Chodzi tu o styl organizacji i zabawy publiczności. Pomimo postępującej globalizacji, bawimy się jednak nieco inaczej i wynika to z kilku czynników, przede wszystkim różnej muzycznej historii i różnych cech charakteru. Ok, tak, więc Anglia bawi się „nieco” inaczej niż my. Mimo to No Bounds w Sheffield miało jeszcze jakąś dodatkową nieoczywistość, było tam coś więcej, jakieś szaleństwo, które obserwowało to wszystko z ukrycia.

CEL: Festiwal No Bounds w Sheffield. PLAN: Wylatuję w piątek do Londynu, wsiadam w busa na Victoria Station, jadę nim 4 h, bawię się noc, dzień i noc, nad ranem w niedzielę wsiadam do autobusu do Londynu, po 4 h odsypiania w tymże, następnie piję kawę na Victoria Station, wsiadam w kolejny autobus na lotnisko, wsiadam do samolotu, wysiadam w Warszawie, wsiadam w 175 i ląduję we własnym łóżku.

REALIZACJA: W 3 dni przebyte ok. 4 tysięcy kilometrów w obie strony, żeby przeżyć rave w surowych przestrzeniach hal poprzemysłowych w Sheffield, stolicy brytyjskiej stali, miasta, które ma na Wikipedii własną listę pochodzących z niego artystów, z której dla mnie najważniejsze jest oczywiście Moloko, miasta na przemian szarego i ciemnoczerwonego od cegły, że miałam wrażenie, że ktoś nałożył mi filtr na oczy, w którym akcent jest taki, że człowiek znający angielski na całkiem komunikatywnym poziomie nie rozumie 70-80 % słyszanych słów więc istotne jest by jadąc tam nie bać się nowości i mieć pogodny wyraz twarzy, w którym ktoś wpadł na pomysł, żeby w centrum miasta, obok zabytkowego Ratusza, otoczonego małym i uroczym parkiem (Peace Gardens), wybudować przeszklone tarasy roślinne, wymieniane dziś jako atrakcja (!), wreszcie miasta, na którego opis Lonely Planet przeznaczył raptem pół kolumienki strony ich standardowego rozmiaru. I jeszcze udało mi się namówić kogoś by mi towarzyszył! W poniedziałek rano spojrzałam sobie głęboko w oczy: „Tak, udało ci się”. I wszystko to było tego warte. No Bounds to był techno sztos!

Oczywiście zanim dojechałam do Sheffield, przez które kiedyś już przejeżdżałam i choć było to wczesnym rankiem to pamiętam dobrze, że jego piękno wydało mi się nieoczywiste, musiałam zatrzymać się na dłuższą chwilę w Londynie. To dla mnie miasto absolutnie cudowne, bez dwóch zdań centrum dzisiejszego świata i nie mówię tu jedynie o elektronice (jak wspominałam przy okazji recenzji debiutanckiego albumu Bicep, muzycznie zawsze było mi jakoś bliżej do Londynu niż do Berlina). W końcu jednak dojechałam.

Droga do hostelu obejmowała przejazd taksówką przez kręte i wąskie uliczki położone tuż przy kanale. W końcu jednak dojechaliśmy pod dość ciemny adres, ale gdy tylko otworzyły się drzwi od samochodu zostałyśmy pokierowane we właściwym kierunku. Zapach curry i piwa unoszący się na klatce, charakterystyczny dla większych angielskich miast, uświadomił mi jak bardzo lubię ten kraj i jak za nim tęskniłam. Po piętnastominutowej regeneracji ruszyłam do hali Hope Works, jednej z lokalizacji festiwalu, której patronował Resident Advisor. Była 22:00, a część „dzienna”, która tego dnia odbywała się w Trafalgar Warehouse miała się już wkrótce kończyć… Tu nieco nie doszacowałam sprawy. W Hope Works poza trzema dżentelmenami (organizatorami), w tym nieocenionym i serdecznym Kyrie, nie było nikogo. Powietrze w przemysłowym (choć w istocie całe Sheffield jest przemysłowe) dystrykcie miasta było jeszcze chłodniejsze, także niespodziewana modyfikacja planu objęła przytulanie się do starej skórzanej kanapy, która tym razem, wbrew utartemu „skóra grzeje”, była wyjątkowo niegrzejąca. Ale nie żeby był to powód do narzekań. W międzyczasie Kyrie & Co. ugościli Nas jamajskim lagerem o nazwie „Red Stripe”. Rzecz jasna schłodzonym. W pierwszej godzinie czekania organizacja tej lokalizacji festiwalu nabrała niewiarygodnego tempa. Zostały np. ustawione barierki ochronne czy poprzestawiane kanapy (ta moja wygrzewana też). Patrząc na to miałam wrażenie, że w istocie techno festiwal można zorganizować w godzinę. W międzyczasie pojawili się pierwsi wykonawcy, którzy podobnie jak ja i kilku innych rozbitków, siedzieli raz na zewnątrz, a raz wewnątrz co chyba jednak nie miało większego znaczenia, bo i tu i tu było dość zimno.

W końcu ruszył „Warehouse”, na którym pierwszy wystąpił DJ Seinfeld i pobudził gromadkę, która już oczekiwała w hali. Zagrał charakterystycznego dla siebie, energetycznego i jednocześnie pejzażowo-melodyjnego seta. I to było już naprawdę rozgrzewające. Po nim ruszyłam na Ikonikę. Jedna z najbardziej znanych kobiet dubstepu nie zawiodła, wyrazistym setem zapewniła zagęszczenie pod sceną „Courtyard”, na której tej nocy wystąpiły jeszcze inne intrygujące kobiety ze świata elektroniki: Juliana Huxtable i Nkisi. Stamtąd udałam się na ostatnią w kolejności od wejścia, maleńką scenę „Mesters”, na której miedzy 2:00 a 3:00 w nocy Chris Duckenfield właściwie wkręcał swój beat pod żebra słuchaczy. Było to jednocześnie transowe i hipnotyzujące doświadczenie. Potem swobodnie wirowałam między wcześniejszymi scenami. W tym czasie na terenie Hope Works rozprzestrzeniał się już powoli klasyczny zapach rave’u, na który składają się: bliskość fizyczna, opary palonych tytoni i wszechobecne niskoprocentowe piwo, napój który gasi pragnienie jak mało co.


(fot. Alex Morgen).

Zanim rozpoczął się dla mnie drugi dzień – zasłużone śniadanie, które okazało się tak doskonałe, że wymaga odrębnego odnotowania w niniejszej relacji. To zasługa kawiarni Steam Yard. Brytyjska kuchnia nie należy do moich ulubionych, ale posiłek w postaci śniadania rządzi się swoimi prawami. Nie wiem kiedy piłam tak dobrą kawę i jadłam tak pyszną grillowaną kanapkę z cheddarem, pesto i pomidorami. I na koniec, ale nie mniej ważne – donaty. Ich wygląd mówi jasno: jesteśmy boskie. Jeśli będziecie w Sheffield koniecznie zajrzyjcie do tego miejsca.

Po takim śniadaniu lekko przyjęłam znaczne opóźnienie występu Kary Lis-Coverdale, która absolutnie była dla mnie jednym z najważniejszych nazwisk No Bounds. W mojej ocenie to obecnie jedna z najbardziej utalentowanych artystek eksperymentalnych. Jej każde wydawnictwo ma w sobie pierwiastek spektakularności i trafia do mnie całościowo, bez jakichkolwiek zastrzeżeń (na NM znajdziecie recenzje jej następujących płyt: Grafts i Sirens, nagranej z LXV). Kara Lis-Coverdale przeniosła dosłownie kilka osób, które zebrały się na jej secie, w bardzo odległe miejsce, momentami przypominające opustoszały las (tych wokół Sheffield nie brakuje; to tu działał rzekomo Robin Hood), który to las chwilami wydawał się być zlokalizowany w ogóle na jakiejś innej planecie. Dopiero kiedy otworzyłam oczy po godzinie zobaczyłam, że grupa słuchaczy nieznacznie się powiększyła. Nikt jednak nie zbliżył się do sceny za połowę sali. Wydało mi się to jednak w pełni naturalne. Eksperymentalny set kanadyjskiej artystki to bardzo jednostkowe muzyczne przeżycie i dobrze mieć kawałek przestrzeni by je swobodnie przejść. Nawet jeśli ta przestrzeń to betonowa chłodna podłoga. Tym lepiej, chłód wyostrzył te chwile. Coś pięknego. Jeśli twórczość Kary Lis-Coverdale nie jest Wam jeszcze znana to bardzo polecam zapoznać się z nią, nie będziecie żałować.


(fot. Marta Ciastoch).

Potem scenę w Trafalgar Warehosue zajął Rashad Becker, a po nim prawdziwe tornado radości: Ross From Friends i następnie nie mniej uroczy duet Steevio & Suzybee, którzy tę radość podtrzymali. Dwa doskonałe sety. Tu przypominam, że z Ross From Friends będziecie mogli pobawić się już 24 listopada w warszawskim kinie Luna, gdzie wystąpią razem z Bicep w ramach before World Wide Warsaw 2018. Wkrótce na NM znajdziecie więcej szczegółów na ten temat!


(fot. Alex Morgen).

W nocy pojechałam jeszcze raz do hali na Trafalgar Street, żeby dać się porwać się Deadbeatowi choć w wersji duetu z JG nie potrafiłam się odnaleźć. Nie tracąc czasu na okołodeadbeatowe szczegóły, udałam się szybko z powrotem do hal Hope Works co znów okazało się najlepszym wyborem. To co od 2:00 do 5:00 nad ranem wyczyniał Sir Jeff Mills przeszło moje oczekiwania, a momentami chyba w ogóle przechodziło ludzkie pojęcie. Mam wrażenie, że brakuje epitetów by opisać zachwyt nad jego muzycznym stylem. Naprawdę świetnie jest posłuchać Jeffa Millsa na żywo. Techno w najczystszej i jednocześnie „monumentalnej” muzycznej postaci. Po nim także rasowo zagrał DJ Stingray. Tu niestety nie dotrwałam do końca, bo zgodnie z planem wyjazdu nadszedł czas powrotu.


(fot. Alex Morgen).

Smutno mi było podwójnie. Po pierwsze, ostatniego dnia w niedzielę na lokalnym basenie miało odbyć się tzw. „Wet Sounds” czyli sety na żywo dla publiczności w wodzie. Bardzo mnie to zaintrygowało. Po drugie, tak autentycznego i naturalnego rave’u nie widziałam i nie czułam już dawno. Perfekcyjne nagłośnienie (jestem pod ogromnym wrażeniem), klimat i pełne oddanie publiczności, która wie po co zebrała się w tym miejscu. Zero oczekiwań, olbrzymie możliwości, naturalność, niewymuszona radość i wreszcie przestrzeń, choć sceny Hope Works zamykały się na naprawdę niewielkiej powierzchni. To trochę tak, że swoją prostotą i naturalnością No Bounds wyraziło wszystko czego szukam w techno. Nie chcę festynu, chcę czystego i niezakłóconego niczym kontaktu z tą muzyką. I tym dokładnie było No Bounds. Dzięki Sheffield!

PS: Wiedzieliśmy, że Bóg jest DJ-em. Po No Bounds wiem, że aktualnie mieszka w Sheffield w północnej Anglii, w hrabstwie South Yorkshire.

xxx

STRONA OFICJALNA:
http://noboundsfestival.co.uk/
http://www.hope-works.co.uk/

STRONA NA FB:
Profil na Facebooku »

Galeria pozostałych zdjęć (poza pierwszymi sześcioma wszystkie pozostałe są autorstwa Alexa Morgena):

Lapalux – The End Of Industry EP

13 października tj. raptem trzy miesiące po wydaniu trzeciego studyjnego albumu „Ruinism”, Lapalux wydał nową EP-kę, którą zatytułował „The End Of Industry”. Wydawnictwo dostępne jest do odsłuchu / streamu / zakupu w większych serwisach, zbiorczo wskazanych pod tym linkiem.

Jak twierdzi artysta, założeniem, które przyświecało mu w procesie tworzenia materiału na „The End Of Industry” była chęć stworzenia czegoś co opisywałoby zautomatyzowany świat, w którym żyjemy. Jak mówi: „Skomputeryzowane maszyny przejmują większość zadań i obowiązków w dzisiejszym przemyśle. Ta EP-ka jest oknem do tego zmieniającego się świata. Z drugiej strony, wszystko to może działać dzięki ludzkim wysiłkom co pokazuje, że interakcja człowieka wciąż jest potrzebna w procesie tworzenia i automatyzacji. Ta EP-ka to moja wizja idei Człowiek versus Maszyna.”

Wydawnictwo składa się z pięciu utworów. Pod względem tematów muzycznych stanowi swoiste przedłużenie „Ruinism”, w tym znaczeniu, że motywy poszczególnych utworów z EPki stanowią rozwinięcie motywów, które mogliśmy usłyszeć na albumie artysty, który miał premierę 30 czerwca. I tak otwierający „Complectual” nawiązuje do „Reverence”, „Smoke Streams” do „Petty Passion”, „Shape Sharper” do „Data Demon”, a „Holding On” do „Phase Violet”. Choć pewnie słuchacz będzie w stanie znaleźć w nich nawiązania do jeszcze innych momentów „Ruinism”. Rzeczywiście Lapalux mocno to poszatkował. Uniknął jednak powtórzeń. Słuchając tej płyty nie miałam poczucia, że jest wtórna czy że to ponowne odgrywanie czegokolwiek. Wręcz przeciwnie, materiał z „The End Of Industry” jest dla mnie swoistą i niezwykle wyostrzoną kontynuacją wybranych motywów z „Ruinism”. Mechaniczne, częściowo modulowane frazy brzmią jeszcze bardziej komputerowo, przypominają maszyny same w sobie. Z drugiej strony elementy instrumentalne zostały znacząco rozbudowane, są dłuższe i naturalniejsze. W pewnym sensie majestatyczne, ale budzą spokój i ciepło.

Idealnym podsumowaniem są tu słowa samego Lapaluxa, że EPka „The End Of Industry” to wizja idei Człowiek kontra Maszyna, w której elementy komputerowe symbolizują Maszynę, a partie instrumentalne – Człowieka. Najpełniej słychać to w utworze „Alpha Plus”, którego celowo nie wymieniłam w wyliczeniu przedstawionym powyżej.

Utwór ten łączy kilka motywów z „Ruinism”, słyszalnych choćby w „Reverence”, „Data Demon” i „Rotted Arp”. Jego struktura została podzielona na dwie części. Pierwszą – skomputeryzowaną, machinalną i nieco przesterowaną. I drugą, o której poniekąd trudno pisać. A to dlatego, że wytrąca, wycisza oceny. Na wysokości 2 minuty i 20 sekundy w utworze pojawia się bowiem przejście, a za nim piękne i rozbrajające akustyczne pianino. Jest bezbłędne, bardzo szczere i pełne mądrości. Budzi pokorę, coś niezwykle deficytowego w dzisiejszym świecie.

Ten fragment, najbardziej instrumentalny w dotychczasowej dyskografii Lapaluxa, to według mnie najgenialniejszy moment „The End Of Industry”. Mówię naj, bo mam wrażenie, że w przypadku Brytyjczyka epitet ten można już stopniować. On sam jest swoją konkurencją. Z drugiej strony, „Alpha Plus” ma w sobie spokój, który podobno zaczyna się tam, gdzie kończy się ambicja. I nie chodzi tu o pracowitość czy talent. To bezsprzecznie cechuje Laplauxa. Chodzi bardziej o poczucie, że nic nie trzeba udowadniać, osiągać kolejnych celów czy dążyć do rozpoczęcia następnych etapów. To pianino symbolizuje inny moment, w którym jest już tylko sztuka i emocje, które wywołuje. Gdyby „Alpha Plus” miała mieć teledysk, to wyobrażałabym go sobie jako zestawienie gigantycznej, nieruchomej i milczącej maszyny, jakiegoś olbrzymiego silnika, a na przeciw – bijącego ludzkiego serca. „Konstrukcji” zbudowanej z tkanki mięśniowej, rozmiarowo niewiele większej od pięści, której mechanika pozwala na pracę obejmującą średnio 2,5 miliarda uderzeń w czasie ludzkiego życia. Przede wszystkim jednak konstrukcji o niewytłumaczalnej mocy, której żadna maszyna, nawet najbardziej skomplikowana, nigdy nie będzie mieć. I to chyba najważniejszy wniosek płynący z „The End Of Industry”. Wszystko jest w człowieku, w nas.

2017 | Brainfeeder

Oficjalna strona Lapaluxa » Profil na BandCamp » Profil na Facebooku » Posłuchaj / Kup The End Of Industry »

Sieren – Ascension EP

Kołysanki z gawry.

Zwracam Waszą uwagę na kolejne ciekawe wydawnictwo z labelu Apollo Records. Kilkanaście dni temu pisałam o EP-ce „Lines” Meeting By Chance czyli Marcina Cichego, dziś Sieren z EP-ką „Ascension”, która została opublikowana 29 września.

Pod pseudonimem Sieren kryje się mieszkający w Berlinie Matthias Frick, który na co dzień jest inżynierem w Abletonie. W Apollo Records debiutował EP-ką „Static Polymorphism”, opublikowaną w listopadzie ubiegłego roku. Dziś Sieren powraca z „Ascension”, na której znajdziemy pięć utworów: urzekający tytułem „Tailored Mistakes”, „Slinger”, „U8”, „Lost You” (w którym pojawia się Joe McBride czyli Synkro, z którym Sieren współpracował już przy „Static Polymorphism”) i tytułowy „Ascension”.

„Ascension” jest projektem ciekawym o tyle, że basy które są tu osią całości, Sieren przedstawia w różnorodnych wariacjach. O ile w otwierającym i zachwycającym „Tailored Mistakes” dryfują one gdzieś w morzu melancholijnego IDM, to już w kolejnym „Slinger” transowo odbijają się od surowych ram techno. „U8” wprowadza w klimat rytmicznej ale zarazem chill-outowej elektroniki, w którą Sieren wrzuca nisko zmiksowane wokalowe sample. Tytułowy „Ascension” to z kolei miękka i puszysta muzyczna poduszka, powoli odbijająca kształty i bardzo delikatnie ukazująca swoje dźwiękowe włókna. Można się w nim bezpiecznie zatopić. Całość zamyka „Lost You”, w którym Sierena wspiera Synkro. Moim zdaniem to najlepszy utwór z płyty, momentami ocierający się nawet o ambient, zbudowany na linii kołyszących dźwięków pianina i dość ospałego beatu.

Jeśli myślicie o stworzeniu sobie playlisty na zimowy sen, której będziecie słuchać w swojej własnej gawrze, to ten utwór zdecydowanie powinien się na tej liście znaleźć. Chociaż mam też wrażenie, że po przesłuchaniu tej EP-ki możecie dojść także do innego wniosku, że ona sama w sobie może być soundtrackiem tej jesieni czy zimy. Może i krótkim, fakt, ale dość treściwym. A wieść niesie, że ma być zimno. Warto mieć to na uwadze.

2017 | Apollo Records

Oficjalna strona internetowa artysty » Profil na Facebooku »