Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.

Kutiman – Don’t Hold Onto the Clouds
Ania Pietrzak:

Jak brzmi połączenie IDM i psychodelicznego ambientu prosto z Izraela? Koszernie, nie inaczej!

JK Flesh – New Horizon
Paweł Gzyl:

Transhumanizm w wersji dub-techno.

Retribution Body – Self-Destruction
Maciej Kaczmarski:

Mordercze drony.



Archive for Sierpień, 2018

Gonjasufi za friko

Jak przystało na uduchowionego człowieka, kalifornijski producent abstrakcyjnego hip-hopu Gonjasufi, dzieli się z innymi za darmo – i to tym, co ma najcenniejsze. Czyli nową muzyką. Czytaj dalej »

Anstam – Dispel Dances

Oto kolejny projekt, którego członkowie chcą zachować pełną anonimowość. Wiadomo o nich niewiele – że są braćmi i pochodzą z Niemiec.
Czytaj dalej »

Smok jest chory – Little Dragon dopiero w 2012

Znamy już dokładne, nowe daty koncertów Little Dragon w Polsce. Ze względu na chorobę jednego z muzyków zespół zmuszony był przesunąć trasę. Sprawdźcie szczegóły.
Czytaj dalej »

Zobacz Organic Panic Quartett

To eksperymentalny i intrygujący projekt łączący muzykę współczesną, dawną, elektroniczną i performance. Czy to jest w ogóle możliwe? Przekonacie się już 30 października w Warszawie.
Czytaj dalej »

Tim Hecker – Dropped Pianos

Instrumenty klawiszowe są chyba najczęściej preprarowanym sprzętem muzycznym, biorąc pod uwagę wyłącznie ten, który nie potrzebuje prądu, by działać poprawnie.
Czytaj dalej »

The Black Dog – Liber Dogma

Jeśli posłuchamy pierwszych nagrań tria The Black Dog dokładnie sprzed dwóch dekad, to zauważymy, że spotykają się w nich elementy brytyjskiego breakbeatu z detroitowym techno.
Czytaj dalej »

James Ferraro – Far Side Virtual

James Ferraro jest jak Jezus. A właściwie jak Jesús ‚Jess’ Franco, hiszpański filmowiec uważany za jednego z najpłodniejszych reżyserów świata, a według niektórych – także za jednego z najgorszych.
Czytaj dalej »

Miks do załadowania – The Magician

Na najbliższy weekend polecamy do załadowania świeży i przebojowy mixtape belgiskiego producenta, The Magiciana.

Czytaj dalej »

Sinusoidal – Out Of The Wall

Szczypta pasji, garść determinacji a przede wszystkim solidna porcja talentu – z tych składników powstała debiutancka, długogrająca płyta wrocławskiego duetu Sinusoidal. Zwróciliśmy na nich uwagę w cyklu Nowe Polskie przywołując materiał z wydanej w czerwcu epki. Zapowiadany album miał być o wiele bardziej zróżnicowany i, co było dla mnie niespodzianką, taki właśnie jest. Mimo wszystko sądziłam, że Out Of The Wall będzie kontynuacją mrocznej podróży zainicjowanej epką. Nie jestem jednak ani trochę rozczarowana, każda z jedenastu kompozycji brzmi intrygująco bez względu na to, czy jest tripowym odlotem czy kojącą kołysanką. Elementem, który czyni je wyjątkowymi jest fenomenalny głos Adrianny. Dajcie mu się oczarować – wystarczy kilka pierwszych sekund i znajdziecie się w krainie Sinusoidal. Krainie, z której nie ma powrotu. Przynajmniej przez najbliższe 42 minuty.

Każdy z utworów na „Out Of The Wall” rozpływa się delikatnie, zmysłowo i nieśpiesznie. Nie ma tu miejsca na nerwy, niepokoje czy gwałtowne zmiany tempa. Ta muzyka jest po to, by poruszać zmysły, delektować się nią i czerpać przyjemność. Niech będzie tłem dla kontemplacji po męczącym dniu, stymulacją dla sennych marzeń na chwilę przed zaśnięciem. Stan błogiego relaksu osiągnięcie po zaaplikowaniu jednej, niewielkiej dawki – polecam „Eternal” lub „Lake”. Jeśli jednak macie ochotę na trochę bardziej rozrywkowe tony spróbujcie „Twilight” albo „Colours”. Ten ostatni z bardzo przyjemnym udziałem trąbki Tadka Kulasa. „Free” i „Little Stories” z chęcią usłyszałabym w klubie – nie są to modne ostatnimi czasy dubstepy ale przecież dobra zabawa nie musi równać się podkręconym na maksa basom i dwudniowym brakiem słuchu.

Moim numerem jeden jest jednak ten najdłuższy, ponad pięciominutowy i najbardziej trip-hopowy „I’m nobody”. Wracam do korzeni i cieszę się, że zespół z Wrocławia mi o nich przypomina. Nic dziwnego, że współpracą z Sinusoidal zainteresował się Tricky, jeden z „ojców” trip-hopu. Jestem ogromnie ciekawa efektów tej kolaboracji, wszak Tricky ma wyjątkowego „nosa” do wyszukiwania talentów (to on odkrył m.in. Martinę Topley-Bird). Mam tylko nadzieję, że nie porwie Sinusoidal na długo. Sądzę, że mają u nas jeszcze dużo do zrobienia. Oczywiście dla dobra muzyki! Choćby obszerną trasę koncertową tak, by zanieść światło nadziei dla trip-hopu i jemu podobnych we wszystkie, nawet najbardziej odległe zakątki naszego spragnionego dobrych dźwięków kraju.

Luna Music | 2011

Lukid – wywiad

Krótko, ale treściwie. Właśnie dzięki tej filozofii Luke Blair zajechał tak daleko. Ponure liryczne nastroje w opakowaniu klubowej awangardy z metką Werk Discs, kilka lat temu uczyniły go jednym z najciekawszych artystów młodego pokolenia. Jego ostatnie wydawnictwa dla oficyny GLUM z laboratoryjną prezycją odicnają się od modnych inspiracji, które w branży muzyki elektronicznej rozprzestrzeniają się niczym autodestrukcyjny wirus. Z autorem albumów Foma i Chord rozmawiał Marcin Gładysiewicz.

Temat, który chciałbym poruszyć na wstępie wywołuje ostatnio sporo kontrowersji. Powiedz mi, czy jesteś w stanie nakreślić wyraźną linię, różnicującą występy na żywo od aktywności djskiej? Na pewno wielokrotnie słyszałeś o artystach używających podczas występów facebooka etc. A to nie podoba się publiczności.

Główną różnicą jest przede wszystkim to, że podczas występów live artyści prezentują głównie swoje własne utwory, manipulując ich brzmieniem, zapętlając czy dodając jakieś nowe dźwięki. Szczerze mówiąc, wątpię by publiczność w ogóle zwracała uwagę, z którą z tych opcji ma do czynienia. Goście chcą po prostu słuchać dobrej muzyki, a moim zadaniem jest po prostu im to dać. Przez godzinę, dwie – nieważne – interesuje mnie tylko to, żeby rano po imprezie, na której grałem powiedzieli „koleś dał radę”

Ale bardzo często ludzie przychodzą na koncert, żeby ‘zobaczyć’ swoich idoli.

Naprawdę? Może fani mogliby tak robić, gdyby szli zobaczyć Dj Yode czy coś w tym stylu. Ale wierz mi, że jest to ostatnia rzecz, o której marzę. Wolałbym myśleć, że ludzie przychodzą na moje koncerty by posłuchać dobrej muzyki czy rozprostować kości po całym tygodniu w pracy. By nie zwracali uwagi na to czy koleś przy komputerze sprawdza pocztę czy robi cokolwiek innego. Jeżeli dobrze się bawię to w czym problem?

To może zrezygnować z klasycznej sceny?

Właśnie o to chodzi. Dj powinien być częścią imprezy, a nie wisieć gdzieś wysoko nad ziemią. Przez to nie mogę często rozpoznać twarzy znajomych (śmiech)

Moglibyśmy nawet pójść trochę dalej i rozszerzyć ideę anonimowej zabawy na sposób zarządzania przemysłem fonograficznym. Wytwórnia dla której wydałeś kiedyś singiel – Thriller. Tak naprawdę nigdy oficjalnie tego nie ujawiono, ale discogs podejrzewa, że za tym projektem stoi Darren Cunningham (Actress). Czy Ty jako artysta, wyobrażasz sobie tworzenie muzyki całkowicie anonimowo?

Tak, Darren jest mózgiem tego projektu, który na przestrzeni czasu przyjmował różne formy. Niestety wydawnictw ma tam jak na lekarstwo, ale imprezy Thriller promują zagadnienie z perspektywy muzyki klubowej. Myślę, że idea nie umrze, ale jak będzie dalej funkcjonować? Szczerze mówiąc nic mi na ten temat nie wiadomo.

Wiesz, wydawanie muzyki anonimowo byłoby najprostszym rozwiązaniem. Ale to, dlaczego tego nikt nie robi jest sprawą jeszcze prostszą. Każdy marzy by jego muzyka miała swoje pięć minut. Każdy kto dłubie w muzyce wyobraża sobie siebie przed publiką skandującą na jego cześć. Każdy, w tym i ja.

To może trzeba było zostać piłkarzem?

Łatwo powiedzieć (śmiech) kto by nie chciał. Teraz pozostało mi tylko oglądanie meczów w telewizji.

Zbliżają się Mistrzostwa Europy, będzie okazja obejrzeć w Anglików na polskich boiskach. Trzymasz kciuki by tym razem im się udało?

Szczerze? To absolutnie nie. Anglia potrzebuje wielkich zmian. Musimy zainwestować w młodzież i dać sobie spokój z drewniakami, którzy zmarnowali już wystarczająco dużo danych im szans. Potrzebujemy młodego managera, który nie boi się ryzyka oraz ma pomysły jak stworzyć prawdziwy zespół, a nie zgraję indywidualności. Nie potrzebujemy kolejnego trenera, który przyjeżdża do naszego kraju na emeryturę i pobiera pensje, która wywołuje u mnie zawroty głowy. Oczywiście chciałbym, żeby Anglicy grali i zwyciężali, ale z perspektywy ogólnego dobra chciałbym, żeby mistrzostwa skończyły się dla nas kompletną klapą. Przegrajmy każdy mecz, po powrocie zróbmy burzę, wejdźmy na głowę FA (odpowiednik naszego PZPN – przyp. red) by zrobili porządek z tym żałosnym i nudnym stylem gry, którym staramy się grać przez ostatnie 12 miesięcy.

Ale chcesz wiedzieć co naprawdę się stanie? Wyjdziemy z grupy, przegramy z Niemcami, Capello będzie się śmiać idąc na banku, a później managerem kadry zostanie Redknapp. I koło się zamyka. Wszystko zacznie się od początku, czyli krótko mówiąc – nic się nie zmieni.

Jest to związane z żądzą natychmiastowych zwycięstw. Nikt nie da gwarancji, że czas, który dostanie na rozwój swojego projektu okaże się strzałem w dziesiątkę. W muzyce jest chyba podobnie?

Jasne, tyle tylko, że łatwiej przyjąć porażki (śmiech)

Kontynuując temat wytwórni. Ostatnie miejsce, w którym wydajesz to równie tajemnicza oficyna GLUM.

GLUM to oficyna dla ponuraków (glum ang. ponury, posępny) I szczerze mówiąc nie wiem o niej za dużo. W dwóch słowach. Są szarzy i wściekli.

Podobnie jak Twój najlepszy w ostatnim czasie utwór. „My Teeth In Your Neck” startuje agresywnie już od pierwszej sekundy trwania. Nie ma żadnych schematów wolno – szybko – wolno – szybko.

Cieszę się, że to zauważyłeś bo właśnie taki był zamysł. Chciałem właśnie gwałtownie i furiacko rozpocząć tą EPkę. W sumie to nie ma tutaj żadnego intro, może na końcu jest trochę więcej spokoju. Zrobiłem ten utwór całkiem szybko, starając się nie myśleć o strukturze, załamaniach tempa – czy są czy ich nie ma. Zrobiłem ten numer dzięki chwilowej inspiracji i jak widzę czuć energię o której wtedy myślałem.

Wystarczy tej energii, żeby cały czas tworzyć? Gdzie widzisz siebie za kilka lat?

Widzę siebie wciąż robiącego muzykę. Tyle tylko, że maczającego palce w wielu rozmaitych projektach.

No właśnie, słyszałem, że zacząłeś prace z wokalistą. Wyobrażasz to sobie jako duet na kształt projektu Dreadnought? (Untold & Samuel Chase) czy może raczej SBTRKT i Sampha?

Nie, nie! Nigdy nie widziałem siebie w duecie producent + wokalista. Wydaję mi się to zbyt prymitywne i wymuszone. Oczywiście nie mam tutaj na myśli projektów, które wspomniałeś, ale na samą myśl o jakichkolwiek wokalnych featuringach robi mi się niedobrze. To po prostu nie dla mnie. Mojej muzyce nie potrzeba głosu.

Projekt, w który jestem zaangażowany nie ma nic wspólnego z moją aktywnością jako LUKID. To totalnie nowa rzecz. Ale uprzedzając Twoje następne pytanie – nie powiem Ci nic więcej. Nie lubię zdzierać gardła na temat rzeczy, których nie jestem do końca pewien. Później okazuje się, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, albo wydarzyło, ale nie jesteś zadowolony z efektu końcowego. Po co gadać bezsensu?

Jazzanova w Głogowie – rozwiązanie konkursu

Nadszedł czas na rozwiązanie piątkowego konkursu. Dziękujemy za udział w zabawie i wszystkie nadesłane odpowiedzi. Czytaj dalej »

Andy Vaz – Straight Vacationing

Kultura popularna zna przypadki spektakularnych nawróceń. Lata temu Cat Stevens został muzułmaninem, zamieniając się w Yusufa Islama, a nie tak dawno David Tibet porzucił okultyzm dla chrześcijaństwa, wracając do swego prawdziwego nazwiska, David Bunting. Są też przykłady innych nawróceń – jedno z nich przeżył niemiecki producent Andy Vaz z Düsseldorfu, który w połowie minionej dekady był jednym z najważniejszych twórców minimalu, czego namacalną manifestacją były jego płyty „Live In Tokyo” i „Live In Berlin”, a przede wszystkim „Repetitive Moments Last Forever”.

Po wydaniu ostatniej z nich – o jakże wymownym tytule – Vaz przeżył dogłębne nawrócenie na… klasyczny house. Wyrazem tego było powołanie do życia nowej wytwórni o nazwie Yore (przedtem publikował nakładem również własnego Background) i zaserwowanie całej serii winylowych dwunastocalówek, emanujących radością tworzenia tej energetycznej i pozytywnej muzyki. Podsumowaniem tego pięcioletniego okresu w działalności producenta jest jego nowy album – „Straight Vacationing”.

Ten, kto rozstał się z Vazem na „Repetitive Moments Last Forever” będzie mocno zaskoczony – żadnego minimalu tutaj bowiem nie uświadczy. Zamiast tego – klasyczne granie o wysmakowanym stylu, odwołujące się do najpiękniejszych tradycji tanecznej elektroniki z Detroit i Chicago.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/435788-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=435788-01″ allowscriptaccess=”always”]

W warstwie rytmicznej niemiecki producent skłania się ku mocnym podkładom tworzonym przez twarde bity i mocne basy – blisko takim brzmieniom do oldskulowego techno, bo przecież tak grali niegdysiejsi mistrzowie hard house`u z Motor City – Blake Baxter czy Eddie Flashin Fowlkes („Detroit In Me” czy „Stubnitz”). Z powodzeniem Vaz sięga również po pomysły rodem z dawnych nagrań twórców z Wietrznego Miasta – to miarowe uderzenia automatu perkusyjnego wsparte szeleszczącymi hi-hatami w „Fukuoda Liquid” czy „Collinding Worlds”, zapożyczone z zakurzonych już dziś dokonań Jackmastera Farleya czy Marshalla Jeffersona.

Nie tylko mocnymi podkładami album ten jednak stoi. Oto w tytułowym „Straight Vacationing” niemiecki producent wprowadza głębszy puls wywiedziony z deep house`u, a w „A Dope Jam (Bullyshit Mix)” – mruga okiem do zapomnianego już nowojorskiego garage`u podbitego tribalowymi efektami perkusyjnymi. Najlżejszym nagraniem z płyty jest jednak „Just Another Round” – filadelfijskie disco podrasowane na funkową modłę soczystą partią klangującego basu. Na koniec trafiamy nawet na intrygujący eksperyment z połamaną rytmiką – „The Other Place” to nieoczywisty house, w którym przegląda się z zaciekawieniem dubstepowa pulsacja.

Podobnie jak z podkładami, wygląda sytuacja z warstwą melodyczną kompozycji z albumu. Bo z jednej strony Vaz z upodobaniem sięga po acidowe loopy, które nadają poszczególnym nagraniom surowe i szorstkie brzmienie („Detroit In Me”, „Fukuoka Liquid” i „Colliding Worlds”), a z drugiej – wprowadza zmysłowe solówki „żywego” saksofonu i jazzowe frazy organicznego Hammonda („Stubnitz”, „Straight Vacationig” czy „Just Another Round”). I ten kontrast sprawdza się świetnie – utwory z płyty emanują taneczną energią, ale są również przyjemne w brzmieniu, ciepłe i jasne, pulsujące relaksującą wibracją, typową dla wszelkiej maści „czarnej” muzyki.

Andy Vaz wypadał wiarygodnie tworząc minimal, teraz też wypada wiarygodnie tworząc house. „Straight Vacationig” to ponowny debiut niemieckiego producenta – równie udany, jak ten poprzedni.

Yore 2011

www.yore-records.com

www.myspace.com/yorerecords

www.andy-vaz.de

www.myspace.com/soundvariation

Nowe oblicze i label Toma Bednarczyka

4 listopada we wrocławskim klubie Das Lokal będziecie mogli posłuchać zupełnie nowych dźwięków Tomka Bednarczyka, który właśnie powołał do życia label We Are Your Music Mate.
Czytaj dalej »

Nostalgia 77 – nasza rozmowa

Producent muzyczny, kolekcjoner winyli, pasjonat jazzu i choć sam nigdy by tak o sobie nie powiedział – gitarzysta. Benedic Lamdin zaczynał jako domorosły DJ. Dziś przewodzi błyskotliwym instrumentalistom nagrywając płyty zbierające na Wyspach świetne recenzje. Zespół Nostalgia 77, którego nowy album „The Sleepwalking Society” ukazał się na początku tego roku, jest tylko jednym z jego wielu obliczy, gdyż muzyka sygnowana nazwiskiem Lamdin dotarła także do dźwięków latynoamerykańskich, soulu, gospel oraz etiopskiego jazzu.

Niesłychanie skromny, odpowiadający na pytania bez pośpiechu, z lekko zaspanym wzrokiem. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, iż potajemnie rzeczywiście przewodzi Stowarzyszeniu Lunatyków. Przed koncertem uświetniającym dziesięciolecie istnienia katowickiego Jazz Clubu Hipnoza opowiedział mi o swojej wytwórni muzycznej, aktualnych projektach, planach na przyszłość oraz o tym, iż ciągle brakuje mu wolnego czasu.

Daniel Barnaś: Byłeś zaangażowany w produkcję oraz aranżację ponad pięćdziesięciu projektów wydanych w Tru Thoughts w przeciągu czterech ostatnich lat. Czy to oznacza, że stałeś się główny producentem muzycznym w tej wytwórni?

Benedic Lamdin: Miałem taki etap w życiu, kiedy robiłem dla nich naprawdę mnóstwo rzeczy, ale ostatnio bardzo pochłonęła mnie praca w wytwórni Impossible Arc, która stała się moim drugim domem. Tru Thoughts ma o wiele bardziej zróżnicowany katalog artystów, dużo tanecznej muzyki jak chociażby The Bamboos. W Tru Thoughts jest parę osób, które potrafią pracować na wielu frontach, jestem tylko jedną z nich.

Powołując się na last.fm od 2007 roku jako Nostalgia 77 zagrałeś jedynie czterdzieści pięć koncertów. Czy to jest Twój sposób na bycie muzykiem – więcej pracy w studiu, mniej występów na żywo?

Tak, zdecydowanie. Jak na razie więcej czasu spędzam w studiu, niż na scenie.

Czyli nie jest tak, że koncertowanie szybko Ci się znudziło?

Nie. Wiesz, aby zagrać ze świetnym zespołem trzeba zebrać siedem właściwych osób, a to niełatwe. To całkiem duża grupa, jeśli chcesz wyruszyć w trasę. Dodatkowo wiele muzyków z zespołu ma swoje autorskie projekty, robią naprawdę mnóstwo różnych rzeczy. Każdy z nas ma w Londynie wiele pracy, ale kiedy dostajemy ciekawe zaproszenie i mamy taką możliwość, to miło jest gdzieś pojechać i zagrać. Tak w ogóle, to w lutym przyszłego roku ruszamy w trasę. Pierwszy raz w życiu zagram jakieś piętnaście koncertów pod rząd.

To miało być moje następne pytanie – czy planujecie grać na letnich festiwalach w 2012 roku?

Co do festiwali nie jestem pewien, ale w lutym przewiniemy się przez Francję, Luksemburg oraz Belgię – Europa Zachodnia, jak zwykło się ją u Was nazywać.

Parę lat temu założyłeś własną wytwórnię płytową – Impossible Ark, której największym przedsięwzięciem do dziś pozostaje afro-kubańska jazz armia – The Rhythmagic Orchestra. Jak udało Ci się zaangażować do nagrań grupy takie, jak Jazz Jamaica oraz Sca Cubano? I jaka jest geneza tego projektu?

Mój dobry przyjaciel Hugo Mendez, który na co dzień pracuje dla Soundway Records w Paryżu, jest wielkim fanem muzyki latynoamerykańskiej. Sam zbytnio się na niej nie znam, ale on namówił mnie do tego, by nagrać jakąś płytę latino. The Rhythmagic Orchestra to muzyka kompletnie inna od tej, którą prezentuje Nostalgia 77.

Ludzie z mojego zespołu prywatnie znają się z muzykami Ska Cubano oraz Jazz Jamaica. Całość została nagrana na przestrzeni dwóch lat. W 2007 roku odbyła się jednodniowa sesja, na której powstały cztery utwory. Trzyletnia przerwa i kolejne dwa dni w studiu, kiedy to dograliśmy resztę materiału. Tak więc album sklejony jest z muzyki zarejestrowanej podczas dwóch różnych sesji.

Materiał na płytę powstał w ciągu trzech dni na przełomie trzech lat? Muszę przyznać, iż mimo tego brzmi bardzo naturalnie, taki radosny chaos.

Tak, chaos, ale chaos radosny (śmiech).

Nie chciałeś wydać tego albumu w Tru Thoughts, aby dotarł on do szerszego grona odbiorców?

Niespecjalnie. Nie wyrazili zainteresowania tym projektem. Na początku wydaliśmy dwunastocalówkę z trzema utworami nakładem Impossible Ark, dlatego pomyśleliśmy, iż The Rhythmagic Orchestra zostanie już u nas. Pierwotnie album miał zostać wydany przez jakiegoś japońskiego mecenasa. Powiedział nam, że opłaci sesje nagraniowe, a potem po prostu rozpłynął się w powietrzu. Myślę, że zbankrutował. Ja natomiast musiałem opłacić wszystkie rachunki z własnej kieszeni. Tak więc pierwotnie album miał zostać wydany sumptem japońskiej wytwórni, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Kolejny ciekawy projekt Twojego autorstwa to Skeletons, który według mnie brzmi po prostu zbyt dobrze, by być tylko mało znanym produktem ubocznym stojącym w cieniu Nostalgii 77. Czy album „Smile” to jednorazowa przygoda, czy cichy start czegoś większego.

Trudno mi powiedzieć kiedy ponownie wydam coś pod banderą Skeletons. Nad muzyką na tę płytę pracowałem około roku – mniej pisania i komponowania, a więcej składania gotowych fragmentów na zasadzie ‘spróbujmy skleić to z tym i zobaczymy co z tego wyjdzie’. Ale wiesz, pracę nad „Smile” wspominam bardzo miło. Naprawdę cieszy mnie muzyka rodem z Etiopii.

No właśnie, Skeletons brzmi całkiem jak muzyka z filmu „Broken Flowers”.

Mulatu Astatke, dokładnie. W grudniu będę zajmował się produkcją jego płyty. Nagrywa dla wytwórni Sprout. A jeśli chodzi o Skeletons to po prostu nie wiem kiedy znajdę wolny czas. Nie wiem, po prostu nie wiem (śmiech).

Studiowałeś na Oxford Brookes University?

Nie, wychowałem się niedaleko tego miejsca. Studiowałem w Sussex.

Jaki kierunek?

Filozofię.

Nie jesteś więc typowo wykształconym jazzmanem.

Nie, nie jestem żadnym tam muzykiem jazzowym.

No tak, ale Twoja twórczość brzmi dla mnie całkiem jak jazz.

Muzyka tak. To przez ludzi, których rekrutuję do zespołu (śmiech).

Nie doświadczyłeś problemów pisząc utwory dla tych, którzy odebrali wykształcenie w akademiach muzycznych? Lub podczas pracy z nimi?

Kiedy pierwszy raz spotkałem ludzi ze środowiska muzycznego zauważyłem, iż nie wszyscy byli zdeterminowani podążać w jednym tylko kierunku. Wielu z nich ma otwarty umysł.

Rekrutujesz muzyków tylko spośród swoich przyjaciół?

Kiedyś spotkałem jednego gościa, który przedstawił mnie basiście – pracuję z nim do dziś, razem gramy w Nostalgii 77, razem założyliśmy Impossible Ark. Dzięki niemu poznałem także mnóstwo różnych ludzi. Wiesz jak to jest, z niektórymi pracuje Ci się lepiej, zostajecie przyjaciółmi, z innymi zaś nie zawsze układa się najlepiej.

Oprócz nagrań jazzowych jakich zespołów współczesnych słuchasz?

Jestem wielkim fanem The Black Keys, świetny zespół, jeden z moich ulubionych. Zawsze kochałem The White Stripes.

A inne projekty Jacka White’a? The Raconteurs chociażby?

Niespecjalnie. Znam wiele ciekawych, niszowych artystów, nie wszyscy z miejsca stają się popularni.

W zespole grasz na gitarze. Ćwiczysz codziennie, czy może starasz się ćwiczyć codziennie?

Mam czas ćwiczyć jedynie wtedy, kiedy gram koncerty. Cały swój czas poświęcam inżynierii dźwięku, nagraniom. Wiesz, jeśli tylko miałbym rok wolnego wtedy na pewno zapisałbym się na jakieś lekcje gry na gitarze (śmiech). W zespole gram niewiele, jedynie krótkie partie, będąc szczęśliwym, iż grają ze mną tak fajni kolesie, którzy znają się na muzyce.

To będzie trochę strzał w ciemność, ale muszę o to zapytać – solówka saksofonu w utworze „The Funeral” z Twojej debiutanckiej płyty „Songs From My Funeral” brzmi całkiem jak Mel Collins z ery, kiedy grał w King Crimson. Przypadek?

Czekaj czekaj, który utwór?

„The Funeral”. Brzmi jak żywcem wycięta z albumu „Earthbound”, lub „Islands”.

Tak, to „Earthbound”, ten album z czarną okładką. Dokładnie. Pamiętam, że wyciąłem stamtąd jeszcze parę innych, krótkich fragmentów. Właściwie to na „Songs From My Funeral” może być także parę sampli z płyty „Islands”.

Zdarzyło Ci się nagrywać z pianistą Keithem Tippettem oraz jego żoną. Czy to dlatego, iż swojego czasu czerpałeś inspirację z muzyki King Crimson, czy może poznałeś go w inny sposób?

W Oxford, gdzie dorastałem, jest taki świetny sklep z winylami. Tam znalazłem płytę zespołu o nazwie Centipede.

Album „Septober Energy”? Ten z chaosem podzielonym na cztery partie?

Dokładnie, kompletny chaos (śmiech). Ale kiedy przeczytasz listę muzyków, którzy wzięli udział w nagraniach, to okazuje się, że są na niej Robert Fripp, Ian Carr, czy Elton Dean. A obok nich artyści bardziej zakorzenieni w muzyce klasycznej. Wszyscy oni tam byli. Miałem taki etap w swoim życiu, kiedy chciałem stworzyć coś na wzór Centipede.

Czego możemy się po Tobie spodziewać w najbliższej przyszłości?

Jestem zaangażowany w naprawdę niemałą liczbę projektów, tyle się dzieje..

Śmiało, śmiało!

Chcesz posłuchać? (śmiech) Jose Perit jest bardzo chora i niestety nie mogła przyjechać z nami na dzisiejszy koncert. Zastąpi ją Sarah Mitra, z którą wchodzę do studia w przyszłym tygodniu. Jej album będzie naprawdę świetny. Niedawno skończyłem nagrania z gościem o nazwisku Jeb Loy Nichols. Jego płyta ukaże się niedługo nakładem Impossible Ark. Pracowałem także dla wytwórni Decca oraz zająłem się produkcją nowej płyty zespołu The Golden Age Of Steam, który dzieli z Nostalgią 77 perkusistę oraz saksofonistę. Ciekawa muzyka, brzmi jak jakiś dziwny soundtrack.

Dziękuję za rozmowę Ben, powodzenia na scenie.

Dzięki, do zobaczenia.

Darmowy album od Tiger & Woods

Debiutancki album duetu Tiger & Woods był jednym z ciekawszych wydawnictw z gatunku nu-disco w tym roku. Być może radość z jego sukcesu sprawiła, że  producenci udostępnili właśnie kompilację”Wiki & Leaks. Lab Files #01-15″ do ściągnięcia za friko. Czytaj dalej »

Legowelt wraca do Krakowa

Jeszcze nie umilkły echa didżejskiego setu Danny`ego Wolfersa w klubie Pauza podczas Unsound Festivalu, a holenderski producent znany jako Legowelt już wraca do Krakowa, aby 5 listopada zagrać w innym klubie – Rozrywki 3. Czytaj dalej »

Nostalgia 77 Septet – relacja

W lutym przyszłego roku Jazz Club Hipnoza obchodzić będzie swoje dziesiąte urodziny. Tak znaczącego jubileuszu nie należy świętować inaczej, jak inicjując cykl koncertów, który zelektryzuje wielbicieli nowoczesnego jazzu. A przynajmniej taką taktykę obrano w Katowicach, na co narzekać przecież nie można.

Dowodzona przez Bena Lamdina Nostalgia 77 przeszła długą drogę – od jednoosobowego projektu, tworzonego na komputerze w domowym zaciszu z jazzowych sampli, do scenicznej, ośmiogłowej bestii. Polskiej publiczności zespół zaprezentował się w sześcioosobowym składzie uzupełnionym przez wokalistkę o nazwisku Sarah Mitra. Josa Peit, której głos usłyszeć można na nowym albumie Lamdina „The Sleepwalking Society”, z przyczyn zdrowotnych nie mogła towarzyszyć grupie, co w żaden sposób nie wpłynęło negatywnie na koncert. Jej zmienniczka w barwny sposób zinterpretowała najnowsze utwory Nostalgii 77, mieszając musicalową ekspresję z odrobiną burleski, subtelnie kokietując przy tym widownię uśmiechem i tanecznym ruchem bioder.

Instrumentalny wstęp z miejsca ujawnił rozkład sił na scenie – Nostalgia 77 Septet to przede wszystkim dęciaki wspierane dynamiczną sekcją rytmiczną. Zasiadający obok wokalistki Benedic Lamdin, który podczas koncertu pragnienie zwalczał popijając małego Żywca, dopełniał wraz z klawiszowcem brzmienie zespołu akompaniując grupie, aniżeli jej przewodząc.

Publiczności przyszło wysłuchać większości piosenek z ostatniej płyty, w tym „Blue Shadow”, „Golden Morning”, „Simmerdown” oraz „Sleepwalker”, których oniryczną aurę skutecznie rozwiewały perkusyjne łamańce Tima Gilesa. Bębniarz, traktując ze szczególnym zamiłowaniem hi-hat, tchnął sporą dawkę energii w muzykę Stowarzyszenia Lunatyków, dbając jednocześnie o to, by wzór wygrywanego rytmu zmieniał się z wysoką częstotliwością.

Set wokalnych kompozycji został w połowie przerwany instrumentalną wycieczką, której podstawą był utwór „Taxidermist”. Wtedy też swój czas miały partie solowe trębacza oraz saksofonisty, w finale głośno okraszone brawami widowni. Kolejny utwór, równie mocno improwizowany, sięgający korzeniami etiopskiej odmiany jazzu od dziesięcioleci pielęgnowanej przez Mulatu Astatke, zaczerpnięty został z pobocznego projektu Benedica Lamdina o nazwie Skeletons. Wyróżniający się znacznie na tle swoich sąsiadów rozkołysał zebranych w Hipnozie melomanów.

Koncert zakończył utwór „Here Lies My Love” z 1955 roku autorstwa grupy Mr. Undertaker. Nostalgia 77 Septet zaprezentowała żywe, dynamiczne oblicze zespołu, który ceni groove kontrabasu, wijące się partie dęte oraz wyrazisty, kobiecy wokal. Można oczywiście narzekać, iż wieczór z zespołem Lamdina był za krótki, jednak w przypadku, kiedy muzykę cechuje tak wysoka dbałość o jakość, półtoragodzinny występ wydaje się być wielce satysfakcjonującym i inspirującym przeżyciem.

Jazz Club Hipnoza gościł już nieraz tuzy światowego jazzu, z których przypomnieć warto The Cinematic Orchestra, Kazutoki Umezu Kiki Band, czy też rodzimy Skalpel. Do tego grona nareszcie dołącza przedstawiciel brytyjskiej wytwórni Tru Thoughts, którego katowicki występ mógłby bez żadnych kompleksów zostać wydany na płycie.

  • 23.10.2011 | Jazz Club Hipnoza | Katowice

Maria Minerva wystąpi w Gdańsku

Estońska reprezentantka nurtu glo-fi Maria Minerva wystąpi w Gdańsku w ramach zdarzeń towarzyszących trzeciej edycji festiwalu instalacji i interwencji w przestrzeni publicznej Narracje.
Czytaj dalej »

Lamb również we Wrocławiu!

Do tego koncertu jeszcze trochę czasu pozostało, warto jednak już teraz zapowiedzieć jedno z wydarzeń przyszłego roku we Wrocławiu. 9 lutego wystąpi duet Lamb – gwiazda tegorocznej edycji Tauron Festiwalu.
Czytaj dalej »

Rykarda Parasol w listopadzie w Polsce

Nowy skład, nowe piosenki – tak w skrócie swoją listopadową trasę po Polsce opisuje Rykarda Parasol. Jeśli chcecie posłuchać „folk-noir” na żywo, przeczytajcie tego niusa.
Czytaj dalej »