BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?



Archive for Listopad, 2019

Zobacz przestrzenny kontroler audiowizualny

To urządzenie pozwala tworzyć muzykę na żywo za pomocą gestów i ruchów całego ciała. Czy Dodecaudion to nowy Theremin? Już w piątek będziecie się mogli o tym przekonać na żywo. Zobaczcie koniecznie!
Czytaj dalej »

Jesteście gotowi? Nowy Fisz Emade

Zapowiadana przez Panów Fisza i Emade współpraca z DJ-em Epromem zaowocowała pierwszym teledyskiem i singlem promującym nadchodzącą płytę. Jak zwykle zadziorni, jak zwykle z przymrużeniem oka, jak zwykle bawią się konwencją.
Czytaj dalej »

Juke po japońsku

Pochodząca z Japonii eksperymentalna grupa Satanicpornocultshop, znana z licznych plądrofonicznych dewastacji, udostępniła za darmo swoją najnowszą EP-kę „Covers”.
Czytaj dalej »

Planetary Assault Systems – The Messenger

Wizyta w berlińskim klubie Berghain tak zainspirowała brytyjskiego producenta, że po ośmiu latach przerwy powrócił on do swego najpopularniejszego projektu – Planetary Assault Systems. W efekcie dostaliśmy w 2009 roku jego nowy album – „Temporary Suspension” – który obwieścił światu, że Luke Slater ciągle jest jednym z najbardziej oryginalnych twórców współczesnego techno. Opinię tę potwierdza wydany właśnie przez berliński Ostgut Ton nowy album angielskiego twórcy – „The Messenger”.

Poprzedni krążek Planetary Assault Systems był eksplozją nagromadzonej przez długi czas surowej energii. Tym razem Slater powraca do bardziej wyrafinowanego grania. Już otwierający płytę „Railer (Further Exploration)” zaskakuje zwrotem w stronę mrocznego ambientu. Z gęstej chmury onirycznych dźwięków tworzących tę kompozycję, wypływa jednak mocarne techno – „Beauty In The Fear” to prawdziwy majstersztyk współczesnej wizji tego stylu wyrastającej z prekursorskich dokonań Sandwell District. Z jednej strony wolny i głęboki puls, a z drugiej – kłębiące się wyziewy toksycznych dronów i ejtisowo brzmiące klawisze. Killer!

„Human Like Us” i „Kray Squid” to już porażająca lodowatym tchnieniem laboratoryjna jazda w stylu wczesnych dokonań Sähkö. Brytyjski producent przeplata tutaj dudniące bity zimnymi loopami, tworząc majestatyczne konstrukcje o porażającej urodzie japońskich rzeźb z lodu. A potem skok za wielką wodę – bo „Call From To East” to ukłon w stronę klasycznych produkcji Jeffa Millsa, a „Motif 11. Cold Bolster” – minimalistycznej bombardierki Roberta Hooda. Slater sięga tu po typowe dla obu pionierów soniczne dźwięki – skręca z nich hipnotyczne loopy, podszywa rwanymi akordami o szorstkim tonie i wpisuje w kontekst miarowych uderzeń twardego bitu. Po prostu ogień!

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1831107-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1831107-02″ allowscriptaccess=”always”]

Wspomnieniem wczesnych dokonań Slatera są tu kompozycje przywołujące brzmienia typowe dla brytyjskiego techno sprzed niemal dwóch dekad. Oto bowiem „Wriss” i „Black Tea” uderzają miarowymi podkładami rytmicznymi o funkowym groovie – tak, jak pamiętne nagrania z pierwszych singli Planetary Assault Systems zatytułowanych „Planetary Funk Vol. 1 – 2” wydanych w 1993 roku przez nieodżałowany Peacefrog. Bardziej niemiecki w stylu jest „Rip The Cut” – metaliczne pętle zatopione w gęstych oparach przemysłowego szumu od razu kojarzą się z odrapanymi ścianami i zardzewiałymi kratami bunkra, w którym mieścił się niegdyś legendarny Tresor.

Nie byłoby nowych nagrań Planetary Assault Systems bez Berghain. Nic więc dziwnego, że brytyjski producent spłaca dług słynnemu klubowi. „Bell Brocker” to tektoniczne techno najwyższej próby: słychać w nich w niemal namacalny sposób ogromną przestrzeń tego przemysłowego budynku – masywne uderzenia bitu i basu o betonowe ściany, tworzące charakterystyczny pogłos, którego naturalnego brzmienia tylko pozazdrościć mogą współcześni twórcy dubstepu. I do tego – wibrująca partia metalicznych dzwonów, układająca się w monumentalną melodię niosąca hymn na cześć berghainowego techno.

Nie tracąc nic z mocy „Temporary Suspension”, brytyjski producent wykorzystał na „The Messenger” całe swe doświadczenie w tworzeniu bardziej wyrafinowanych dźwięków, co zaowocowało być może najlepszą płytą w dyskografii Planetary Assault Systems. Jest tu wszystko, czego oczekujemy od współczesnej elektroniki – moc, odwaga, energia, prawda, fizyczność i duchowość. Ten „posłaniec” niesie dobrą nowinę – techno żyje!

Ostgut Ton 2011

www.ostgut.de/label

www.myspace.com/berghainPanoramabar

www.lukeslater.com

www.myspace.com/planetaryassaultsystems

Trochę industrialu na poniedziałek

Już za trzy tygodnie, 10 listopada rozpocznie się dziesiąta, jubileuszowa edycja Wrocław Industrial Festival. Z tej okazji organizatorzy proponują darmową składankę do pobrania.
Czytaj dalej »

Kangding Ray – OR

David Lettelier, znany miłośnikom nowych brzmień jako Kangding Ray, zadebiutował w roku 2006 płytą „Stabil” – na dodatek od razu w barwach elitarnej oficyny Raster-Noton. Mroczna, pełna szumów, trzasków i zakłóceń, zrytmizowana muzyka francuskiego producenta znakomicie wpasowała się w eksperymentalny profil labelu. Na wydanym dwa lata później albumie „Automne Fold” Letellier pokazał, że jego muzyczne zainteresowania wychodzą daleko poza syntetyczną elektronikę, zahaczając o trip-hop, post-rock i elementy industrialu. Wiosną 2011 roku ukazał się trzeci longplay Francuza – „OR”, kolejny zapis pomostu rzuconego pomiędzy poszukującą inżynierą dźwięku a wnętrzem mrocznego klubu, przy którym miejsca odwiedzane przez bohaterów fincherowskiego „Siedem” jawią się jako świątynie cnoty.

Na stronie artysty czytamy: „OR, czyli po francusku „złoto”, jako jedyny chemiczny element, który zachowuje swą wartość przez wieczność, odnosi się do kultu nieustającej konsumpcji i absurdu fluktuacji walutowej, z kolei po angielsku, jako logiczny operator gramatycznej koniunkcji, OR reprezentuje możliwość wyboru, „dołączonej alternatywy”, która sugeruje, że istnieje inna odpowiedź, inna droga”. Dodatkowo w jednym z utworów za liryki posłużył tekst Hakima Beya, znanego pisarza i historyka kultury. Publicystyka z pogranicza socjologii i filozofii ubrana w muzykę, najczęściej zresztą instrumentalną? Raczej niemy, ale nie bezgłośny komentarz do globalnego kryzysu toczącego świat. Ten kontekst sprawia oczywiście, że muzyka jest niepokojąca, momentami wręcz apokaliptyczna. Zawartością „OR” można się jednak delektować bez jakiejkolwiek wiedzy na temat tego, co autor miał na myśli. Na poziomie muzycznym całość broni się bowiem w stu procentach.

Początek płyty to prawdziwe trzęsienie ziemi, jakiego nie powstydziłby się sam Hitchcock. „Athem” toruje sobie drogę stąpnięciami metalicznego beatu, uderzeniami potężnego basu i całą gamą cyfrowych i analgowych niuansów. Przestrzenne fale przesteru w „Mojave” zdmuchną niejedną grzywkę, która nieostrożnie zbliży się do głośnika. Podniosła atmosfera spiętrzonych zgrzytów w „Mirrors” zachwyci fanów Nine Inch Nails z okresu płyty „The Fragile”. W finalnym „La Belle” ambientowe plamy towarzyszą podskórnemu pulsowi przechodzącemu w miarowy tętent i syntezatorom przesterowanym na podobieństwo gitary (a może to właśnie ten instrument?). Kompozycja stanowi promienie słońca prześwitujące przez spękaną ścianę niepokoju, jaką buduje przed słuchaczem ten album z pogranicza takich gatunków, jak idm, industrial i glitch.

Całość, choć w ogólnym rozrachunku udana i miejscami wręcz porywająca, traci jednak siłę wyrazu w drugiej połowie. Do utworów wkrada się monotonia, prawdopodobnie celowa i wykoncypowana, a jednak zamiast hipnotyzować, nieco nuży. Nie zmienia to jednak faktu, że Kangding Ray pozostaje najbardziej przystępnym i być może najbardziej eklektycznym przedstawicielem Raster-Noton, zaś „OR” ma zapewnione miejsce w czołówce najciekawszych tegorocznych płyt.

Raster-Noton | 2011

Starlicker w Polsce

Już 26 października w krakowskim klubie Re rozpocznie swoją trasę koncertową po Polsce nowy projekt Roba Mazurka – Starlicker – w skład którego wchodzi perkusista Tortoise – John Herndon – oraz wibrafonista – Jason Adasiewicz. Czytaj dalej »

Dave Clark – Fabric 60

John Peel nazwał go kiedyś „baronem techno”. I tak zostało. Dave Clarke był zresztą jednym z niewielu twórców współczesnej elektroniki, którym udało się otrzymać zaproszenie od słynnego didżeja Radia One na organizowane przezeń sesje nagraniowe. Być może pewne znaczenie miał fakt, że Clarke jako urodzony w latach sześćdziesiątych, dzielił z Peelem fascynację punkiem i post-punkiem w różnych odmianach. Ten mrok typowy dla tychże gatunków odcisnął zresztą silne piętno na własnej twórczości brytyjskiego artysty – didżejskiej i producenckiej.

Urodzony w Brighton wychowywał się w domu, w którym matka słuchała muzyki disco, a ojciec bawił się sprzętem hi-fi. Nic dziwnego, że sam szybko złapał muzycznego bakcyla. Kiedy rodzice się rozwiedli, uciekł z domu i pomieszkiwał u znajomych. Aby zarobić na życie chwycił się didżejki. Zaczynał od hip-hopu, by szybko sięgnąć po acid house, a potem skręcić w stronę techno i electro. Jako producent objawił się w 1994 roku serią trzech winylowych płyt tworzących gorąco przyjętą serię pod wspólnym tytułem „Red”. Potem sławę przyniosły mu didżejskie sety – przede wszystkim „Electro Boogie” z 1998 roku i „World Service” z 2001 roku, z których ten ostatni został uznany przez „Resident Advisor” za jeden z najważniejszych miksów, jakie ukazały się w minionej dekadzie.

Clarke nie nagrywa zbyt często. Ale kiedy schodzi do swego podziemnego studia (kiedyś w Brighton, teraz w Amsterdamie), powstają rzeczy wybitne. Jego debiutancki album „Archive One” z 1996 roku to fascynujący przykład perfekcyjnej syntezy brytyjskiego breakbeatu i techno, a wydany siedem lat później „Devil`s Advocate” – prekursorski w stosunku do dzisiejszej mody przykład wykorzystania gotyckich klimatów w muzyce klubowej. Jest jeszcze płyta zbierająca jego dzieła rozrzucone – „Remixes And Rarities 1992 – 2005” – która z dzisiejszej perspektywy wydaje się być elementarzem rozwiązań brzmieniowych, jakie powinien znać każdy młody adept nowej elektroniki.

Choć jest winylowym maniakiem, a jego kolekcja płyt analogowych liczy tysiące egzemplarzy, to był jednym z pierwszych didżejów, którzy sięgnęli po cyfrowe granie z Serato. Początkowo odsądzany od czci i wiary przez kolegów, nie stracił jednak popularności, a jego sety do dziś rozpalają noce w najlepszych klubach świata – od belgijskiego FUSE po londyński Fabric. Nic więc dziwnego, że właściciele tego drugiego zlecili mu przygotowanie autorskiego setu na sześćdziesiątą już część publikowanej przez siebie serii didżejskich miksów.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1830383-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1830383-02″ allowscriptaccess=”always”]

Clarke zaczyna od stworzenia odpowiedniego nastroju –sążniste kaskady mrocznych syntezatorów sprawiają, że ciarki chodzą po plecach („Shiver” Raudive). Z gęstej chmury toksycznych dźwięków wyłania się połamany rytm wsparty partią metalicznie brzmiącej gitary – to surowe electro ozdobione pomysłowym cytatem z Joy Division („Cnemidophorus Sexlineatus” Crotaphytus).

Industrialne bity o dubstepowym metrum z „Armed 3” Tommy`ego Four Seven prowadzą nas jednak w inną stronę. Serwując „Dark N`Lovely” Marca Romboya w remiksie Kenny`ego Larkina brytyjski didżej zabiera nas do Motor City. W podobnym klimacie utrzymany jest następny utwór – „I.D.F.D.F.I.” duetu Ray 7 & Malik Alston. Dzięki obu tym nagraniom miks nabiera wyraźnego rozpędu.

I wtedy Clarke dosypuje węgla do pieca: uderzają twarde i ciężkie bity, rozlegają się świdrujące dźwięki o acidowym brzmieniu, dudniące basy rezonują z siłą tektonicznych wstrząsów. Tworząc ten segment mocnego techno, angielski didżej sięga po mało znane nazwiska – Cristiano Balduci („Pride”), Cute Hills („Silence”), Stephane Signore („Sacrifice”) czy Gessafelstein („Aufstand”). Wszystko to jednak klubowe killery najwyższej próby, które bez litości zmiażdżyłyby wszystkich nieprzygotowanych na ich siłę rażenia.

Kiedy opada tynk i kurz, Clarke wrzuca do swego didżejskiego kombajnu kolejny zestaw tanecznych petard – tym razem w stylu electro. Mimo połamanej rytmiki, nagrania Scape One („Time Falls”), Exzact („Clarity”), Sync 24 („We Rock Non Stop”), Heliopause („Destination Planet Earth”), Deza Williamsa („Foreign Object”) i Clatterbox (nigdzie niepublikowany „Coolicon”) eksplodują z równie potężną energią, co wcześniejsze utwory techno. Mechaniczne uderzenia bitu łączą się z falującymi akordami o metalicznym brzmieniu, a raperskie rymowanki pulsują w rytm głębokich uderzeń sub-basu. Szaleńcze tempo ustaje wraz z „Alternate Sequence” w1b0 – to również electro, ale rozegrane na zupełnie innych tonach niż zazwyczaj. Prowadzi ono do przywołującego znów atmosferę lat 80. utworu „The Attick” Baza Reznicka – i przy wdzięcznej melodii o dalekowschodniej barwie wpisanej w minimalistyczna elektronikę set dobiega końca.

Brytyjski didżej nie ma sobie równych w tak intensywnym graniu o mrocznym klimacie. W jego miksie jest miejsce na taneczną energię, ale i melodyjne wstawki, nowoczesne brzmienia i wspomnienie przeszłości. „Fabric 60” pokazuje, że mimo upływu lat, Dave Clarke nadal jest klasą samą dla siebie. Impreza promująca płytę odbędzie się oczywiście w londyńskim klubie – 12 listopada. Trudno wymarzyć sobie lepszą porę na taką muzykę.

Fabric 2011

www.fabriclondon.com

www.myspace.com/fabricfamily

www.daveclarke.com

www.myspace.com/daveclarkedj

Brian Eno & Rick Holland – Drums Between The Bells

Co mają ze sobą wspólnego – nazywany ojcem ambientu – Brain Eno i Kurt Cobain, grung’owy odszczepieniec i symbol pokolenia X, które dorastało w latach 90-tych? Pozornie niewiele. Jednak jest jedna rzecz, która obu Panów łączy. Zarówno w przypadku Eno i Cobaina dają dziś znać o sobie silne tendencje rewizjonistyczne, kwestionujące dokonania obu artystów, wyrażane zarówno przez dziennikarzy jak i pospolitych „zjadaczy muzyki”.

Z okazji 20. rocznicy wydania „Nevermind” pojawiła się w prasie i Internecie cała masa artykułów, w których próbowano na nowo zmierzyć się z tą płytą. No i okazało się, że zdaniem wielu ludzi jeden z najważniejszych albumów w historii muzyki nie jest wcale taki dobry, jak wszyscy do tej pory myśleli. „Nevermind” ma wg nich toporne brzmienie, trąci schematycznością, definitywnie przegrał walkę z upływającym czasem, a Cobain zdzierał niemiłosiernie gardło przy akompaniamencie prostackich i podobnych jeden do drugiego akordów i riffów. Podobnie sytuacja wygląda z Eno. Osób wyrażających się sceptycznie o jego muzycznym dorobku i podważających jego pozycję wizjonera muzyki elektronicznej i art rockowej, nie jest wcale mało. Osobiście uważam, że w obu przypadkach negatywne opinie, choć niepozbawione do końca racji, są zdecydowanie przesadzone. Wiem, że fajnie jest się polansować wśród znajomych i rzucić tekst w stylu „Ten Brian Eno jest przereklamowany”. Ale bądźmy jednak poważni…

YouTube

Wydaje mi się, że problem z Eno polega na tym, że Anglik nagrał już w swojej karierze grubo ponad 40 albumów (licząc wszystkie płyty solowe i te nagrane z innymi artystami) i siłą rzeczy nie wszystkie są wyjątkowo udane. Drugą sprawą jest to, że ostatnimi czasy rzeczywiście jakiś szczególnie dobrych rzeczy od niego nie dostawaliśmy. Przeważały przysłowiowe średniaki i płyty, co najwyżej dobre, którym do miana wybitnych brakowało sporo. Nie oznacza to jednak, że można tak lekko przekreślać całą wielką karierę tego muzyka i producenta oraz negować wpływ, jaki wywarł on na rzeszę muzyków, zarówno tych współczesnych jak i działających na scenie w ostatnich trzydziestu latach ubiegłego stulecia.

„Drums Between The Bells” to drugi w kolejności album nagrany przez Eno dla wytwórni Warp. Tym razem Brytyjczyk wziął na warsztat twórczość swojego rodaka, poety Ricka Hollanda, z którym spotkał się pod koniec lat ’90. Od tego czasu upłynęło ponad 10 lat i w końcu doszło do współpracy obu artystów, czego efekty możemy dzisiaj podziwiać. „Drums Between The Bells” to przede wszystkim płyta słowa mówionego. Dziewięć osób (w tym gronie znalazł się sam autor oraz Polka – Grażyna Goworek) na zmianę recytuje wiersze Hollanda do muzyki Eno. Mieliśmy już „Bajki robotów” Lema, teraz przyszła najwyraźniej kolej na „Poezje robotów”, bowiem głosy recytujące Hollanda brzmią jak roboty żywcem wyjęte z filmów sci-fi lat 80. W tym podejściu do kwestii wokali jest pewien urok i hipnotyczna moc. Zupełnie jakby przedstawiciele obcej, skomputeryzowanej cywilizacji czytali nam swoje uduchowione, galaktyczne przesłanie. Ciekawie współgra to z dźwiękowym tłem, które Eno oparł głównie na minimalistycznych, delikatnych i ulotnych melodiach. Niekiedy są to ambientowe plamy, raczej jasnej, przyjemnej barwy niż tej ciemnej i ponurej, innym razem Brian stawia dźwiękowe pomniki przeszłości, zanurzając słuchacza w elektronicznych przestrzeniach, które jako pionier, przenikał w latach 70. Liczne są też odwołania do krautrockowej, melancholijnej stylistyki Kraftwerk. Ta konwencja jest przełamywana rzadko, ale jeżeli już, to następuje to z całym impetem. Utwór „A Title” uderza w słuchacza industrialnymi, zadziornymi gitarami i dynamicznym tempem, „Itch” to porządne electro, a „Manomedia” przywołuje na myśl mistrzów trip hopu – Massive Attack.

Nie zmienia to faktu, że „Drums Between The Bells” to głównie solidna porcja uduchowionej, podniosłej, kosmicznej muzyki. Słychać na tej płycie muzyka doświadczonego i w pełni świadomego tego, co robi. Zarazem skromnego i introwertycznego. Eno nie rzuca dziś nikomu rękawicy, nie stara się zmierzyć z własną legendą. Raczej pogodnie, z dystansem przygląda się światu w jego całej złożoności. Próbuje coś z niego zrozumieć, ułożyć jakąś sensowną i zwartą opowieść, którą następnie przełoży na język muzyki. Jest jednym z tych artystów, którym się wierzy i który, pomimo tego, że najlepsze lata twórczości ma już za sobą, wciąż potrafi wywołać na naszych ustach uśmiech.

Zapraszamy na Festiwal C3

W dniach 1-3 grudnia w Gdańsku odbędzie się pierwsza polska edycja Festiwalu C3. Jej kuratorem jest Michał Jacaszek. Czytaj dalej »

O muzyce psychoaktywnej

Z okazji dziesiątych urodzin wydawnictwa Okultura ukazał się pierwszy numer „kwartalnika psychoaktywnego” „Trans/Wizje”. Jak piszą autorzy: „jest to pierwsze w Polsce pismo poświęcone przemianom ciała i umysłu przy pomocy narzędzi artystycznych, duchowych, naukowych i magicznych”.

Na łamach interdyscyplinarnego magazynu można znaleźć teksty na temat psychologii, antropologii, literatury, filmu oraz sztuk wizualnych, w tym między innymi eseje o twórczości filmowej Kennetha Angera i Dereka Jarmana, literaturze eksperymentalnej, filmach giallo, fenomenie grzybów magicznych, modyfikacji świadomości przy pomocy nowoczesnej technologii.

Niezwykle interesująco zapowiadają się artykuły o muzyce: rozmowa z Peterem ‚Sleazy’ Christophersonem z Throbbing Gristle i Coil, tekst Z’EVa o transie oraz wywiady z twórcami z polskich grup Job Karma i Hati.

Pismo można kupić na stronie wydawnictwa. Więcej informacji tutaj.

Jazzanova Live w Głogowie – wejściówki dla Was

Już za tydzień rozpoczynają się Głogowskie Spotkania Jazzowe. Jak już zapewne wiecie, jedną z głównych atrakcji 27 edycji festiwalu będzie występ niemieckiego kolektywu Jazzanova. Muzycy wystąpią w niedzielę, 30 października w hali widowiskowej MOK w ramach Gali Jazzu. Zaprezentują się w wersji Live – przygotujcie się więc na wyśmienite granie. Dla wszystkich, którzy mają ochotę spędzić niedzielny wieczór w Głogowie mamy nie lada gratkę – podwójne zaproszenie na koncert Jazzanova Live. Aby je zdobyć wystarczy wysłać maila na adres kamila.szeniawska@gmail.com a w treści wpisać swoje imię, nazwisko  oraz odpowiedź na pytanie: z jakim wokalistą Jazzanova wystąpi w Głogowie? Na Wasze zgłoszenia czekamy do godziny 22.00 w poniedziałek, 24 października.

 

Słuchamy nowego Pole

Cztery lata minęły od ostatniego dużego wydawnictwa Stefana Betke. Kolejna płyta artysty pojawi się w sklepach dopiero w przyszłym roku, już teraz jednak słuchać możemy trzech premierowych kawałków.
Czytaj dalej »

Axel Bartsch – Experiment Musik

Tobias Rapp, niemiecki dziennikarz, autor głośnej obecnie książki „Lost And Sound: Berlin, Techno And The Easyjetset”, napisał niedawno z przekorą, że teoria zakładająca, iż pierwsi twórcy techno inspirowali się dokonaniami Stockhausena, grupy Can i musique concrete jest wytworem wyobraźni co bardziej rozbudzonych intelektualnie krytyków muzycznych. Dorastając w Berlinie lat 90. był bowiem świadkiem, że wszyscy ówcześni producenci słuchali przede wszystkimi Depeche Mode i to właśnie ten brytyjski zespół miał największy wpływ na powstanie niemieckiego techno.

Na pewno zgodziłby się z tym Axel Bartsch, który dwie dekady temu zaczynał świadomie słuchać muzyki, sięgając z jednej strony po synth-pop, czyli właśnie Depeche Mode czy Soft Cell, a z drugiej – po funk, czyli Parliament i Funkadelic. Wychowany na takich dźwiękach szybko złapał bakcyla nowej elektroniki i już w połowie lat 90. organizował na północy Niemiec pierwsze imprezy taneczne w opuszczonych teatrach i na torach wyścigów konnych z udziałem takich gwiazd, jak DJ Hell czy Dave Clark.

Własne nagrania zaczął tworzyć w duecie Vanguard z Asemem Shamą – i od razu spotkały się one z dużym zainteresowaniem, przynosząc obu producentom spore sukcesy w Niemczech i w Anglii. Kiedy formuła pracy w tandemie wyczerpała się, Bartsch zadebiutował w 2005 roku pierwszą autorską dwunastocalówką, ozdabiając potem swymi dokonaniami katalogi takich wytwórni, jak Kompakt, Karmarouge, a przede wszystkim prowadzonej nadal z Shamą – Sportclub. Dziś, mając w dorobku ponad sześćdziesiąt wydawnictw, prezentuje swój drugi album – „Experiment Musik”.

Tytuł jest przewrotny – w czasach, kiedy niemal wszyscy twórcy nowoczesnej elektroniki próbują eksperymentować na siłę, niemiecki producent wraca do klasycznego grania na analogowych maszynach, koncentrując się na idealnym zharmonizowaniu melodii i rytmu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1842761-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1842761-02″ allowscriptaccess=”always”]

I rzeczywiście – płytę otwiera niespieszne techno osadzone w detroitowym klimacie, w którym organiczne pasaże klawiszy niosą psychodeliczne dźwięki egzotycznej harfy („Experiment Musik”). Potem Britsch skręca w stronę kolońskiego grania o nieco lżejszej rytmice. „Prophetic Dreams” i „The Bells Of Jericho” to ekspresyjny tech-house, w którym jest miejsce zarówno na nastrojowe tła i soniczne akordy syntezatorów, jak również mroczne pochody chmurnego basu i niepokojące loopy. Podobne dźwięki niemiecki wykorzystuje dopiero w dalszej części krążka – w podszytym perlistymi tonami wspomnianej już harfy „The 13th Sign”.

Zdecydowane techno pojawia się znów w „Morgengebet”. Choć utwór zaczyna się od klaskanego pulsu, szybko łapie twardy bit, który uzupełniają sążniste pasaże syntezatorów, niosące niepokojącą melodię niczym z jakiegoś hitchcockowskiego thrillera. „Femme Fatale” i „Assistace From Beyond” to z kolei pomysłowe wykorzystanie klawiszowych brzmień typowych dla electro – ale w zupełnie nowym kontekście. Pierwsze z nagrań pozbawione jest w ogóle bitu, blisko mu więc raczej do zimnego minimalu w stylu Dopplereffekt, a drugie – pulsuje mocnym rytmem techno, przywołując z kolei skojarzenie z późną twórczością Anthony`ego Rothera. Odmienne środki wyrazu znajdujemy w finałowym „Mental Trainer”. To już prawie berghainowy spust surówki – opatrzony jednak melodyjną klauzulą w postaci przeciągłych smyczków o soundtrackowej barwie.

Najciekawsze nagrania z płyty to jednak „Sparkling Energy” i „Wir Tanzen”. Pierwsze z nich to przestrzenne deep techno, w którym falujący bas idealnie koresponduje z oszczędnie dozowanymi akordami zdubowanych klawiszy. Jego ozdobą jest zmysłowy głos należący do żony Bartscha – Lauren. Ten prosty, ale skuteczny zabieg sprawia, że pozornie mroczna kompozycja zaczyna emanować seksualną energią. „Wir Tanzen” to z kolei nagranie, które powinno znaleźć się na nowej płycie Paula Kalbrennera. Mniej znanemu koledze słynnego producenta udało się bowiem w perfekcyjny sposób połączyć techno i trance – uzyskując porywającą do tańca hybrydę, w której jest miejsce zarówno na agresywne uderzenia potężnego basu, jak i zwiewne arpeggia hipnotycznych syntezatorów.

Kiedy ta płyta dotarła do nas, kończył się ciepły wrzesień, a Axel i Lauren byli w podróży poślubnej we Włoszech. Dziś jest pochmurny październik i wspomnienie lata zostało już rozmyte kroplami jesiennego deszczu. Ale wystarczy włączyć „Experiment Musik” i…

Sportclub Music 2011

www.sportclub-music.de

www.myspace.com/sportclubmusic

www.axelbartsch.com

www.myspace.com/axelbartsch

Dadub – rozwiązanie konkursu

Wielu było chętnych do zobaczenia duetu Dadub w najbliższą sobotę. Niestety – mogliśmy podarować zaproszenia tylko trzem osobom. Czytaj dalej »

Spheruleus i Pleq charytatywnie

Pleq, Spheruleus i organizacja SoundFjord zebrali artystów z całego świata, czego efektem jest świetna, charytatywna płyta „A Silent Swaying Breath (A Public Record)”, z której dochód przeznaczony zostanie na pomoc ofiarom zamieszek, jakie miały miejsce ostatnio na ulicach angielskich miast. W projekcie wzięło udział ponad 70 artystów z całego świata. Czytaj dalej »

Cliff Martinez – Drive OST

Późny wieczór w Los Angeles. Mężczyzna o melancholijnym obliczu Ryana Goslinga parkuje samochód przed zamkniętym sklepem. To tak zwany getaway driver – wynajęty przez złodziei anonimowy kierowca, którego zadaniem jest bezpieczna ucieczka z miejsca kradzieży. Krótkofalówka przechwytująca policyjną częstotliwość, skórzane rękawiczki, wykałaczka w kąciku ust i niebywałe, pełne profesjonalizmu opanowanie. Kiedy złodzieje wsiadają do auta, kierowca spokojnie rusza i w zupełnie niepościgowym tempie meandruje między uliczkami, sprytnie unikając policyjnych patroli. Dobrze wie, że w tym mieście miliona samochodów i nieskończonych arterii drogowych najlepiej nie zwracać na siebie uwagi. Jest przewidujący do tego stopnia, że nawet pozornie nieznacząca transmisja z meczu w radio może stać się częścią planu ucieczki.

Ta znakomita scena otwiera „Drive” Nicolasa Winding Refna, intrygujący i transgatunkowy, a co najważniejsze – nad wyraz udany ukłon w stronę amerykańskiego kina lat 70. i 80., dokonany, co ciekawe, przez europejskiego reżysera. Napisy początkowe, utrzymane w konwencji retro, przedstawiają nocne Los Angeles z lotu ptaka (takiego filmowania tego miasta nie powstydziłby się Michael Mann, vide „Heat” i „Collateral”). Nastrojowym kadrom towarzyszy chwytliwy electro-pop na granicy kiczu, gdzie przy akompaniamencie sentymentalnych syntezatorów toczy się dialog między kobiecą wokalizą i potraktowanym vocoderem, komputerowym głosem. To Kavinsky i Lovefoxx w nieco royksoppowym utworze „Nightcall”, który dwie dekady temu zapewne byłby sporym przebojem.

Następujący po nim i równie chwytliwy „Under Your Spell” to z kolei rzecz popełniona przez Desire i brzmiąca niczym zaginiony utwór Siouxsie And The Banshees. Jest jeszcze formacja Collage w naiwnym i przesłodzonym „A Real Hero”, Riz Ortolani i Katyna Ranieri w staroświeckim „Oh My Love” oraz skrócona wersja kapitalnego „Tick Of The Clock” Chromatics; ten ostatni utwór pochodzi z płyty „Night Drive” (nasza recenzja tutaj), która należy do tego samego retro-uniwersum, co film Refna, i z powodzeniem mogłaby służyć jako alternatywny soundtrack do tegoż.

W rzeczywistości za lwią część ścieżki dźwiękowej odpowiada Cliff Martinez. Ten amerykański kompozytor był niegdyś perkusistą Captain Beefheart i Red Hot Chilli Peppers, jednak zasłynął przede wszystkim współpracą ze Stevenem Soderberghiem (m.in. „Seks, kłamstwa i kasety wideo”, „Traffic” i rewelacyjna muzyka do „Solaris” na podstawie Lema). Zawsze wyróżniał się na tle hollywoodzkiej ekipy twórców, unikając zarówno patosu Johna Williamsa, jak i zjadania swojego ogona, co nie udało się Hansowi Zimmerowi. Twórczość Martineza to najczęściej stonowany ambient nadający rytm kolejnym scenom, i tak jest również w przypadku „Drive”. Tragiczne wydarzenie będące udziałem bohaterów filmu zostały przedstawiony w cokolwiek oniryczny sposób („nasłonecznione” kadry, slow-motion, nieoczekiwane zwroty akcji, etc.), nie powinno zatem dziwić, że ilustrujące je utwory cechuje podobna atmosfera. Najważniejsze, że muzyka Martineza sprawdza się doskonale w oderwaniu od ekranu. Na przykład podczas nocnej jazdy samochodem.

Lakeshore Records | 2011

Pierwsza polska składanka z witch house

Lubicie witch house? Z pewnością wielu z Was odpowie twierdząco, a reszta tylko z politowaniem popuka się w czoło. Jakkolwiek by było, ten niezwykły gatunek wbrew prognozom wielu krytyków rośnie w coraz większą siłę.

Czytaj dalej »

Rozdajemy zaproszenia na Dadub

Przypominamy, że w najbliższą sobotę 22 października w ramach cyklu „Analogen” w poznańskim klubie 8 Bitów zagra na żywo rewelacyjny duet Dadub z berlińskiej wytwórni Stroboscopic Artefacts. Mamy dla Was trzy wejściówki na tę imprezę. Czytaj dalej »

Kim Cascone na festiwalu Audio Art

W dniach 18-27 listopada w Krakowie odbędzie się seria koncertów, multimedialnych prezentacji oraz performensów w ramach festiwalu Audio Art. W przestrzeni Akademii Muzycznej oraz galerii Bunkier Sztuki będzie można skonfrontować się z pracami z nurtu sound art autorstwa twórców z całego świata.

Wśród zaproszonych artystów pojawi się Kim Cascone – amerykański muzyk i teoretyk. Twórca w latach 80. współpracował z Davidem Lynchem przy udźwiękowieniu jego filmów, następnie zajmował się komercyjnym sound-designem oraz produkcją oprogramowania do gier komputerowych. Od dłuższego czasu rozwija ideę muzyki „postcyfrowej”, opartej na błędach i zakłóceniach oprogramowania.

Pełny program krakowskiego festiwalu dostępny na stronie organizatora.

[Zdjęcie: Juanma Aranda/Flickr]