John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



Archive for Listopad, 2018

Lazer Sword – Memory

Czy dziennikarze muzyczni próbujący przebić się z własną twórczością mają łatwiej czy trudniej? Z jednej strony trudniej – bo skrytykowani artyści zawsze będę się im odwdzięczać tym samym, a z drugiej łatwiej – bo koledzy po fachu przecież pomogą im szybciej zaistnieć.

Ten drugi przypadek dotyczy dwóch byłych pismaków magazynu XLR8R – Antaeusa Roya i Bryanta Rutledge – którzy trzy lata temu zadebiutowali pod szyldem Lazer Sword z zawadiackim singlem „Gucci Swaetshirt”. Wsparcie alternatywnych mediów sprawiło, że już kilka miesięcy później chłopaki mogli się pochwalić powszechnie hołubionym albumem, który opublikowała im prężnie działająca w San Francisco wytwórnia Innovative Leisure. A przecież krążek nie zawierał znowu tak rewelacyjnej muzyki – glitchową wersję hip-hopu podrasowaną nieco na basową modłę.

Roy i Rutledge rozjechali się jednak niebawem po świecie. Pierwszy dotarł do Berlina i zaczął solową karierę pod szyldem Lando Kal, natomiast Rutledge zamieszkał w Los Angeles, odpuszczając sobie muzyczną działalność. Być może duet nigdy by już nie powrócił, gdyby nie oferta wydania jego nowej płyty, którą otrzymał od Modeselektora. Lukratywny kontrakt sprawił, że amerykańscy producenci wzięli do pracy i mimo dzielącej ich odległości zmajstrowali w ciągu kilku miesięcy materiał na swoją drugą płytę.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1944265-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1944265-02″ allowscriptaccess=”always”]

„Memory” robi o niebo lepsze wrażenie niż wspomniany debiut. Przede wszystkim Roy i Rutledge odpuścili sobie hip-hop, ograniczając również swe upodobanie do glitchowej obróbki dźwięku. Tym razem dominuje na płycie konkretne granie – głównie osadzone w tradycji detroitowego electro.

Połamane rytmy wsparte mocnymi basami uderzają najpierw w „Missed A Spot” – łącząc skorodowane fale blaszanych klawiszy z przewiercającym je acidowym loopem. Bardziej mechaniczną odmianę gatunku dostajemy w „Point Of No Return”, którym amerykańscy producenci oddają hołd klasycznym dokonaniom Cybotrona. W pulsującym funkowym groovem „Pleasure Zone” okazuje się, że chłodne electro może mieć również zmysłowy klimat – a to dzięki wpisanej weń szeptanej wokalizie. Wątek ten kontynuuje „Sounds Sane” – gdzie sample groteskowych głosów przywołują wspomnienie przerysowanych nagrań Detroit Grand Pubahs. W tonacji muzyki rodem z Motor City zrealizowana została również kooperacja Lazer Sword z Jimmym Edgarem w „Let`s Work” – choć zamiast electro otrzymujemy tu mroczne techno wsparte wokoderowym śpiewem.

Drugi biegun „Memory” stanowią czytelne nawiązania do nowszych gatunków tanecznych z kręgu bass music. W osadzonym na gęstym podkładzie rytmicznym „Toldyall” odnajdujemy silne wpływy chicagowskiego juke`a. Podobnie dzieje się w zrealizowanym we współpracy z Machinedrum utworze „Chsen”. Amerykańscy producenci mają tu jednak dla nas niespodziankę – rozedrgane bity zamieniają się z czasem w regularną pulsację w stylu techno, pomimo że reszta kompozycji zachowuje wszystkie cechy skocznego footworku. Brytyjskie brzmienia rodem z nowoczesnego UK garage`u znajdujemy natomiast w posuwistym „Better From U” – bo przyspieszone wokalizy zanurzone zostają tu w onirycznych pasażach syntezatorów podbitych połamanym metrum. No i oczywiście dubstep – ale również podrasowany na masywne techno i wypełniony acidowymi efektami w finałowym „People”.

„Memory” to solidny materiał – pełen mocnej energii i pomysłowych aranży, daleki od bełkotliwego rozkołysania debiutu. Dobrze, że amerykańscy producenci stanęli twardo na ziemi. W ten sposób z dziennikarzy zamienili się w muzyków.

Monkeytown 2012

www.monkeytownrecords.com

www.myspace.com/monkeytownrecords

www.myspace.com/lazersword

Parov Stelar – The Princess

Marcus Füreder swoją karierę zaczynał jak większość parających się elektroniką szeroko rozumianą – produkcją mocno samplowanej muzyki. Dziś z oparów noir, jakie dalej unoszą się nad debiutanckim „Rough Cuts”, zostało niewiele, a pod nazwą Parov Stelar ukazuje się drugi w historii grupy dwupłytowy album, na którym króluje przede wszystkim żywo rozbuchane instrumentarium.

Progres ten ma oczywiście spore zalety – bilety na europejską trasę koncertową są w znacznej mierze wyprzedane, a nazwa Parov Stelar kojarzona jest coraz częściej z inteligentną rozrywką, muzyką taneczną, której popularność rośnie w tempie logarytmicznym. Laury w pełni zasłużone – Austriaka słusznie uznaje się za ojca electroswingu. A że każde dziecko w końcu dorasta, tak i muzyka Füredera całkowicie straciła wąską warstwę patyny i kurzu, jaka pokrywała większość jego poprzednich nagrań. Kierunek nadany poprzednim albumem studyjnym procentuje tu większym udziałem sekcji dętej oraz wokalistek. Krystaliczną barwę dźwięku potęguje także częsta obecność instrumentów klawiszowych, których w takim stężeniu w muzyce Füredera jeszcze nie było.

Co może drażnić, to tępo wybijany rytm, jakim zaczyna się większość utworów. Rzecz widocznie niezbędna – za nazwą grupy kryje się przecież zarówno DJ wspomagany na scenie dęciakami, jak i paroosobowy zespół, z perkusistą i basistą włącznie. Tym sposobem „Princess” może błyszczeć i podczas koncertu pod chmurką i na dyskotekowych parkietach. Klubowe brzmienia są tu zresztą wyraźnie słyszalne w warstwie rytmicznej, co dla muzyki Parov Stelar ciągle można uznawać za nowość – zwrot w tym kierunku zapowiedziany EPką „Coco” został potwierdzony albumem o tej samej nazwie.

Lekki niedosyt pozostawia fakt, iż utworów takich jak „Beautiful Morning”, czy „The Fog” nie ma na albumie więcej. Dłuższy ukłon w stronę przeszłości na pewno zbliżyłby muzykę „Princess” do złotego środka oraz pozwolił na przysłowiowy oddech między żywo swingującymi melodiami.

Jak potoczy się kariera Parov Stelar Band? Osobiście widziałbym Austriaków na festiwalach pokroju Glastonbury, czy Open’er, gdzie z pewnością porwaliby kilkudziesięciotysięczny tłum do zabawy. Piszę „z pewnością”, gdyż z kilkunastotysięcznym radzą sobie bez problemu.

Dwupłytowy album studyjny – oznaka kipiącej od pomysłów głowy, lub sumiennie pielęgnowanej megalomanii. W przypadku „Princess” prawdziwą okazuje się teoria pierwsza. Z dwugodzinnego materiału każdy wielbiciel electroswingu jest w stanie wykroić sobie bardzo taneczny set. Natomiast nieobeznani z tematem dostają kopiatą porcję kreatywności Austriaka i jego możliwości w zakresie syntezy muzyki klubowej z zapomnianymi przez większość brzmieniami amerykańskiego jazzu późnych lat trzydziestych. Owce całe, wilk syty.

4/5

Etage Noir | 04.2012

Lovelock – Burning Feeling

Wiecie kto to jest Steve Moore? Raczej nie. Tymczasem to jeden z najważniejszych muzyków, którzy w minionej dekadzie przyczynili się do rewitalizacji cosmic disco.

Zaczynał jednak od rocka – i to w jego najbardziej bombastycznej wersji. Działając w projektach Zombi i Titan wpompowywał świeżą energię w skostniałe struktury progresywnych brzmień, silnie nasycając je przestrzenną elektroniką. Nic dziwnego, że w końcu zwrócił się ku kosmicznym odmianom muzyki tanecznej. Efektem tego były soundtracki do wyimaginowanych horrorów zrealizowane pod pseudonimem Gianni Rossi dla wytwórni Permanent Vacation. Mało tego – pod własnym nazwiskiem sięgnął nawet po klasyczny ambient i new age, dając w pełni wyraz swej miłości do dźwięków emitowanych przez klasyczne syntezatory.

Sumą tych fascynacji amerykańskiego muzyka okazuje się być debiutancki album jego nowego projektu – Lovelock. Na płycie opublikowanej właśnie przez norweską wytwórnię Prinsa Thomasa znajdujemy bowiem porywającą syntezę wszystkich elektronicznych gatunków sprzed ćwierć wieku, kojarzonych z wieloznaczną dziś estetyką cosmic disco.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/448966-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=448966-01″ allowscriptaccess=”always”]

Rozpoczyna się od ilustracyjnej kompozycji „Burning Feeling” – to miłosny hymn wyśpiewany soulowym głosem niesionym przez ambientowe strumienie onirycznych klawiszy. Miarowy puls klasycznego italo disco pojawia się natomiast w „The Fog” i „Don`t Turn Away (From My Love)”. Towarzyszą mu rozwibrowana arpeggia melodyjnych syntezatorów oraz zupełnie odmienne ozdobniki – w pierwszym przypadku ćwierkające efekty rodem z jarre`owego „Oxygene”, a w drugim – epicka partia prog-rockowej gitary, zapożyczona z klasycznych nagrań Styx czy Boston.

„South Beach Sunrise” odważnie balansuje na granicy kiczu – tym razem Moore sięga bowiem po romantyczną partię saksofonu, wpisując go w kinematograficzne dźwięki, które z powodzeniem mogłyby ozdobić „All Against Odds” czy jakiś inny hollywoodzki melodramat z połowy lat 80. Prawdziwą orgię energetycznych arpeggiów wspartych na tanecznym bicie amerykański producent funduje nam natomiast w „New Age Of Christ”. A stąd już krok do finałowego zestawu nagrań, łączących w idealnej równowadze dyskotekową rytmikę, kosmiczną elektronikę i… rockowe brzmienia podniosłej gitary.

„Maybe Tonight” wyróżnia się w tym zestawie zmysłową wokalizą, niosącą niedwuznaczną erotycznie obietnicę wyrażoną w tytule nagrania. Słuchając „Love Reaction” mamy wrażenie, ze Moore zbliża się do maestrii samego Giorgio Morodera – układając z klasycznych elementów porywającą melodię godną nieśmiertelnego tematu z „Miami Vice”. I wreszcie „Deco District” – porażający swą potężną mocą klubowy hymn, w którym hardrockowe solo gitary wznosi na energetyczne wyżyny strzeliste pasaże kosmicznych klawiszy.

„Burning Feeling” demonstruje w fascynujący sposób, jak niegdyś pogardzane gatunki muzyczne można dzisiaj połączyć w zaskakującą swym rozmachem i śmiałością niepowtarzalną wizję dźwiękową. Ci, których rozczarował tegoroczny album Lindstrøma, powinni koniecznie sięgnąć po płytę Lovelocka. Już dawno cosmic disco nie brzmiało tak porywająco!

Internasjonal 2012

www.myspace.com/internasjonal

www.stevemoore2600.com

www.stevemoore2600.tumblr.com

Majówka nie tylko na grillu

W tym roku majówka zaczęła się już w kwietniu a biorąc pod uwagę fakt, że koniec świata coraz bliżej, może być to Wasza ostatnia majówka. Czytaj dalej »

Manuel Tur – Swans Reflecting Elephants

Choć ma sympatyczne polsko brzmiące nazwisko Kiparski, na potrzeby działalności artystycznej zmienił je na Tur. Ale nie miejmy mu tego za złe. W końcu debiutował jeszcze jako… szesnastolatek, wydając dokładnie dziesięć lat temu pierwszą dwunastocalówkę dla brytyjskiej wytwórni Mada Music. Sympatia dla jego poczynań ze strony Anglików towarzyszy mu zresztą do dzisiaj. W 2008 roku związał się bowiem z londyńską firmą Freerange, która opublikowała mu całą kolekcję winylowych dwunastocalówek i pierwszy album – „0201”.

Od wydania tego ostatniego wyrósł na jednego z czołowych producentów funkcjonalnego deep house`u. Zapewniły mu to nie tylko nagrania dla Poker Flat, Ovum czy Mule, ale również remiksy realizowane na zamówienie takich tuzów, jak Azari & III, Jazzanova czy… Wilbirds & Peacedrums. Spore sukcesy przyniosły mu również wspólne projekty z innymi producentami – Ribn i Dplay. Wszyscy jego fani czekali jednak na drugi album swego ulubieńca. I w końcu jest – pod zapożyczonym od Salvatora Dali tytułem „Swans Reflecting Elephants”.

Wspomnieniem wczesnych dokonań niemieckiego twórcy jest tutaj otwierający całość „Back To Me” – seksowne disco zanurzające zmysłową wokalizę tajemniczej dziewczyny w głębokich falach onirycznych syntezatorów. „Phantom Ride” to już zwrot w stronę wysmakowanego deep house`u. Przyjemnie kumkające akordy klawiszy niosą tutaj subtelną partię fortepianu, nadającą całości lekko nostalgiczny ton. Nieco inaczej wypadają dwa kolejne nagrania w tym stylu. „Feel” ma bardziej dramatyczna narrację – ze względu na pomysłowe wpisanie przetworzonego męskiego śpiewu w soundtrackowe pasaże smyczków. Natomiast energetyczne „Maybe Next Lifetime” wykorzystuje formułę klasycznej piosenki – łącząc jednak soulowy wokal Marka „Blakkata” Bella z nieoczywistym tłem utkanym z świdrującej partii gitary.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1953686-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1953686-02″ allowscriptaccess=”always”]

Drugą stronę nowego albumu Manuela Tura stanowią mniej typowe dla niego kompozycje odwołujące się do przestrzennego techno. Zaczyna się od „High Needs Low”, w którym zdubowany podkład rytmiczny stanowi podstawę do odtworzenia od tyłu męskiego śpiewu, co nadaje nagraniu lekko psychodeliczny sznyt. „Obsidian” przynosi z kolei wycieczkę w stronę deep techno – skoncentrowaną na nerwowo pobrzękujących akordach analogowych klawiszy podbitych funkowo giętym pochodem basu. Bardziej mechaniczny puls ma natomiast „Serenity” – ale kontrapunktem dla rwanego bitu są tutaj psychodeliczne sample rodem z ambientowej klasyki w stylu The Orb czy The KLF. I wreszcie umieszczony na koniec „I`m Alive” – podsłuchany u Andy`ego Stotta eksperyment ze zredukowaniem rytmu do dalekiego tła – pozwalający na wysunięcie na pierwszy plan ekstatycznej wokalizy wspomnianego Blakkata.

Chwile wytchnienia między tymi tanecznymi segmentami płyty przynoszą dwa typowo ilustracyjne nagrania. „Mirrors” i „Just Love” mieszczą się w ramach smolistego downtempo rodem z dawnego Bristolu, łącząc sugestywną atmosferę seksualnego napięcia z oszczędnością aranżacji.

Debiutancki album Manuela Tura był całkiem niezły. „Swans Reflecting Elepehants” jest jeszcze lepszy. Bo roztacza szerszy wachlarz gatunkowy, wymodelowany na indywidualną modłę niemieckiego producenta. Sporo tu intrygujących pomysłów brzmieniowych, nie brak niebanalnych melodii, a całość ma wielce oryginalny sznyt. Oby tak dalej.

Freerange 2012

www.freerangerecords.co.uk

www.myspace.com/freerangerecordsuk

www.manueltur.com

www.myspace.com/manueltur

Chromatics – Kill For Love

Powracają po pięciu latach z nowym albumem, zawierającym – bagatela – 17 kompozycji, trwających wspólnie ponad półtorej godziny. W czasach, kiedy muzycy starają się pod presją wytwórni i środowiska, skracać maksymalnie czas trwania swoich płyt, trzeba przyznać, że Amerykanie zaskoczyli mnie dość pozytywnie. Choć momentami może się wydawać, że „Kill For Love” jest troszkę przydługi, to na pewno poświęcenie temu krążkowi 90 minut, nie jest jakimś szczególnie bolesnym przeżyciem. Wręcz przeciwnie. Czytaj dalej »

10 nowomuzycznych filmów

Kontynuacja 20 nowomuzycznych filmów, tym razem dziesięć pozycji, które każdy czytelnik Nowej Muzyki powinien obejrzeć. Czytaj dalej »

Mohn – Mohn

Wolfgang Voigt i Jörg Burger to filary niemieckiej elektroniki. W swej twórczości spenetrowali chyba wszystkie jej obszary – od house`u i techno po ambient i neoklasykę. A poznali się zanim jeszcze świat usłyszał o nagraniach z Detroit i Chicago – kiedy jako studenci zachwycali się rodzącym się dopiero indie-rockiem, słuchając brytyjskich zespołów w rodzaju Orange Juice czy Aztec Camera. Kiedy jednak dotarły do nich nowinki zza Oceanu – bez reszty oddali się klubowym brzmieniom, jako pierwsi w Niemczech próbując tworzyć muzykę na amerykańskich wzór.

Trudno wyliczyć wszystkie projekty, w których wspólnie brali udział począwszy od 1989 roku. Do najważniejszych należy zaliczyć jednak Ethik, który pozostawił po sobie znakomity album „Music For Stock Exchange” z 1993 roku oraz Burger/Ink, zapamiętany z kolei dzięki rewelacyjnej płycie „Las Vegas” z 1996 roku. Oba wydawnictwa w profetyczny wręcz sposób antycypowały wszystkie ważniejsze przemiany nowej elektroniki w nowym wieku – od zredukowanego minimalu po podszyty dubem ambient.

Potem obaj producenci zwrócili się w stronę autorskich produkcji. Voigt zasłynął przede wszystkim z cyklu firmowanego szyldem Gas oraz śmiałych eksperymentów w ramach wytwórni Studio 1 i Profan, natomiast Burger koncentrował się na eksplorowaniu łagodniejszych brzmień jako The Bionaut i The Modernist, które złożyły podwaliny pod charakterystyczny dla kolońskiego Kompaktu nurt ochrzczony mianem „pop ambient”. Po latach rozłąki niemieccy twórcy znów połączyli siły – najpierw jako Burger/Voigt przywrócili na trzech dwunastocalówkach dawną świetność klasycznemu trance`owi, a teraz w duecie Mohn postanowili spróbować zdefiniować po raz kolejny własną wizję ambientu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1938088-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1938088-02″ allowscriptaccess=”always”]

Debiutancki album projektu można podzielić na dwie części. Pierwszą z nich stanowią kompozycje, w których Voigt i Burger śmiało sięgają po nowe dla siebie brzmienia. Już otwierający krążek „Einrauschen” w finezyjny sposób łączy warczący pochód masywnego dronu z dochodzącym z dalekiego tła industrialnym wyziewem. „Schwarzer Schwan” rozpoczyna się majestatycznymi chórami przypominającymi wykorzystane w kubrickowskiej „2001: Odysei kosmicznej” monumentalne „Requiem” Györgi Lygietiego – by potem uderzyć tektonicznym bitem podlanym epickimi pasażami ambientowych syntezatorów. W „Saturnie” trafiamy na rozwibrowane arpeggia rodem z klasyki niemieckiej kosmische musik – uzupełnione jednak gitarowym loopem wyciętym z jakiegoś kraut-rockowego winyla. Podobne dźwięki odnajdujemy w umieszczonym nieco dalej „Ebertplatz 2020” – choć tym razem bazują one na głębokim pulsie o mocno zbasowanym tonie.

Drugi segment albumu otwiera „Ambientôt” – nostalgiczne wspomnienie klasycznych dokonań zawartych na wspomnianym wcześniej cyklu kompaktowych składanek „Pop Ambient”. Choć główny wątek kompozycji stanowią mocarne dźwięki kościelnych organów, całość mieni się bardziej jasnymi barwami niż cała reszta zestawu. Echa niezapomnianych dokonań Gas słychać natomiast w „Seqtor 88” – bo to zwaliste dub-techno o powolnym rytmie, wibrujące skorodowanymi akordami rdzawych klawiszy, ułożonymi w impresjonistyczny w klimacie obraz jesieni sprzed wielu lat. Do bardziej neoklasycznych dokonań Voigta odwołuje się z kolei tytułowy „Mohn” – urzekając wagnerowskim niemal rozmachem w splataniu zaszumionych sampli o orkiestrowej proweniencji. Finałowy „Wiegenlied” nosi z kolei silniejsze piętno artystycznej osobowości Burgera – bo choć rezonuje rwanymi uderzeniami bitu, to niesie łagodne uspokojenie, wywołane szeleszczącymi strumieniami ambientowych dźwięków.

Nowa muzyka Voigta i Burgera ma szalenie plastyczny charakter – jeśliby próbować dopasować do niej jakieś barwy, to na pewno będą wśród nich dominowały wszelkie odcienie zieleni, brązu, złota i czerni. Powstanie z nich namalowany śmiałymi pociągnięciami pędzla wyrazisty obraz o ciężkiej fakturze, gęsty od nałożonych nań mocnych farb. W warstwie dźwiękowej – Mohn jest fascynującym połączeniem dawnych i nowych wątków w twórczości obu gigantów niemieckiej elektroniki. Zarówno dla Voigta, jak i dla Burgera – to najciekawsze dokonanie w ich dyskografii od czasu przełomowych płyt sprzed ponad dekady.

Kompakt 2012

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

Levon Vincent – Fabric 63

 

Nie dalej jak dwa albo trzy miesiące temu na popularnym serwisie społecznościowym mignęła mi informacja, że kolejny miks z serii Fabric nagra Levon Vincent. Ucieszyłem się bardzo na tę wiadomość, zwłaszcza mając w pamięci ostatnie nieudane wydawnictwa z katalogu londyńskiego klubu. Po czym momentalnie przyszła mi na myśl autorefleksja. Dlaczego tak bardzo się cieszę, skoro bohatera zbliżającego się albumu tak naprawdę nie znam?

Tak, Levon Vincent to postać nad wyraz skromna. Jego historia nie jest osnuta wokół klubowej zawieruchy, jest dość prosta, konsekwentna, a przede wszystkim świadczy o jego talencie, profesjonalizmie i dystansie do tego, co robi. A czym ujmuje nowojorski producent, wieszczący, że jego prawdziwym domem jest Berlin? Kompozycje wychodzące spod pióra (właściwie rąk) Levona mają charakter niby typowych dj tools, ale po przyjrzeniu się bliżej ich formie i treści, można zauważyć tkwiący w nich większy potencjał, zwłaszcza w nietypowym podejściu do rozwoju danego tracka czy używania różnych analogów w zgrabnej symbiozie z industrialnymi pogłosami.

Levon Vincent od strony kunsztu didżejskiego prezentuje się równie okazale, bardzo starannie dobierając utwory, w ten sposób, by z harmonii uczynić sobie sprzymierzeńca, a elementy zaskoczenia, czy kontrapunktu odrzucając jako główne składowe efekciarstwa a nie godne narzędzia do tworzenia mozaik równie tanecznych, co ujmujących estetyką wyciszoną, okrojoną, ale nie ubogą.

Bywalec Berghain, nieodżałowanego Tape Club, Rex, czy samego Fabric oczywiście, zgrabnie lawiruje pomiędzy przegródkami swoich płyt, by urządzić zestaw składający się na zaspokajającą ucztę w której daniami głównymi jest deep house już na tyle flagowy i korzenny, by swobodnie przechodzić do motywów bliskich katalogowi Ostgut, czyli współczesnego techno, wzmocnionego metalicznymi odgłosami, niepokojącymi pogłosami i motoryką na tyle sprzyjającą dobrej zabawie co i kontemplacyjnemu podejściu do słuchania, że ani na moment miks się nie nuży, a wręcz przeciwnie. Z utworów, które są znane od dłuższego czasu (tak, to jedna z niewielu kompilacji z tej serii, gdzie niespodzianek nie ma), Vincent wydobywa ich całą esencję, nie siląc się na tanie efektowne rozwiązania, tylko delikatnie cyzelując każdą minutę, pozwalając sobie jedynie na jeden moment przestojowy (ale za to jaki!) w autorskim The End, które stanowi preludium do momentu kulminacyjnego, jakim jest wreszcie oddychające pełną piersią Early Reflections, również autorstwa samego Vincenta. Choć warto dodać, że nie on sam jest bohaterem seta, w którym na równych prawach poruszających swą szlachetnością utworów są również kompozycje kolegów z Underground Quality Joeya Andersona, DJ Jus-Eda, czy innych, takich jak DJ Qu czy Fred Peterkin występujący tu pod pseudonimem Black Jazz Consortium.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/451979-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=451979-01″ allowscriptaccess=”always”]

Klimat i aura, w których prawidłach utkane są poszczególne utwory przywodzą na myśl samą okładkę, która, jak rzadko kiedy dla Fabric, perfekcyjnie koresponduje z zawartością, zatem czasami jest chmurnie, czasami mgliście, czasami bardzo wyraziście, jak na pierwszym planie, ale na pewno bardzo atrakcyjnie, przy czym zestaw i sama osoba Levona Vincenta nijak nie mogą się skojarzyć ze sztucznie nadmuchaną bańką mydlaną, co jak najlepiej wróży jemu i jego karierze. Oby tak dalej. A, pewnie ktoś zechce zapytać, czy obcujemy z miksem roku? Jak do tej pory, bez wątpienia.

http://www.fabriclondon.com/

Fabric 2012

Festiwal Nowa Muzyka zmienia lokalizację

Organizatorzy Tauron Festiwalu podjęli decyzję o jednorazowym przeniesieniu imprezy na teren Doliny Trzech Stawów w Katowicach. Wszystko z powodu prac budowlanych, jakie toczą się na dotychczasowym miejscu imprezy. Czytaj dalej »

Porysowane Płyty. KODY

Z okazji zbliżającego się Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej “Kody” w Lublinie, odbywającego się w dniach 12-19 maja, przedstawiamy specjalne wydanie podcastu „Porysowane Płyty”. Czytaj dalej »

Mirrorring – Foreign Body

Kiedyś musiało do tego dojść . Na jednym krążku spotkały się dwie znakomite kobiety: Jesy Fortino, znana bardziej jako Tiny Vipers i Liz Harris tworząca projekt Grouper.

Czytaj dalej »

Andy Stott na OFF-ie

Autor płyty roku 2011 według naszych Czytelników zagra na katowickim festiwalu.

Czytaj dalej »

Lucy – Banality Of Evil

W 1963 roku niemiecka teoretyk polityczny Hannah Arendt opublikowała słynną do dziś pracę „Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła”. Postawiła w niej szokującą tezę głoszącą, że najbardziej zbrodniczych czynów wcale nie dopuszczają się socjopaci i psychopaci, ale zwykli ludzie, kiedy obowiązujące w danym państwie prawo uznaje je za coś normalnego. Te zainspirowane Holokaustem rozważania znalazły swój muzyczny wyraz niespełna pięćdziesiąt lat później – a podjął je na swym najnowszym wydawnictwie włoski producent Lucy.

Krążek otwiera krótka impresja na temat syntezatorowej linii zapożyczonej z nagrania szwedzkiego duetu Roll The Dice – „Superior Orders”. Jej tytuł odnosi się do prawniczego terminu oznaczającego uniewinniane żołnierzy z popełnianych na wojnie zbrodni ze względu na fakt, iż wykonywali oni rozkazy przełożonych.

Po tym wstępie Lucy przechodzi do konkretów – „Stanford Prison” to jeden z najlepszych utworów w jego dyskografii. Podstawę kompozycji stanowi zdubowany bit o tektonicznym brzmieniu, na który nakładają się kolejne fale zdegenerowanego szumu. Wszystko to pobija rozjeżdżona partia dronowych klawiszy – tworząca paranoiczny klimat osaczenia. Ma to oczywiście swoje wyjaśnienie w tytule – bo odnosi się on do słynnego eksperymentu psychologicznego przeprowadzonego w 1971 roku na uniwersytecie w Stanford, w ramach którego najpierw jedni ochotnicy byli strażnikami a drudzy więźniami, a potem – zamieniano ich role.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1941975-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1941975-02″ allowscriptaccess=”always”]

„Milgram Experiment” to zwrot w stronę zdecydowanie bardziej połamanej rytmiki. Niepokojący klimat budują tutaj nie tylko lodowate pasaże metalicznych klawiszy, ale również zapętlony fragment ludzkiego głosu. „I began to feel that I was losing my identity” – to fragment wypowiedzi jednego z uczestników tytułowego eksperymentu, podczas którego psycholog społeczny Stanley Milgram badał w 1961 roku posłuszeństwo człowieka wobec autorytetów.

I wreszcie „Asch Paradigm” – najbardziej eksperymentalna kompozycja w tym zestawie. Rozważana na temat ludzkiego konformizmu oparte na badaniach przeprowadzonych w 1956 roku przez amerykańskiego psychologa, Lucy rozpisuje na radykalny prepar. Maksymalnie spowolnione akordy zdubowanych klawiszy splecione ze zdeformowanym głosem jakiegoś mamroczącego mężczyzny wnoszą industrialny wyziew, który poraża swym toksycznym brzmieniem.

Nowa płyta w katalogu Stroboscopic Artefacts to kolejny przyczynek do dyskusji na temat intelektualnych odniesień w nowej elektronice. Ale nie tylko – to również kolejny krok w coraz śmielszych eksperymentach szefa berlińskiej wytwórni. Wygląda na to, że przekraczanie wszelkich granic – muzycznych i myślowych – będzie jedynym stałym punktem w jego niezwykłej twórczości.

Stroboscopic Artefacts 2012

www.stroboscopicartefacts.com

Niederflur – Wellenreiter

Christopher Bleckmann i Hannes Wenner mocno zaznaczyli swymi dokonaniami swą obecność na niemieckiej scenie elektronicznej minionej dekady. Eksperymentowali z różnymi gatunkami, najpierw nagrywając nowoczesny breakbeat jako Monophace, potem abstrakcyjny IDM pod szyldami Van Delta i Clubsessel aż wreszcie stadionowe techno jako Misc.

Największe sukcesy artystyczne przyniosła im jednak działalność pod nazwą Niederflur. Składała się na nią seria winylowych dwunastocalówek, podsumowana potem legendarnym już dziś albumem „ND4” opublikowanym przez Richiego Hawtina nakładem rozkręcającego się dopiero w 2002 roku Minusa. Bleckmann i Wenner stworzyli na tych wydawnictwach niezwykłe brzmienie – laboratoryjny minimal zainspirowany odgłosami z kolońskiego metra.

Po długiej przerwie w twórczości Niederflur, duet powrócił pod koniec minionej dekady z odmienioną muzyką. Był to nadal minimal – ale już wpisany w klubową rytmikę i przycięty do modnej wtedy formuły zredukowanego techno. Świadectwem tego okazał się drugi album projektu opublikowany już nakładem jego własnej tłoczni – „Bipolar”. Płyta odniosła jednak sukces – dzięki czemu Bleckmann i Wenner powędrowali w stronę typowo funkcjonalnych tanecznie produkcji, zachowujących jednak za każdym razem wysoki znak jakości.

Popularność klubowych i festiwalowych występów duetu zainspirowała berlińską wytwórnię Snork Enterprises do opublikowania właśnie trzeciego albumu w dyskografii Niederflur, zawierającego zapis „żywej” sesji obu twórców w ich domowym studiu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1936393-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1936393-02″ allowscriptaccess=”always”]

Tego typu rejestracje rządzą się oczywiście swoimi prawami – i to dlatego Niederflur stawiają na „Wellenreiter” przede wszystkim na surową energię. Płyta zaczyna się od masywnego dub-techno wypełnionego rozwibrowanymi akordami podszytymi ambientowym tłem („Transcode”). To jednak tylko wstęp – już zaraz potem rytmika staje się bardziej energetyczna i wkracza w rejony dynamicznego tech-house`u o typowo kolońskiej proweniencji. Bleckmann i Wenner nie rezygnują jednak z nadania tym utworom bardziej abstrakcyjnego charakteru – i dlatego wypełniają je zgrzytliwymi dźwiękami przypominającymi kakofoniczne symfonie w stylu musique concrète („Interlingua” i „Prozessorlyrik”).

W miarę trwania płyty, nagrania nabierają coraz większego ognia – „Reagenz” i „Drama” to już galopujące techno wypełnione chmurnymi kaskadami zdubowanych klawiszy. Jeszcze cięższa rytmika rodem z nowoczesnych produkcji przeznaczonych na parkiet w Berghain rozbrzmiewa w „Dubmembran” i „Statik”. Dokładając węgla do pieca, niemieccy producenci sięgają tu również po klasyczne efekty rodem z Detroit – choćby agresywne uderzenia rwanych akordów o sonicznym tonie. Przerywnikiem między tymi buchającymi ogniem nagraniami jest „Schizium” – pomysłowy breakbeat wpisany w formułę zminimalizowanego house`u.

Finał to powrót do zapamiętanego ze wstępu tanecznego tech-house`u. Typowo niemiecką rytmikę Bleckmann i Wenner uzupełniają jednak dźwiękami rodem z brytyjskiej klasyki. Warczące basy, świdrujące loopy i brzęczące efekty przenoszą nas do początku lat 90., sprawiając iż mamy wrażenie, że słuchamy jakichś zapomnianych nagrań w stylu rave z katalogu szkockiej Somy („Stereokollaps”, „Vanadium”, a szczególnie kończące płytą „Teleservice”).

Co tu dużo pisać – niemiecki duet wie, jak wycisnąć ze swych maszyn potężną moc. Bardziej awangardowe doświadczenia z przeszłości sprawiają jednak, że siarczyste bity i mordercze basy w niektórych momentach uzupełnione zostają zaskakująco nieoczywistymi dźwiękami. W efekcie „Wellenter” łączy najlepsze cechy występu na żywo i studyjnej preparacji.

Snork Enterprises 2012

www.snorkenterprises.com

www.myspace.com/snorkenterprises

www.myspace.com/niederflur

Niwea w Bocian Records

23 kwietnia nakładem Bocian Records ukaże się płyta 7″ „Wszystko / Tło” grupy Niwea. Czytaj dalej »

Kidd z nowym albumem

Na przełomie kwietnia i maja ukaże się album „Działa Zabrane” poety i rapera nagrywającego jako Kidd. Czytaj dalej »

Festwial NowoBrzmienia już w maju

Już 18 i 19 maja odbędzie się kolejna edycja Festiwalu NowoBrzmienia! W tym roku podczas dwudniowej imprezy wystąpią m.in. : Boxcutter, Kirk, Ital Tek i inni Czytaj dalej »

Ghostpoet, Beach House, Rashad & Spinn w Katowicach!

Ghostpoet nie nawija o dragach, samochodach i złotych łańcuchach. Nie ma soulowych chórków i tanecznych refrenów. Za całą oprawę sceniczną wystarcza mu najczęściej laptop i punktowy reflektor. Oto kolejna gwiazda TFNM 2012. Czytaj dalej »

Emptyset – Medium

Woodchester Mansion to niezwykła posiadłość położona w rozległym parku niedaleko Nympsfield. Choć z zewnątrz wygląda na piękny przykład brytyjskiego neogotyku – okazuje się, że wewnątrz brakuje… stropów i pokoi. Jej konstruktorzy zaniechali bowiem budowy w środku podjętych prac – i pałac pozostał w takim stanie do czasów obecnych. Dzisiaj często odwiedzają go „łowcy duchów”, wyczekujący niby zamieszkujących w nim zjaw, swoistym kultem otaczają angielscy Goci, a sześć lat temu zrealizowano w nim kilka scen do telewizyjnej wersji „Draculi”.

James Ginzburg i Paul Purgas tworzący bristolski duet Emptyset wpadli na inny pomysł – postanowili spróbować wykorzystać akustyczne warunki stwarzane przez oryginalna budowlę do zrealizowania kilku terenowych nagrań. Wspomógł ich w tym ceniony inżynier Mat Simpson, który zainstalował w Woodchester Mansion sieć oldskulowych mikrofonów i magnetofonów, mających zarejestrować w dniu 17 lutego krótką sesję obu producentów.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1910057-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1910057-02″ allowscriptaccess=”always”]

Otwierający płytę tytułowy utwór „Medium” od razu uderza morderczymi przesterami, które ciągną za sobą masywny dron o tektonicznej mocy. Bardziej statyczny charakter ma „Interstice” – bo tutaj podkład rytmiczny tworzy wolno, ale nieubłaganie kroczący puls, który wnosi ze sobą zawodzące deformacje dźwięku. „Other” atakuje z kolei gwałtownymi pchnięciami basu, wywołującymi kolejne kręgi świdrujących zgrzytów. W majestatycznym „Divide” odnajdujemy ślady industrialnych fascynacji duetu. Warczący wyziew podszyty niepokojącym stąpaniem osadzony bowiem zostaje na przeciągłym tle przywołującym wspomnienie klasyki gatunku sprzed ponad trzech dekad. Płytę kończy najbardziej zrytmizowana kompozycja – „Mirror” to jakby zredukowane do minimum electro, w którym monotonne uderzenia stukającego bitu wprowadzają kolejne fale brutalnie przetworzonego szumu.

Mimo radykalnego charakteru, „Medium” ma dosyć stonowaną dynamikę – i właściwie jest swoistą wariacją Emptyset na temat izolacjonistycznego ambientu. Zetknięcie ekstremalnych dźwięków z przestrzenną architekturą zaowocowało potężnym i głębokim brzmieniem, którego Ginzburgowi i Purgasowi mógłby pozazdrościć sam Lustmord. Wrażenie niesamowitości potęgują zdjęcia zamieszczone na okładce albumu – w fascynujący sposób kontrastujące mrok pałacu z padającym doń z zewnątrz jasnym światłem dnia.

Subtext 2012

www.subtextrecordings.net

www.myspace.com/emptysetmusic