BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?



Archive for Listopad, 2019

Przegląd nowej polskiej – część pierwsza

Doszły nas słuchy, że olewamy polską muzykę. Postanowiliśmy więc ujawnić, co w ostatnim półroczu zwróciło naszą uwagę. Płyt wydaje się na naszym podwórku coraz więcej i wbrew pozorom (przyzwyczajeniu?) są wśród nich pozycje ciekawe, nawet wśród tych wyraźnie trudniejszych do zapamiętania. Pochylamy się więc nad sporą ilością premier, nie wybrzydzając i nie uprzedzając faktów. Dziś część pierwsza, za tydzień druga.
Baaba – „Disco Externo”, Lado ABC 2010

Obok Furii Futrzaków i Kawałka Kulki, Baaba to kolejny projekt, który postawił na przeładowanie aparatu zmysłów odbiorcy. Właściwie dzieje się tu wszystko: od gitar o brzmieniach bliskich estetyce MIDI, przez disco i zdefiniowanie kategorii cool w „Diamonds, Bitch!”, aż po liryzujący closer. Bez wątpienia należy zgodzić się z licznymi recenzjami ogłaszającymi „Disco Externo” najlepszą z dotychczasowych płyt projektu. Ze swojej strony dorzucam do tego materiału recepcyjnego lekko studzącą entuzjazm refleksję. Po takich „zespołach” oczekuje się bycia alternatywą i ten wymóg Baaba spełniają.

Po paru przesłuchaniach pojawia się jednak myśl, że tak naprawdę wydali album nie tylko alternatywny, ale wręcz niszowy. Kiedy efekt oszołomienia mija, w zapomnienie odchodzi też większość materiału. Skomasowaną pozytywną wibrację zaadresowano do odbiorcy poszukującego porannej motywacji i powera. Brak choćby chwili oddechu sprawia, że „DE” egzystuje w zbyt wąskim paśmie ewentualnych potrzeb i staje się albumem nieodwołalnie zrośniętym z zestawem konkretnych uwarunkowań zewnętrznych. [Filip Szałasek]

BiPolar Bears – „Interpolar Link”, Antena Krzyku/Opensources 2009

Na pierwszy rzut ucha wędrówkę wzdłuż „Interpolar Link” BiPolar Bears rozgrzewa nie wóda, a sympatycznie polepiony patchwork. Rozkminka samych już sposobów śpiewania może być frajdą. Nie zepsuję chyba nikomu zabawy wyrokując, że już na wstępie na jednym biegunie siedzi zblazowany styl Jeremyego Shawa, na drugim wygina się charyzma odsyłająca niemal do Princea.

Brnąc dalej w te śniegi, natknąć się można na wpływy triady Stateless / Coldplay / York, a czasem i na tubalną zagrywkę a la Tim Exile. Sporo do powiedzenia mają też kobiety. Rasowe funky, nujazzowe frazy i seksowne chrypy, raz przemyka nawet vocoderowa panienka, zamroczona, jakby właśnie wyszła z imprezy u Trickiego w latach 90.

Zainteresowanych nazewnictwem i genealogią odsyłam do sympatycznej historii przedstawionej na myspace, a mówiąc po naszemu: 60 parę minut od bieguna do bieguna w towarzystwie BiPolar Bears przebywa się brodząc. Gatunek ten człapie w bruzdach brudnych, przesterowanych gitar, najczęściej zaś odżywia się podłamanymi, dnbasowymi perkami i zimną, nieuporządkowaną elektroniką.

Taki jest z grubsza sens tej podróży, podczas której zrobiono sobie parę zaskakujących przystanków: na zadziorny trip-bałagan „All You Have”, igranie flecikiem w „Fish Fillet, Please”, energiczne, breakbeatowe piosenki („It Itches”).

Uśmiechnięci zwabią nawet wróbelka naiwnie cyzelowaną rytmiką „Sparrows Winter”. Dają się zauważyć pląsy do porąbanych, jak u Micachu, psycho-melodyjek i znęcanie się nad strunami obute w groźną nutę. To efekt styku pracy gościa od industrialu (Szymon Danis) i gitarowo/funkowo zorientowanego Kuby Mitoraja. Kto się nie boi ich drapieżnej paszczy, niech się jej bacznie przygląda, bo ciekawie rokuje. [Ania Kozłowska]

Cukunft – „Itstikeyt/Fargangenheit”, Lado ABC 2010

Myślałem, że będąc po lekturze nieomal całych bibliografii Singera i Rotha, a także kilku polskich fabuł zanurzonych w tradycji żydowskiej, Cukunft nie będzie dla mnie niespodzianką. Półprawda. „Fargangenheit” (Przeszłość), drugi tom tej niewielkiej antologii, wypełnia, owszem, materiał na tyle prostolinijny, aby poczuć się pewnie: melodie, których źródeł nie trzeba znać, żeby cieszyć się skojarzeniem z popularnym tematem szlemiela – żydowskiego trickstera, chasyda-spryciarza, rabiego idącego w konkury z mistrzem Twardowskim.

To, co sowizdrzalskie w tej możliwej inspiracji, Cukunft osłabiają o współwybrzmiewający kameralny, melancholijny ton. Odejmując egzotyki i mogącego irytować łobuzerstwa, pozyskują spójność i miodną potoczystość narracji. „Itstikeyt” (Teraz) jednak… Zupełnie inna bajka. Jeśli tak TERAZ wygląda muzyka żydowska, a sam zespół twierdzi, że jest ona ciągle żywa, to lekkim susem bierze większość „trudnego” jazzu. W kwestii odmalowania kolorytu przytłaczająco miażdży wszelkie radiu przyjazne próby dźwiękowego zgłębiania różnic kulturowych. Fakt, że „Itstikeyt” jest zapisem występu live, po prostu dziwi, bo jest to niesamowity multitask: owszem, koncert, ale też wykład z bibliografią dla chętnych. Zero tragedii, holocaustu, dziwactw – dużo drapieżnej, masywnej muzyki wyzwolonej od balastu ogranych symboli. [Filip Szałasek]

DagaDana – „Maleńka”, Offside 2010

O polsko-ukraińskim zespole starającym łączyć „tradycyjne” motywy folkowe z jazzem i elektroniką można w ciemno powiedzieć, że uda mu się tylko połowicznie i nie wykroczy poza poziom ciekawostki.

Tak naprawdę bowiem: 1) „tradycyjne” motywy to zwykle głupoty: nachalnie akcentowany wokal, przysłowiowe sitar i marakas oraz przaśność pomieniona z egzotyką, 2) jazz to zwykle smoothowe standardy mające przekonać matki, filar finansowy fonografii, 3) elektronikę zrobi któryś Smolik, bo polski artysta zwracający swoje zainteresowania ku wschodniej granicy nie może sobie darować wsadzenia w folk jakiegoś klubowego gówna przekreślającego cały klimat.

DagaDana nie wyrywa się z tego stereotypu, choć pierwsze fragmenty płyty dają na to nadzieję. Swobodne, uzależnione od stanu emocji ja lirycznego, przechodzenie z ukraińskiego na polski, nienachalna, nie AŻ TAK pretensjonalna muzyczka, a nawet jest coś faktycznie ciekawego: ballada, choć skażona klimatem biesiady, jednak ponura. Chwilę zadumy przerywają jednak typowe błędy jak „zabawowość”, „hołubce”, „zachwyt etnografią”. Warto się zapoznać, żeby trzymać rękę na pulsie nurtu wydawniczego, ale z wejściowym nastawieniem na żywotność w zakresie 2-3 sesji. [Filip Szałasek]

Digit All Love, „V [FAU]”, Mystic Production 2010

Teraz już wiemy, że liczny skład Digit All Love po debiucie nie poniewierał się czart wie gdzie, tylko myślał i szlifował. Wydoroślał, wysublimował i pewnie kroczy elektroniczną trip-ścieżką. Sprawnie zgarnia po drodze akustykę, patrzy śmiało acz z rozmysłem w stronę klasyki, wpada do filharmonii, by nagrać orkiestrowe partie płyty.

Gdy dodamy trzech polskich poetów i jednego japońskiego, „V [Fau]” objawi się jako dojrzały, lśniący owoc. Na przystawkę „Flesh”.

Godny podarek dla wszystkich płaczących za Portishead – ruszyła masywna maszyna pod tym samym między smogiem a nierzeczywistością głosu napięciem. No właśnie, Natalia Grosiak.

Czasem brzmi dramatycznie jak Beth Gibbons, czasem trzepocze szeptem („Szukam Cię” na podst. Przerwy-Tetmajera), barwa jej wokalu raz przypomina nić pająka – drgającą, misterną, lecz mocną i pewną, raz – zdobioną laką orientalną laleczkę. Repetowana bez końca fraza „I save all my feelings for you” to już czysta hipnoza. I zawsze stoi w opozycji do mrocznych, baśniowych, przestrzennych brzmień.

Jeśli za fundament uznamy sprzężoną motorykę gitar z posuwistymi partiami perkusji, to dominantą będą skrzypce, altówka i wiolonczela, a elektroniczne inklinacje rzucą na te nierealne kompozycje paradoksalnie naturalne światło. Z bogactwa smyków wyróżnić warto też pojedyncze cięcia-dreszczowce, pomruki wiolonczeli („Be Close” to majstersztyk upiornych animacji, który niemożliwie intensywnieje, by rozpłynąć się w kapiących pianach), rozhasane partie smyczkowe, piętrzące się wariacko między sobą, perkusją i klawesynem pod koniec „Affective gravity”.

Słuchając „Do Ciebie poprzez czas” na motywach Poświatowskiej, niemal widać tę skrzypiącą o zmierzchu furtkę, a aranż strun „Ame ni mo makezu” (na podst. Kenji Miyazawy) odsyła do ikon – pamiętacie „Sly” Massive Attack? Na deser mastering czyli Denis Blackham (m.in. Gary Numan, Biosphere, David Knopfler, Merzbow). Obowiązkowy lepki przysmak. [Ania Kozłowska]

Furia futrzaków – „Furia futrzaków”, MyMusic 2010

Może to jej urok, może to Maybelline. Furia Futrzaków narastała od 2007 roku, ale dopiero w kwietniu br. zespół debiutował pełnowymiarowo. Na wstępie intrygują nazwą. Spodziewać by się można przytupu, posklejanego futrzyska, fe i wrzasku, z wielkim lizakiem w zbuntowanej paszczy. A tu psikus: pamiętacie ten błysk drobinek na kuszących ustach w reklamie kosmetyków ww. serii?

No, to jesteśmy w klubie. Futrzaki okazują się być futrzaczkami – lśniącymi i pachnącymi Chanelem. Sweet & seksi, z rzęsami aż do parkietu. Nie radzę ignorować takich istotek, wszak wściekłe mogą drapnąć niejedno pluszowe serduszko.

Ponadto rasowy Futrzak zna życie, np. imprezowe. Żyje w pop-bańce z barwionego szkła, bawi się, kocha, gra, igra i ryzykuje, boi się, a czasem cierpi i pije. Tekstowo jednak tańczy gdzieś daleko od sztampy, potrafi bezpretensjonalnie rozbroić, miejscami dać się rozebrać nawet genderowo, tylko czasem zaskakując naiwnością, ale pluszakom z definicji wolno więcej niż innym nieprzystającym, grubo ciosanym bytom.

W Furii wszak wokalnie lideruje Kinga Miśkiewicz. Ta dziewczyna, jej szklisty głos, to pierwszy atut projektu. Drugi to idealne wstrzelenie się z wdzięcznym zdmuchnięciem gwiezdnego pyłu z jednego ze stylów o największym potencjale pocukrzonej impry czyli seventisowo (wyłączając może samo tempo) zorientowanego disco-houseu. Za sprawą Andrzeja Pieszaka krążek ten kręci się atłasowym brzmieniem, wije syntezatorami wygrywającymi pozawijane melodie, błyszczy mieniącymi się wstążkami laserów. Pop, party, fascynacja.

Najbardziej skocznie na kwadraturę dyskotekowych podłóg wskakują tu „107”, „brokat” i „pod latarnią”. Ten drugi to kapitalne partie unisono, trzeci – wokalne uniesienia a la Ramona Rey – hit i furia! Co prawda strachem podszyta, ale zaraz potem wiemy, że przecież „Nie stało się nic złego”.

Procent cukru w cukrze powiększa się czasem o inne spektrum: ciekawie na tym tle jawi się oczywiście liquidowy dnb („dziękuję bardzo” ) czy jazzujący housik („opór powietrza”). To nieskrępowana żadną serpentyną zabawa w smooth, blask i synth, z mieniącym się wszystkimi kolorami bąbelków drinkiem w smukłej dłoni. Wypiłam do dna i obrosłam w cicik. Zalecam. [Ania Kozłowska]

Elektro Guzzi – Elektro Guzzi


Trio Elektro Guzzi gra eksperymentalne techno, którego korzenie sięgają krautrocka. Wyraźnie słychać to w hipnotyzujących, psychodelicznych kompozycjach, gdzie żywo gra perkusja, gitara elektryczna i basowa. To nie jest syntetyczna muzyka o typowo tanecznym charakterze. Regularny bit spełnia raczej rolę szkieletu, na którym opierają się klimatyczne, przyciężkie, choć robione minimalnymi środkami kompozycje.
Płyta wypełniona jest industrialem. Przemysłowe odgłosy rozdrapują powłokę hedonistycznego techno i szukają tego, co może się kryć pod skórą. Krótko mówiąc, muzycy eksperymentują, również z rytmem, który lubią złamać i po chwili podjąć na nowo. Elektro Guzzi garściami czerpie z minimalnej estetyki Villalobosa, podobnie wpada w trans, ale duchowo skręca w kierunku debiutu Moritz von Oswald Trio.

„Hexenschluss” to mocne otwarcie. Pulsujący bit przecinają metalowe szarpnięcia i smagnięcia strun. „Black Egg” z powodzeniem kontynuuje wątek. Podzwaniają w nim te same łańcuchy, towarzyszą elektryczne sprzężenia i aura fabryki przemysłu ciężkiego. Plemienne „Kimbo” rozgrywa się w kuchni Sędziego Dredda i dżungli aligatora Wally’ego. Techno i illbient – taki mniej więcej panuje klimat.
Płyta brzmi znakomicie. Wiele dźwięków zaaranżowano tak, jakby grały tuż obok; są żywe i namacalne. Mimo dopracowania produkcji i świeżego spojrzenia na estetykę, album potrafi być nużący. Potrafi przytłoczyć swoim twardym, ciężkim, mechanicznym, maszynowym, gruboskórnym brzmieniem („Elstic Bulb”). Wtedy jednak trio wyhamowuje i w połowie płyty rezygnuje dla odmiany z 4/4.
Ten przytłaczający charakter jest tylko po części zarzutem – wolałbym, żeby album był krótszy, wyszłoby wtedy na zdrowie całości. Ale pomimo minusów płyta pozostaje niezwykła, bo nagrywana dla tępych maszyn, które nawet nie śnią o procesorach, brzmi wyjątkowo żywo i blisko, jak gdyby w tych maszynach, nie procesorach, zaklęto ducha.
Od dawna nie udało mi się zagłębić w minimal techno. Jednak płyta Elektro Guzzi wciąga samoistnie – swoją surowością i świeżością podejścia.
Macro, 2010

Warto posłuchać: eleven tigers

W kolejnej odsłonie cyklu znajdzie się parę słów o artyście, który ma szansę zaistnieć jako objawienie tego roku. Naprawdę nazywa się Jokubas Dargis. Ten młody producent z Litwy w podsumowaniach tego roku na pewno nie jeden raz zostanie wymieniony jako najlepszy debiut. Na co dzień pracuje jako kurier rowerowy w Londynie i przemierza dziennie ponad 100km . O swojej twórczości mówi: „Robienie muzyki jest bardzo podobne do mojej pracy, ponieważ nigdy nie wiem gdzie zawiedzie mnie mój umysł, jak daleko musze dojść, jak wiele wysiłku będzie to kosztować, jeśli dzień będzie produktywny i tak dalej. Czasami czuję się naprawdę bezsilny z powodu tej przypadkowości, chciałbym używać się lepiej…”

O eleven tigers zrobiło się głośno kiedy to Marry Anne Hobbs w jednym ze swoich programów emitowanych w BBC Radio1 wykorzystała jeden z jego utworów. Od tamtej pory Jokubas nabrał większych chęci do robienia muzyki i zaczął regularnie występować na żywo. Swoją obecnością uświetni również tegoroczną edycję krakowskiego festiwalu Unsound.
Co więc jest takiego jest w jego muzyce, że stało się o nim tak głośno? Słuchając wspominanej płyty zatytułowanej „Clouds are Moutains” na myśl od razu przychodzi klimat kompozycji Buriala. Sam Jokubas bez skrępowania przyznaje, że wzorował się na nim. Gdyby poprzestać na tym porównaniu było by to o wiele za mało, żeby ktoś mógł się zainteresować eleven tigers. Dodać należy, że oprócz eterycznego dubstepu słychać w jego utworach mocne wpływy ambientu, czy nawet trip-hopu. Całość dodatkowo dzięki płynnym przejściom między kolejnymi kompozycjami brzmi jak set DJ’ski.
Każdy kto chciałby zapoznać się z dokonaniami eleven tigers może na jego oficjalnej stronie za darmo ściągnąć część utworów które powstały zanim ukazała się płyta.

Fabryka Dźwięków Syntetycznych #02

Już jutro, w niedzielę 18 lipca o godz. 17:00, na antenie szczecińskiej rozgłośni – druga odsłona audycji poświęconej futurystycznej muzyce elektronicznej.
W drugiej odsłonie FDS posłuchamy głównie upalonych beatów i gęstych sampli, czyli abstract hip-hopu na tropach Flying Lotus, Pretty Lights i Roof Light. Nie zabraknie też klezmerskiego rapu w postaci Socalled. Oczywiście wszystko podszyte psychodelicznym słowem mówionym, oczywiście w niedzielę o 17:00 tylko w Szczecin.FM.





* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Wolfgang Voigt – Freiland Klaviermusik


Sukcesy wznowionych nie tak dawno płyt zrealizowanych przez Wolfganga Voigta pod szyldem Gas sprawiły, że zaczął on być postrzegany przez krytyków i słuchaczy w znacznie szerszym kontekście niż producent techno czy ambientu. Najpierw okazało się, że nosi się niczym przedwojenny dandys, co sprawiło, że niemieckie media uznały go najlepiej ubranym mężczyzną minionego roku. Potem, udzielając wywiadów, coraz częściej zaczął odwoływać się nie do klasyków tanecznej elektroniki z Chicago i Detroit, ale do twórców współczesnej awangardy w rodzaju Arnolda Schönberga czy Paula Hindemitha. W pewnym momencie Voigt przestał być traktowany jako muzyk, a wręcz filozof. Efektem tego najnowsze dzieło Niemca – „Freiland Klaviermusik”.

Punktem wyjścia do zrealizowania nagrań na album były dokonania meksykańskiego kompozytora muzyki współczesnej – Conlona Nancarrowa. Był on jednym z pierwszych twórców, którzy zaczęli traktować instrumenty jak mechanizmy, które mogą wydawać dźwięki wykraczające daleko poza ograniczenia stawiane im przez możliwości wykonawcze człowieka. Meksykański artysta eksperymentował przede wszystkim z fortepianem – i właśnie ten wątek Voigt podjął na swej nowej płycie.

Składające się nań dwanaście nagrań można podzielić na dwie grupy. Pierwszą stanowią te, w których atonalne wariacje fortepianowe zostają podszyte minimalowym podkładem rytmicznym, tworzonym przez mechaniczny bit i automatyczne uderzenia zbasowanego akordu piano. Druga grupa to utwory skoncentrowane wyłącznie na dźwiękach fortepianu, sklejone z nakładających się na siebie kolejnych partii instrumentu.

Wysłuchanie płyty wymaga sporej cierpliwości – najtrudniej przyswajalne okazują się kompozycje łączące muzykę klasyczną z elektroniką. Zetknięcie nerwowych akordów piano z monotonnym pulsem staje się w miarę trwania nagrania wręcz nie do wytrzymania. W zestawie tym broni się właściwie tylko jedna kompozycja – „Geduld” – dzięki wprowadzeniu dwóch prostych elementów: melodii i harmonii. Nic dziwnego, że to właśnie ten utwór został wybrany na promujący album winylową dwunastocalówkę (i zremiksowany przez DJ Koze).

Nieco lepiej słucha się kompozycji pozbawionych minimalowego bitu. Mniej minorowe, o bardziej wyważonej tonacji, otwarte na abstrakcję, odwołują się wyraźnie do tradycji muzyki dodekafonicznej, twórczości wiedeńskich kompozytorów w rodzaju Antona Weberna czy Albana Berga, ale w sposób oczywisty ustępują ich dokonaniom ubogością swej formy.

„Freiland Klaviermusik” to płyta, która została nagrana chyba jedynie po to, aby zaspokoić próżność Voigta. Bo fani nowoczesnej elektroniki, nawet tej eksperymentalnej, odrzucą ją ze względu na irytująco natrętne klasycyzowanie, a słuchacze współczesnej awangardy – potraktują pobłażliwie jako kolejną próbę dorównania przez artystę wywodzącego się z kultury popularnej twórcom muzyki poważnej. Chyba lepiej byłoby, gdyby Voigt odpuścił kilka wieczorów w filharmonii i znowu odwiedził dobre kluby w rodzimej Kolonii. To na pewno pomogłoby mu zachować dystans do siebie i swoich pomysłów.

www.kompakt.fm

www.wolfgang-voigt.com

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/wolfgangvoigt
Profan 2010

Muzyczne Nowe Horyzonty

Nie samym filmem człowiek żyje – w myśl zasady organizatorzy festiwalu filmowego Era Nowe Horyzonty zadbali o solidną dawkę muzyki. Zobacz kto wystąpi! Od 26 lipca do 1 sierpnia wrocławski Arsenał opanują artyści z całego świata. W tym roku zagra m.in: Daedelus, Hypnotic Brass Ensemble, Gonjasufi, King Midas Sound (Dwaj ostatni zaprezentują się również na Festiwalu Nowa Muzyka).

W ramach dni muzyki tureckiej wystąpi ekscentryczny zespół Baba Zula ze specjalnym gościem – słynnym Mad Professorem, oraz silna reprezentacja nowej sceny elektronicznej ze Stambułu – Klaustro, Nodul, Tolga Baklacioglu, Vstspor.

Polskie akcenty to m.in: występ Pink Freud, O.S.T.R. oraz Wojciecha Waglewskiego.

Bilety

Ceny biletów oscylują wokół 15/20 (dla posiadaczy karnetów filmowych) i 30/40 zł. W sprzedaży również karnety umożliwiające wstęp na wszystkie wydarzenia muzyczne, w cenie 100 zł. Więcej informacji na stronie http://www.enh.pl/

Program

26 lipca, poniedziałek, godz. 22:00

  • Pink Freud oraz Wojtek Waglewski , O.S.T.R. (PL)
  • Sensational and Spectre (USA)
  • Bajzel (PL)
  • Bilety normalne: 30 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 15 zł

27 lipca, wtorek, godz. 22:00

  • Baba Zula and Mad Professor (TUR ,GB)
  • Klaustro (TUR)
  • Vstspor (TUR)
  • Bilety normalne: 30 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 15 zł

28 lipca, środa, godz. 22:00

  • Chrom Hoof (GB)
  • Deadelus (GB)
  • Wiolonczele z miasta (PL)
  • Bilety normalne: 40 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 20 zł

29 lipca, czwartek, godz. 22:00

  • Replikas (TUR)
  • Nodul (TUR)
  • Tolga Baklacioglu (TUR)
  • Bilety normalne: 30 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 15 zł

30 lipca, piątek, godz. 22:00

  • Hypnotic Brass Ensemble (USA)
  • Telephate (USA)
  • Playdoe (GB, RSA)
  • Bilety normalne: 40 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 20 zł
  • 31 lipca, sobota, godz. 22:00

    • Kryzys (PL)
    • King Midas Sound (GB)
    • Fat Burning feat Maria Payne and Roli Mosimann (PL-ND)
    • Bilety normalne: 40 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 20 zł

    1 sierpnia, niedziela, godz. 22:00

    • Konono No 1 (Kongo)
    • Gonjasufi (USA)
    • Cooly G (GB)
    • Bilety normalne: 40 zł, dla posiadaczy karnetów festiwalowych: 20 zł

Mount Kimbie – Crooks & Lovers


Jaki jest najważniejszy dźwięk we współczesnej elektronice? Pogłos. Dwaj brytyjscy studenci Southbank University – Dominic Maker i Kai Campos – zetknęli się z jego naturalną formą na terenie swej uczelni. Znajduje się ona bowiem w budynku dawnego szpitala psychiatrycznego, składającego się z długich ciągów korytarzy. Wystarczy upuścić długopis – i odgłos uderzenia o podłogę powtarza się zwielokrotnionym echem. Nic więc dziwnego, że kiedy zaczęli razem tworzyć muzykę, zdominowały ją pogłosy.

Już dwie pierwsze dwunastocalówki założonego przez nich duetu Mount Kimbie – „Maybes” i „Sketch On Glass” – sprawiały trudność recenzującym je krytykom. Bo niby był to dubstep, ale pełen dalekich odniesień, a jego najważniejszym wyznacznikiem była przestrzenność brzmienia. Nic dziwnego – obaj producenci przyznawali w wywiadach, że inspirują ich różni wykonawcy: od Buriala i The Buga, przez Xiu Xiu i Grouper, po D`Angelo i Madliba. Echa tych fascynacji możemy również znaleźć na debiutanckim albumie londyńskiego duetu – „Crooks & Lovers”.

Wspomniany na wstępie pogłos znajdujemy w większości nagrań z zestawu – choćby „Carbonated”, „Ruby” czy „Ode To Bear”. To oczywiście dubowe efekty, w których Maker i Campos zatapiają różnorodne dźwięki – wibrafonową partię klawiszy, soulową wokalizę czy szorstkie akordy syntezatorów. Wszystko to podbija charakterystyczny bit – wywiedziony co prawda z dubstepu, ale radykalnie zminimalizowany, a przez to nadający całości intymny charakter.

W porównaniu z innymi producentami z londyńskiej sceny, Mount Kimbie wydają się bowiem przykładać większą wagę do aranżacyjnej strony swych nagrań, niż ich rytmiki. Dlatego też utwory z płyty aż skrzą się finezyjnymi zestawieniami brzmieniowymi. Sample akustycznej gitary sąsiadują tu z zaszumionymi loopami („Tunnel Vision” i „Would Know”), rave`owe klawisze z jazzowymi wstawkami („Blind Night Errand” i „Adriatic”) a funkowe brzmienia z syntezatorowymi zagrywkami rodem z wczesnego techno („Before I Move Off”). Wszystko to uzupełnione jest oczywiście rytmem – ale zredukowanym do prostych stuków („Ruby”) czy nawet miarowo pulsującego szumu („Mayor”).

Najciekawiej wypada końcówka płyty. Najpierw rozbrzmiewa „Field” – nowa inkarnacja Bristol-soundu, przywołująca wspomnienie najlepszych dokonań Portishead, podszytych nerwowymi drganiami reggae`wej gitary. Potem głośniki rozdzierają surowe dźwięki rockowego jazgotu – uzupełnionego oczywiście zdubowanym bitem dochodzącym z głębokiego tła („Mayor”). No i „Between Time” – prawdziwe cacko, łączące w zaskakujący sposób rytmikę UK garage, abstrakcyjną elektronikę spod znaku IDM i „czarne” brzmienia rodem z nowoczesnego R&B.

„Crooks & Lovers” przypomina trochę szczytowe osiągnięcie Aphex Twina – album „Richard D. James”. Znajdująca się na obu płytach muzyka emanuje radością, świeżością, pomysłowością, wolnością w przełamywaniu wszelkich granic. Czy również dla Mount Kimbie krążek ten stanie się poprzeczką nie do przeskoczenia?

www.hotflushrecordings.com

www.myspace.com/hotflushuk

www.myspace.com/mountkimbie
Hotflush 2010

detroitZDRoJ: Spectral Bodycodes

Już w ten piątek w warszawskim klubie 1500m2 odbędzie się kolejna edycja imprezy organizowanej przez kolektyw detroitZDRoJ. Tym razem o doskonałą zabawę zadba Alan Abrahams, obieżyświat znany jako Bodycode/Portable! Abrahams to artysta, na których deficyt branża bardzo cierpi, naturalny i niezwykle otwarty na wszelkie inspiracje człowiek, dla którego najdrobniejszy szczegół może dostarczyć materiału na kilka utworów. Wychowany w kraju gospodarzy niedawnego Mudnialu w wieku kilkunastu wiosen przeprowadził się do Lizbony, a następnie do Berlina i Londynu, w którym aktualnie rezyduje. Ciągła tułaczka dostarcza mu artystycznych bodźców, twórczej energii, w której istnienie nieustannie wierzy.

Afrykanskie bębny, portugalskie fado, raster-notowe cklicki i uliczny bas – wszystkie te cechy tworzą wypadkową stylu Bodycode. Podczas festiwalu Plateaux twierdził, że szykuje się do kolejnego zwrotu w swoim życiu, w związku z tym jestem w stanie postawić pieniądze na to, że nieuchronnie zbliża się kolejne wydawnictwo tego multikulturowego artysty.


16.07.2010 – Spectral Bodycodes
1500 m2, Solec 18 Wawa
start:22 entry: 10/15

Facebook dostarcza pełne info na temat imprezy.

http://ghostly.com/artists/bodycode


Wyświetl większą mapę

We Have Band jesienią w Warszawie

Opisywane w cyklu „Warto posłuchać” brytyjskie trio We Have Band będzie można usłyszeć już jesienią na żywo, grupa wystąpi 20 listopada w warszawskim klubie Sen Pszczoły. Przypominając, pierwszy raz usłyszano o nich pod koniec 2008 roku, gdy wydali single “Oh!” i “Came Out”. Po raz drugi, gdy wygrali w 2009 roku Emerging Talent Competition na festiwalu w Glastonbury. Po tym mocnym wejściu zostali okrzyknięci na Wyspach odkryciem roku a “New Musical Express” uznał ich jako następców Hot Chip pod silnym wpływem Talking Heads.

Styl zespołu określany jest mianem disco/electro-rocka z nieco mrocznym, ale i mocnym popowym wokalem.

Latem grupa odwiedzi największe europejskie festiwale (m.in. Glastonbury, Pukkelpop, Big Chill) a jesienią ruszy po Anglii na wyprzedana trasę z Two Door Cinema Club, promując debiutancki longplay wyprodukowany przez Garetha Jonesa, znanego ze współpracy z Depeche Mode, Einstürzende Neubauten, Wire czy Erasure. Album “WHB” ukazał się w maju 2010 roku i promują go utwory “Divisive” oraz “Oh!”.

Z próbkami dokonań formacji można zapoznać się poprzez profil www.myspace.com/wehaveband

„Inne Pieśni” Piotra Kurka

Pierwsze wydawnictwo lubelskiego Ośrodka Rozdroży to doskonała okazja do zapoznania sie z kolejnym materiałem Naszego jedynego reprezentanta w portugalskiej oficynie Cronica. Rejestracja materiału miała miejsce w studiu Radia Lublin podczas koncertu „Pieśni Bałkanów”, który wspierany organizacyjnie przez „Rozdroża” miał miejsce 26 listopada 2008 roku. Materiał muzyczny prezentowany na płycie oparty jest na fragmentach pieśni wołoskich, serbskich i albańskich w wykonaniu Slobodana Markovića ze Slatiny, zespołu „Srbska Arhaika” z Belgradu oraz Zespołu Śpiewu Polifonicznego „Argjiro” z Gjirokastry.


Premiera materiału odbyła się podczas I Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej „Kody” w Lublinie 23 maja 2009.

Warto nadmienić, że „Inne Pieśni” to wydawnictwo sygnowane numerem 1 w dyskografii „Rozdroży”. W szerszej perspektywie krążek ten ma być początkiem wydawniczej serii lubelskiego ośrodka.

Album do kupienia w sklepie Serpent

www.myspace.com/pekurek

n.y.e. 2009/10 video mapping in lublin, poland from kolektyw kilku.com on Vimeo.

Toro Y Moi – Causers of This


Albumów hajpowanych pojawia się rocznie co nie miara. Zapewne statystyczna większość z nich nie wytrzymuje konfrontacji oczekiwań z tak zwaną rzeczywistością. Czasami jednak powstają płyty, które okazują się być dużo lepsze, niż się o nich pisze. A trzeba uczciwie przyznać, że o debiutanckim longplayu Chaza Bundicka vel Toro Y Moi pisze się bardziej niż pozytywnie, także w naszym utyskującym kraju.

„Ewrybady pomarańcze, wszyscy tańczą, ja też tańczę”
Toro Y Moi jest identyfikowany z szufladką znaną jako chillwave, którą ciężko uchwycić inaczej niż przez chmurę tagów: syntezatory, 80’s, sample, pętle, efekty, shoegaze, new-wave, synth-pop ambient, abstract hip-hop, lo-fi, słońce, ciepło, relaks, słodkie lenistwo, „ewrybady pomarańcze, wszyscy tańczą, ja też tańczę”. Czyli właściwie nic nowego, gdyby nie fakt, że artystów związanych z chillwave postrzega się jako pierwszą grupę kulturową, która zawiązała się nie w konkretnym mieście, lecz w przestrzeni internetu, gdzie jakiś blogger znalazł kilkunastu muzycznie podobnych do siebie domowych producentów i ogłosił narodziny nowego nurtu, do którego obok Toro Y Moi, Washed Out i Memory Tapes równie dobrze można upchać również takich panów jak Flying Lotus, Lukid i Blue Daisy (muzycznie, nie geograficznie). Sama nazwa gatunku wywodzi się z sieciowego forum i była ponoć ironiczna w wymowie, jednak wyrwana z kontekstu posłużyła jako etykietka.







Jon Pareles napisał w „New York Times”, że „Causers of This” to przykład muzyki ery recesji: niskobudżetowej, ale tanecznej. Upalone i zniekształcone beaty cztery na cztery, szumiące wokale, gęste opary klawiszy, buzujące basy – to wszystko jest bardzo seksowne i rzeczywiście skłania do niezobowiązującego bujania. Jeśli za niski budżet uznać skromne instrumentarium i chropowate brzmienie rodem z taśm magnotofonowych, to można się nawet zgodzić z Parelesem, przy czym trzeba zaznaczyć, że nie jest to żaden minimalizm – utwory skrzą się dźwiękowymi niuansami. Chaz Bundick bezbłędnie odrobił pracę domową, wszystkie piosenki są bardzo chwytliwe, a tytułowa brzmi wręcz jak zaginiony b-side złego (?) bliźniaka Michaela Jacksona.

„Causers of This” to album trwający niewiele ponad pół godziny i jest to taki czas, który nie anagażuje niczego poza uszami i nie zmusza do zbyt skomplikowanych czynności umysłowych. Ale nie jest to nic odmóżdżającego, bo w pewnej chwili może jednak nadejść jakaś przyzwoita, nawet jeśli mało odkrywcza, refleksja: że współczesność w dużej mierze czerpie już tylko z tego, co minione. W przypadku niektórych zjawisk byłby to zarzut, ale w odniesieniu do Toro Y Moi działa na jego korzyść i udowadnia, że nawet wyblakłe klisze można odtworzyć sprawnie i ze smakiem.
Carpark, 2010

Casino Versus Japan – Night On Tape


Zapewne niewielu wielbicieli IDM pamięta płyty Casino Versus Japan z początku minionej dekady. W swoim czasie były one jednak wydarzeniem – działającemu pod tym pseudonimem Erikowi Kowalskiemu z USA udało się bowiem stworzyć oryginalne brzmienie, łączące elementy ambientu, hip-hopu i psychodelii. Kiedy albumy „Go Hawai” i „Whole Number Plays The Basics” zdobyły sobie szeroko grono fanów (zamieszczone na nich utwory trafiły nawet do komercyjnych reklam Hummera i MTV), kłopoty osobiste sprawiły, że Kowalski zniknął ze sceny.
Na pocieszenie fani dostali jeszcze wydaną w 2004 roku składankę „Hitori + Kaiso”, zawierającą wczesne nagrania amerykańskiego producenta z lat 1998 – 2001. Pochodziły one z pięciopłytowego zestawu, który Kowalski podarował Nickowi Huntingtonowi, połowie duetu Freescha!, prowadzącemu jednocześnie wytwórnię Attack 9. Ten, przesłuchawszy materiał, stwierdził, że jest on zbyt dobry, by pozostać w prywatnym obiegu. Dlatego wybrał nagrania z drugiego i trzeciego krążka zestawu i wydał je nakładem swej tłoczni właśnie jako „Hitori + Kaiso”. Po sześciu latach od tamtego czasu Kowalski postanowił wrócić do muzyki. Aby przypomnieć jego twórczość Huntington opublikował właśnie kolejną część jego archiwalnych dokonań – tym razem z pierwszej płyty (a więc najstarsze) – jako „Night On Tape”.

Przesłuchanie tego materiału wprawia w autentyczne zdumienie. W starych nagraniach Casino Versus Japan odnajdujemy przeczucie wszystkich modnych dziś gatunków wyrastających z muzyki ambient. „Hello You”, „Swimming Light Cycle” i „Lake” to nowoczesny shoegaze, balansujący między onirycznymi dźwiękami gitary a rozmarzonymi pasażami przestrzennych klawiszy. W „The Flow Off No Go”, „Lucky Luscious” i „Sun Bee” amerykański producent zwraca się w stronę drone music. Potężne, masywne, nisko zawieszone loopy wtapiają się tu w perliste fale syntezatorów i zaszumione tła, przypominając tegoroczne nagrania z głośnych płyt Emeralds czy Oneohtrix Point Never. Kiedy drony zostają rozpuszczone w gęstej materii utworu, powstaje relaksacyjny noise, bliski temu, co obecnie tworzą muzycy The Skaters („Love Life” i The Obvious Voices).

O sympatii Kowalskiego do psychodelii wiedzieliśmy już z jego wcześniejszych albumów. Tam jednak elementy tego gatunku wpisane były w ramy IDM-u. Tutaj – pozbawione rytmicznych podkładów, wybrzmiewają zupełnie inaczej. Oto w „Inky Time” artysta zwraca się w stronę niemieckiej kosmische musik z lat 70. w stylu Klausa Schulze, a w „Ficticious Travel” i „One Small Step (Version)” – hipnotycznego kraut-rocka, wiążącego strzeliste partie gitary z przesterowanymi klawiszami, niczym u Clustera czy Harmonii.

Nie brak tu również utworów łączących ambientową elektronikę z hiphopowymi rytmami. Wszak właśnie takie brzmienia były specjalnością Kowalskiego pod koniec jego kariery, torując drogę do dzisiejszych sukcesów Flying Lotusowi czy Gonjasufiemu. Przykładem tego choćby „The Open Face” i „Windy Bubble Break”, w których smoliste połamańce niosą wibrujące pasaże syntezatorów podszyte subtelnymi tonami psychodelicznej gitary.

Kiedy się słucha „Love Life” trudno się oprzeć sugestii, że Rod Modell i Steve Hitchell nie słyszeli tej kompozycji przed nagraniem „The Coldest Season”. Toż to modelowy przykład zdubowanego ambientu, w którym piękna melodia wpisana zostaje w jamajski kontekst rytmiczny poddany glitchowej obróbce.

A kończący płytę „Miano: A Pink Night For Snowmen” to tylko delikatne pianino ulokowane na przestrzennym tle – oczywiste przeczucie narodzin współczesnej neo-klasyki w wersji choćby Maxa Richtera.

Odkrywanie takich perełek z domowych archiwów to niezwykle cenna działalność. Dzięki temu historia rozwoju współczesnej elektroniki nabiera nowych wątków – jakże istotnych do jej pełnego zrozumienia i zdefiniowania.

www.attacknine.com

www.myspace.com/casinovsjapan
Attack 9 2010

Jamie Lidell – Compass


Muzyczne meandry Jamiego to materiał na dobry dokument – z maniaka elektronicznych brzmień po ponownego odkrywcę, który od nowa wymyślił jak śpiewać soul. Tu odnalazł swoje miejsce, wyciągając trupa z szafy. Jak na prawdziwego Anglika przystało, dalej mieszka na Manhattanie, w samym sercu Wielkiego Jabłka, miasta wielu kultur, marzeń, muzycznego fermentu. Pewnie jeździ żółtymi taksówkami, szpera w poszukiwaniu płyt w Kims, leniwie przechadza się z iPodem po Broadwayu szukając inspiracji i śladów dawnych muzycznych tuz. Wychodzi z tego skrzyżowanie starego soulowego feelingu przefiltrowane przez miejską rzeczywistość i współczesną muzykę. Compass to album niepokojący, bo już od pierwszych dźwięków rozpoczyna się ryzykowna żonglerka – gatunków, symboli, emocji. Obowiązkowa dawka eksperymentu krzyżuje się z próbą pogodzenia z przeszłością. Do pracy nad nim Jamie skrzyknął silną ekipę – Beck trzyma pieczę nad produkcją, za pianino odpowiada Chilly Gonzales, jest Feist, zredukowana do roli chórku (notabene chyba najbardziej zmysłowego na świecie).

Każdy utwór to dopracowana z pietyzmem perełka, z charakterystycznym, odróżniającym elementem – od beatboxu w otwierającym Completely Exposed po cukierkową słodycz i kicz pierwszych randek w stylu Princea w She Needs Me.


Pierwsze utwory to psychodeliczno-elektroniczna-drumowa mikstura. Milknie tylko na chwilę, przy wspomnianym już She Needs Me. W późniejszych minutach dominują avant-popowe klimaty – I Wanna Be Your Telephone (bardziej avant), Enough is Enough (bardziej pop), brzmiące jakby w połowie drogi spotkał się Al Green z wczesnym Jamiroquaiem. Ciężkie drumy z początku płyty i połamane gitary odżywają w The Ring i You Are Waking. Zwrot w stronę liryzmu i romantyzmu dokonuje się za pomocą Its A Kiss i tytułowej ballady – Compass, zanurzonej w etno, folku, przytłumionych dęciakach i smyczkach. Bliżej końca wraca dawka brudnej gatunkowej mikstury od której może zakręcić się w głowie – Gypsy Blood, Coma Chameleon, Big Drift.

Zamykając album, w akustycznej apostrofie You See My Light (tak tak, drogie słuchaczki!) odtwarzanej jakby ze starego gramofonu na korbkę, Jamie zostawia z uczuciem rozdarcia. Do przeszłości nie ma powrotu, tylko gdzieś niewyraźnie majaczy w oddali… Mało tu soulu, funku znanego z poprzednich dokonań, za to dużo kontrastu: ballad, rozmarzonych utworów przeplatanych bogatą instrumentalną i syntetyczną tkanką, obłędnym miotaniem się między popem a psychodelią, Werterem a Jamesem Deanem. Pełna dychotomia.

Wysoko postawionych poprzeczek – Jimem i Multiply – wcale nie trzeba od razu przeskakiwać. Można ustawić sobie nową. Compass to zupełnie nowy rozdział w twórczości Lidella. Jedno jest pewne – obojętnie w jakich ramach gatunkowych się znajduje, głos Jamiego nadal urzeka. Jego muzyczny kompas pokazuje słuszny kierunek – śpiewam, więc jestem.
Warp, 2010

Technasia: tworzę ponadczasową muzykę

Nowy album Technasii – „Central” – okazał się kwintesencją dotychczasowej twórczości projektu. Z tej okazji rozmawialiśmy z odpowiedzialnym obecnie za jego muzykę – Charlesem Sieglingiem.

„Central” to pierwszy album Technasii nagrany przez Ciebie bez udziału Twego partnera – Amila Khana. Co się stało?
Amil mieszka na stałe w Hongkongu i trudno mu jeździć do Europy, aby grać ze mną koncerty. Szczególnie, od kiedy dwa lata temu urodziło mu się dziecko. To nie stało się z dnia na dzień, tylko powoli w ciągu ostatniego czasu. Czułem, że ma coraz mniej serca do muzyki. W kwestii produkcji niewiele to zmieniło, bo to ja odpowiadałem za większość materiału Technasii. Amil był bardziej impresariem zespołu i menedżerem wytwórni. I nadal nim pozostaje, choć nie jest tak mocno zaangażowany, jak do tej pory.

http://www.youtube.com/watch?v=eXwi9Ar7o1I&feature=player_embedded

Podobno dorastałeś słuchając głównie muzyki rockowej i popowej. Jak zatem zainteresowałeś się elektroniką?
Prawdę mówiąc, moje zainteresowania muzyczne były początkowo bardzo eklektyczne. Od hip-hopu z lat 90. w stylu 2 Live Crew, przez punkowe kapele w rodzaju New York Dolls, Crass i The Exploited, po brytyjski synth-pop. Jako nastolatek odkryłem w 1988 roku acid house i od tej pory pozostałem wierny elektronice. Na pierwsze imprezy taneczne zacząłem chodzić nieco później – dopiero w 1990 czy 1991 roku. I miałem szczęście obejrzeć na żywo wielu słynnych amerykańskich didżejów na początku ich kariery. Potem znów poszerzyłem swoje muzyczne fascynacje. Teraz słucham jazzu, rzeczy takich, jak Jacques Schwarz-Bart czy soulu i funku w typie Steviego Wondera z lat 70., dużo gotyckiego rocka z lat 80., wczesnej elektroniki i industrialu z czasów, kiedy byłem młody. Takie zespoły, jak Legendary Pink Dots, Coil, Bauhaus czy Einsturzende Neubauten wywarły ogromny wpływ na to, co teraz robię.

Jak to się stało, że spotkaliście się i zaczęliście razem działać – przecież Ty jesteś z Francji, a on z Chin.
Poznaliśmy się przez przyjaciół i kiedy okazało się, że interesuje nas podobna muzyka, wystartowaliśmy jako Technasia w 1996 roku. Założyliśmy również wytwórnię płytową pod tą samą nazwą, potem jej pododdziały i rozwijaliśmy działalność przez następne czternaście lat, początkowo wydając tylko własne produkcje, a potem także innych artystów – Jorisa Voorna, Christiana Smitha czy Renato Cohena.
Ty mieszkałeś we Francji, a Amil w Chinach. Dlaczego za wspólną bazę obraliście Hongkong?
Kiedy myśleliśmy o założeniu wytwórni, zastana ją ulokować. Honkgkong wydawał się być dla nas z jednej strony oczywisty, a z drugiej – stanowił duże wyzwanie. Oczywisty, bo łatwiej było tam uruchomić firmę niż w Europie, a wyzwanie – ponieważ w całej południowo-wschodniej Azji nie było wtedy żadnej sceny elektronicznej. Wizja starcia wytwórni z Hongkongu z wytwórniami z Berlina czy z Londynu była dla nas szalenie ekscytująca.
Czy coś zmieniło się w Azji od tamtej pory?
Jest kilka ciekawych rzeczy tu i tam, ale niestety ich żywot jest krótkotrwały. Najdłużej istniejącym klubem w tym regionie jest Zouk w Singapurze, który działa aż 20 lat. Pozostałe mają zdecydowanie komercyjny charakter, koncentrując się na muzyce trance, nu-rave czy dance. Jeśli szukać jakiegoś azjatyckiego kraju, w którym rozwija się undergroundowa elektronika, jest to jedynie Japonia. Tam scena rozkwitała przez minione dwie dekady i dziś jest naprawdę silna. To dlatego, że Japończycy kochają sztukę – w każdym jej przejawie. Trochę ciekawych rzeczy dzieje się w Chinach, na Tajwanie, w Malezji, ale, jak wspomniałem, to chwilowe ciekawostki. Problemem jest to, że w Azji nigdy nie było odpowiednich sklepów muzycznych i stałych DJ-rezydentów w klubach, którzy graliby wysokiej jakości muzykę. Publiczność nigdy nie miała więc okazji być tutaj wyedukowaną.
A czy Azja jest dla Ciebie źródłem inspiracji?
Owszem, Hongkong był i jest dla mnie ważnym miejscem. Kocham energię tej metropolii, to, że jego mieszkańcy nie martwią się dniem jutrzejszym, żyją chwilą, robią, co chcą i nie przejmują się z resztą świata. Poza tym, Hongkong jest multikulturowym miastem. Mieszają się tu ze sobą ludzie z różnych stron świata, żyjąc razem w pokoju, szanując nawzajem swe polityczne czy religijne postawy. Ponieważ miasto było przez 150 lat brytyjską kolonią, wymieszały się w nim wpływy chińskiej i angielskiej kultury. To najlepsze, co mogło mu się zdarzyć.

Muzyka Technasii zawsze była zorientowana na klasyczne techno z korzeniami w Detroit i Chicago. Co Cię tak fascynuje w tych brzmieniach?
To, że są ponadczasowe. Możesz znaleźć mnóstwo nagrań sprzed dwudziestu lat, które i dzisiaj brzmią żywo i świeżo. Dlatego ja również zawsze staram się tworzyć ponadczasową muzykę – z dala od obecnych trendów. Bo trendy odsuwają nas od tego, czym muzyka jest naprawdę. Brzmienia z Detroit i Chicago zdefiniowała taneczną elektronikę na 25 następnych lat. Tamtejsi producenci tworzyli swe nagrania dbając jedynie o to, aby oddawały stan ich ducha. To sprawiło, że dostaliśmy nieprawdopodobnie głębokie i emocjonalne utwory. A ja lubię emocjonalność w elektronice. Tak naprawdę nie dbam, czy wymyślę dobry break, czy kawałek sprawdzi się w klubie. Liczy się tylko to, aby uczucia zawarte w muzyce były szczere.
Koncerty Technasii przeszły do historii techno i house`u, jako wyjątkowo energetyczne. Podobno jesteś na scenie jednoosobowym zespołem z mnóstwem instrumentów. Jak sobie z tym radzisz?
Nie cierpię występów, podczas których nic się nie dzieje, tylko koleś kiwa głową nad laptopem. Koncerty są przecież najlepszą okazją do tego, aby pokazać ludziom, kim się naprawdę jest. Pamiętając o tym, zawsze próbowałem uczynić swe koncerty wyjątkowymi i różnorodnymi. Śpiewałem, grałem, wykorzystywałem wiele instrumentów, nawet gong, ale zawsze pozostawało to w klimacie klubowej imprezy. Granie na żywo jest czymś nieporównywalnym z didżejką. Kiedy puszczasz płyty, zawsze jakoś możesz się dostosować do widowni, ale kiedy wykonujesz własne kawałki – nie ma odwrotu, albo zostajesz zaakceptowany, albo nie. To ogromne wyzwanie. Ale osobiście lubię jedno i drugie.
Trudniej Ci teraz będzie bez Amila?
Teraz będę musiał wszystkie decyzje podejmować sam, a przedtem musiałem iść na kompromis z Amilem. To z jednej strony większa wolność twórcza, ale z drugiej – większa odpowiedzialność.
„Central” to chyba najbardziej energetyczna płyta Technasii.
Chciałem przełożyć na dźwięki te wszystkie uczucia, które nazbierały się we mnie w ciągu piętnastu lat tworzenia tanecznej elektroniki. Atmosfera klubowej imprezy to dla mnie bardzo ważny czynnik tego, co robię. A nie jest łatwo oddać ją na dużej płycie. Przecież trzeba pamiętać, że album będzie nie tylko puszczany w klubie, ale też będzie słuchany w domu. Wiele płyt, które ostatnio poznałem było skoncentrowanych na tym, aby dobrze zabrzmieć w prywatnym odsłuchu. A ja nie chciałem iść tą drogą, ale wstrzyknąć w muzykę z płyty klubową energię.

http://www.youtube.com/watch?v=4pu7wQQ_3o4&feature=player_embedded

To dlatego nowe utwory są bardziej w stylu tech-house niż klasycznego techno?
Nie zgadzam się. Owszem, jeden lub dwa utwory są takie, ale „Aries”, „Again”, „Apologia” czy „Movement” nie zaliczyłbym do tego gatunku. Myślę, że to bardzo zróżnicowana płyta. Każdy znajdzie na niej coś dla siebie. I prawdę mówiąc nie będę się spierał o nazwy, bo nie dbam o nie. Znaczenie takich terminów, jak „techno”, „house” czy „techno-house” ciągle się zmienia w zależności od tego, jak pasuje to mediom. Myślę więc, że lepiej odpuścić sobie to kategoryzowanie muzyki, tylko skupić się na niej samej.
Jednak pociągnę dalej temat: w kilku nagraniach wracasz do brzmienia europejskiego trance`u z lat 90. Myślisz, że to nadal interesująca estetyka?
A dlaczego nie? Trance zaowocował wieloma świetnymi kawałkami, tak, jak inne style. Jego wpływy można odnaleźć również w tym, co dzisiaj się tworzy. Ale, kiedy mówię „trance”, nie mam na myśli Tiësto, czy innych laleczek, jak on. Mówię o prawdziwym, oryginalnym, niemieckim trance`ie z lat 90., muzyce, która miała coś do powiedzenia, coś do wyrażenia. Brzmienie Technasii zawsze zawierało pewien element tej muzyki. Zresztą w każdym gatunku są dobre i złe przykłady. Postawa, którą reprezentują producenci, którzy zaistnieli w latach 2005 – 2010, ma coś hipokryzji osób, uważających, że są bardziej święte niż sam papież. Ludzie produkujący modny minimal czy tech-house mówią: „Ten styl, który ja lubię jest najlepszy, a reszta to gówno i część przeszłości”. Dla mnie to arogancja, świadcząca o ograniczonych horyzontach umysłowych.
Większość nagrań Technasii ma mocno podkreślone melodie. Dlaczego to tak ważny element?
Cóż, jestem muzykiem. Nie tylko robię bity. Kiedy byłem dzieciakiem, uczyłem się grać na fortepianie. Wiem, jak pisać i grać muzykę. I z tego, co wiem, melodia jest podstawą każdego gatunku muzycznego. Nie łatwo jest wprowadzić melodię do klubowego numeru, ale kiedy się to uda, nagranie zyskuje nowy wymiar.

Jakiś głupi Ableton Live nie zrobi tego za ciebie. Kiedy słyszysz melodię w tanecznym numerze, wiesz, że stoi za nim kompozytor, a nie didżej. Trzeba mieć talent, żeby stworzyć dobrą melodię, której umieszczenie w nagraniu będzie miało sens. Większość dzisiejszych producentów tanecznej elektroniki jest raczej utalentowanymi technikami niż utalentowanymi muzykami. Oni po prostu robią loopy z ciągle tymi samymi pluginami i samplami. I to dlatego dzisiaj nie ma zbyt wiele melodyjnej muzyki elektronicznej.
Teraz zajmujesz się promocją koncertową nowego albumu. Czego możemy się spodziewać po Twoich występach?
Właściwie to cały czas jestem w tournée. Przez ostatnie 15 lat gram średnio 70-80 koncertów rocznie i na każdym z nich staram się dawać z siebie 200% energii. Tak samo będzie teraz. To ważne, żeby publiczność była zadowolona z występu. Ponieważ to ona płaci za występ, dlatego trzeba spełniać jej oczekiwania.

Sprawdź Tech Dżem

Dziesięcioro didżejów z najlepszymi brzmieniami tech / minimal / deep, dwoje wizualizatorów, do tego dwa żywe instrumenty i filmy krótkometrażowe. Wszystko to zobaczyć będzie można już 17 lipca podczas imprezy Tech Dżem.

  • Powiększenie, 17.07. (sobota)
  • Start: 21:00
  • Tax: 10 PLN

Impreza odbędzie się w warszawskim Powiększeniu, gdzie silna tech drużyna (BTS, Guido, Funfte Strasse, Little Mike, Pathopozitiv) przechwyci równocześnie piwnicę i górę klubu aby przygotować soczysty, wieloowocowy, kolorowy Tech dżem. Skład dopełniony będzie przez Kubę Andruchowa, Kubę Bruszewskiego (3K, git. elektryczna, perkusjonalia) i Martę Kossakowską (BTS, filmy krótkometrażowe).

DJs:

Michał Wolski (Minicromusic/Funfte Strasse/WEFrec)

Guiddo (Putput-rec./WEFrec)

Little Mike (LBD)

Leveuho (Pathopozitiv/Elektroliryka)

Isnt (Twice Dice D/BTS)

Weld (BTS/Underphunk)

Daniel Zorzano (Pathopozitiv/PSS)

Goga M (Twice Dice/BTS/no dix on dex)

Maria Huana (Twice Dice)

Jungle Julii (Twice Dice/BTS)

Instrumentaliści:

Kuba Andruchów (3K, git. elektryczna)

Kuba Bruszewski (3K, perkusjonalia)

VJs:

Encyklopedyczna (BTS)

Matemito (Pathopozitiv)

Filmy:

Marta Kossakowska (BTS)

Oficjalnym partnerem wydarzenia jest EuroPride Warsaw 2010. Imprezie patronują Radio Kampus, nowamuzyka.pl, C32 i muzikanova.pl

Books, the – The Way Out


Group Autogenics I:

* Way to Get Out – The Gay Man’s Guide to Freedom, No Matter if You’re in Denial, Closeted, Half In, Half Out, Just Out, or Been Around the Block (ISBN 0-7573-0392-7) is a self help book for gay men. It presents a guide to finding happiness and freedom while living as a gay man. The Way Out was published by HCI press in May 2006.
easy-listening, Tuatara/Tortoise riffage, new age, Brainwave synchronization → Porcupine Tree – „Voyage 34: LSD Trip”, David Sylvian – „Gone to Earth”, dr Timothy Leary

01:10 – male choir + 01:40 – fem choir = Im the loop

02:09 – 02:15 – Whoever U think U presently R: THANK YOU

03:13 – 03:21 – We will continue this pattern until we reach complete -||- everything…

Serio: „Voyage 34: LSD Trip”. Płytka zestarzała się trochę, ale: serio. Mogę w nieskończoność powtarzać „serio” po różnych stronach dwukropka, więc przejdźmy już do sceny, w której tego słuchacie. I nie dajcie się zwariować: naćpajcie się czegoś.

Samoczynne zsynchronizowanie przez organizm pracy obu półkul (osiągnięcie stanu głębokiego odprężenia) ma miejsce dwa razy w ciągu doby: rano, kiedy się budzimy i wieczorem, gdy zasypiamy. Człowiek w ciągu dnia funkcjonuje tak, że używa półkul mózgowych zamiennie. Ściągnij programik do dudnień binarnych i scal swój mózg. Choćby i w południe!

IDKT:



I Didnt Know That:

A: Trochę za długa gra wstępna; na wysokości trzeciego kawałka role powinny już zostać roztasowane. Tymczasem siłujemy się dalej.
B: Ale jest przyjemny, płynny track nawracający do znanego np. z „Lemon of Pink” układania melodii z onomatopej.
A: Ale na „Lemon of Pink” i onomatopeje i melodie były po prostu lepsze. Były własne, tutaj wydają się trochę sztywniackie w stylu szarpanej muzyczki Ielasiego albo na siłę szalone jakby próbowali stworzyć łagodniejsze wersje breakcoreów Satanicpornocultshop.
B: Może. A Avalanches…?
A: Nie wiem, gitarka sprawia, że dalej myślę o jakichś progowych rzeczach.

I Cold Freezin Night:

Serio: ile można samplować „Dzieci wiedzą lepiej” i przekonywać, że to „Lśnienie”? Może ktoś jeszcze się na to nabiera. W końcu na świecie ciągle pojawia się ktoś nowy. Akustyczny IDMik skutecznie spycha narybek naszej rasy na pozycję czegoś niezbyt estetycznego, chociaż mają dzieciaki parę sekund niezłych tekstów. Od wydanej po pięciu latach przerwy płyty wielkich innowatorów oczekuje się jednak czegoś więcej niż paru fajnych grepsów.

18+:

Beautiful People:

Bardzo przyjemny, barwny track, przypominający trochę wygładzone poczynania Dirty Projectors. Mogę się w sumie mylić: może to tylko jakaś odległa reminiscencja. W każdym razie króciutki fragmencik niedokładnie przywołujący temat „Pretty Woman” (01:15-01:29) każe zarepeatować, a fragment: 02:26-02:47 (Disneyowska trąbka obwieszcza świt wesołego słonka nad nowym dniem, a tu i ówdzie drzewka gną się jakby lekko) udanie oddaje teatralną fasadowość całego albumu, znów: podskórnie przypominając twórczość Longstretha, a może Department of Eagles? Tag: anthemic folk.

I am Who I am:

Self-cheerleaderism

Co rano budzę się, wskakuję pod prysznic, spoglądam w dół na symbol, i to mi daje energię na cały dzień. Jest tam po to, żeby mi nieustannie przypominać, co mam zrobić – Just Do It. – 24-letni przedsiębiorca internetowy Carmine Collettion o swojej decyzji wytatuowania na pępku swoosha Nikea, grudzień 1997 (Klein N., No Logo, Izabelin 2004)

Jeden z najciekawszych fragmentów płyty. Jeśli uznać „I Am Who I Am” za parodię jebitnych, super-cool syntezatorowych szalonych wyskoków w stylu LCD lub „Lucid Dreams” Franz Ferdinand, to dostajemy do rąk dowód na to, że intelektualne gry w trakcie przebieżki po dachu biurowca prowadzą prosto do groteski. Ponieważ poprzednie utwory były zbyt relaksujące, zabawne lub oczywiste, nie było potrzeby stworzenia sobie żadnego mechanizmu obronnego i nagle, w reakcji na work-out i emanacje korporacyjnego juicu, mózg automatycznie produkuje wrażenie upiornej psychodelii. Nieprzypadkowo zresztą utwór startuje wesołymi trąbeczkami i dobrotliwą, five-oclockową konwersacją, żeby nagle, za sprawą złowrogiej monosylaby, przywołać śmiech trupów naszych bliskich.

Chain of Missing Links:

trippy easy-listening, down-tempo, meditative BoC circa „Campfire Headphase”, new age covered in 90 vibe
the-trip-hop-in-2010-case intro

And even if through accident or surgery, those powerful structures have been removed out of your body – relax, let go, expand (…) more space to relaXXX” 02:05 – Ur very essence fill the spaces
03:00 – idyllic hypnosis
03:26 – ability to hear essence speak
03:58 – transeverance U2 work hard: 5% of their brain, other 5% is available for a food („Thought of Food”*, 2002).

To mniej więcej ten moment, w którym nieuchronnie przyjdzie zastanowić się jaki związek z całą resztą płyty mają ten i dwa inne kawałki stylizowane na new-ageową taśmę medytacyjną/motywacyjną. Tutaj w upiornej wersji podważającej niezbędność oczu, jakby odsyłając do „Dnia tryfidów” J. Wyndhama. „Chain of Missing Links” przerywa sobą łańcuszek płynnie następujących po sobie utworów i, nawracając do samego otwarcia, resetuje stawkę. Kolejne kawałki nie są aż tak diametralnie różne od swoich poprzedników, więc, mimo niewątpliwej przyjemności ze słuchania, spójność albumu pikuje.

*Books – Thought of Food (2002)

Książki, no cóż. W samym momencie wydania tego debiutu niewiele chyba dało się o nim powiedzieć. Z jednej strony banał: instrumenty + biblioteka sampli. Z drugiej wydaje się ordynarne omawianie tej delikatnej, wyrafinowanej płyty przez pryzmat genres, szeregowania na osi czasu, szufladkowania. Powiedzieć jakieś „indietronica” byłoby skandalem. Books negocjują pozycją „odważnych eksploratorów”, sugerują własną wybitność i przedstawiają poszlaki oraz dowody nowatorstwa. Na przykład stary jak świat pomysł pykania na gitarce w funkcji elementu perkusyjnego zamienia im się w rękach w złoto i nie przechodzi w IDM. Bardziej osobista więź: sample z Godarda. Głównie jednak to potencjał, przeczucie, że stać ich na wiele, wiele więcej. Obietnica, do egzekucji której dochodzi zbyt rzadko: diamenty trzeba wyłuskiwać spod warstwy chaosu, drażniąco zmiennokształtnego, sypiącego się przez palce. Robi wrażenie, infekuje sobą chwile spędzane na odbiorze, ale nie pozostawia wspomnień, chyba że jak zwykle u nich wynotujesz sobie maksymy, np. tą z tytułu openera: „Enjoy Your Worries, You May Not Have Them Again”. Pociąg do absurdu widoczny w grach słów, np. kolejny tytuł: „Getting the Done Job”. Myślenie o jedzeniu nie powoduje błogiej sytości. Tyle że uwodzi przeczucie: kiedyś to będzie możliwe. Zaczniemy wykorzystywać więcej niż 5% swoich mózgów. Ogarniemy esencję bytu. Nażremy się jak świnie samą siłą woli.

All You Need Is A Wall:

alt-country -||- slowcore, fem-voc;

zwrot ku piosenkowym fragmentom „Lemon of Pink”;

Wikipedia – Way Out

W 1961 roku, Roald Dahl stworzył na zamówienie telewizyjnego kanału z sci-fi i horrorem serię „Way Out” wyświetlaną w 14 odcinach od marca do czerwca. Komediowe monologi napisane przez Dahla kręciły się często wokół sposobów bezkarnego zamordowania małżonka.

Thirty Incoming:

Folktronica; wraz z „All You Need…”, „Thirty „Incoming” odsyła w stronę podejmowanych przez duet prób songwriterskich, nasyconych światłem, przestrzenią, podskórnym ciepłem.


A Wonderful Phrase by Ghandi:

A wonderful phrase by Ghandi, także na: „There Is No There” (: „Lemon of Pink”*), chwilę wcześniej zaś w „I Am Who I Am”.

BEING SPIRITUAL HAS NOTHING TO DO WITH BEING HOLY – IT’S ABOUT BECOMING WHALE.
PHILOSOPHER ALAN WATTS has said:
“The disciples and followers of the great Spiritual Teachers didn’t want to LIVE the teachings, so they created religions based on worshipping the Persona of the Teacher.”
Life is not a free lunch!
We must learn to navigate ourselves through the tumultuous waters, and not just get tossed and thrown around like victims by the whim of the ever-changing seas or so-called random events that will slam us sideways.
NAVIGATION then is EVERYTHING

*Books – Lemon of Pink (2003)

Cytryna różu zawiera coś w rodzaju folktroniki i dream-popu, miksując eksperymentalną technikę kolażu i proto-sampledelię z folkującym banjo, M. Wardowskimi gitarkami, wokalnymi melodiami i strzępami rozmówek w setkach języków. Jak zwykle: kilka uzależniających piosenek upchnięto pomiędzy szereg sztolni wiodących w głąb awangardy. To właśnie tu, na tej ciepłej, świetlistej płycie, przemawia m.in. Ghandi i bez kitu miło usłyszeć jego głos, tuż obok wokali Anne Doerner, wybitnie ekspresywnych, nawiązujących odrobinkę do sławnych pieśni Nancy Sinatry, tyle że w otoczeniu chicagowskiego post-rocka, elektro-akustycznych poszukiwań Deadly Drown Boya czy Notwist. Najważniejsze jednak osiągnięcie to spełnienie rozpoczętej na debiucie misji nakreślenia założeń collage popu. Jedna, wyrwana z kontekstu fraza i składające się nań onomatopeje, pochodzące czy to z ludzkiego gardła czy z przestrzeni rezonujących instrumentów, staje się materiałem na całą strukturę melodyczną (flagowe „Take Your Time”). Wyważona filozofia złotego środka między egzystencjalną refleksją, intelektualnymi łamigłówkami i absurdem. Dopuszczalne jest wszystko. „Lemon of Pink”. Przebij to hasło.

We Bought the Flood:

01:26 – gone, gone, gone
01:57 – fire and the rain / oxides and rearrange
02:40 – focus on the pain, focus on the way to get out
02:42 – Virginia / 1902 / there was nothg we can do
03:20 – no more direction
03:34 – save it for another life / dont wann hear ur confession

Wyraźne nawiązanie do „Lost And Safe”* z jego ciemniejszą, bardziej skupioną tonacją. Sad-coreowy hymn na przemijalność świata, zakończony emotroniczną miniaturką, namową do odnalezienia drogi wyjścia poprzez koncentrację na bólu. Przecinający mózg drone jest ostatnim dźwiękiem, po którym można zacząć odsłuchiwać na powrót płyty Low, Microphones, Hood, a może i Modest Mouse albo Shalabi Effect, bo te biciki i efekty (jakby wydrążenie większości perkusjonaliów) skądś przecież zaczerpnęli ♥

* Books – Lost And Safe (2005)

Płyta mocno osadzona w realiach emotroniki, slow-coreu itp. efemerycznych genres. Sparklehorse, Low, Morr Music, Labradford, Microphones – masa skojarzeń, mniej lub bardziej trafnych, czasem sprzecznych. Większość utworów po stosunkowo agresywnych avant-elektronicznych intrach, ujawnia naturę akustycznej micro-ballady (odczuwalnie nylonowe struny), skrytej, emocjonalnej piosenki. Books zawędrowali w końcu w stronę skazu, intymnej opowieści, dzięki czemu mamy do czynienia z pozycją odosobnioną w ich dyskografii: z sampli, nadal przecież obecnych, ściśle splecionych z wokalami samych muzyków, przenieśli akcent na bardziej tradycyjne, bazujące na grze na instrumentach i śpiewie, formy ekspresji. Dzięki temu emanuje z „Lost And Safe” zaangażowanie. Trudno o tak koherentną, spójną płytę ześrodkowującą uwagę odbiorcy na kwestiach banalnego humanizmu: braterstwa ludzi, przekazu z ojca na syna, mocy tradycji etc. Wszystko to oczywiście nadal można odczytywać jako pewną parodię lub, w najbardziej wysilonym wypadku, naukę przez zabawę, ale tak naprawdę trudno się nie rozkleić nad „Lost And Safe, trudno się oderwać.

The Story of Hip-Hop:

Na pierwszy rzut oka parodia samplerskich potknięć hip-hopowców (choć pojawiają się także wersy złośliwej, satyrycznej diagnozy) lub może pastisz storytellingów typu „Corn Pan, Bean Pan” Jackie-O Motherfucker lub może przekorna kontynuacja sekciarskich fragmentów albumu, tym razem w postaci filmu edukacyjnego o przygodach rodzeństwa Hip-Hopa, Slide-Hopa i Skip-Hopy. Wszyscy nienawidzimy, kiedy Miki i Minnie opowiadają o skutkach seksu, picia i chodzenia na czerwonym świetle. Nienawidzimy, bo jesteśmy ludźmi. Tutaj możemy w końcu zdrowo się pośmiać z nietrafionego rządowego pomysłu na zastąpienie doświadczenia i wolnej woli refleksjami animowanych mędrców, których przedtem sto razy widzieliśmy wyjebujących się bez pardonu na skórce od banana.

Free Translator:

Bibioic alt-country: dog* barking in the background ♫, Bill Callahan barking on the playground ♪, discrete lo-fi vibe ♪

Books – Music For a French Elevator And Other Short Format Oddities (2006)

EPka kompilująca krótkie perory w języku francuskim, dwa czy trzy szlagiery francuskie oraz krótkie medytacje dające wgląd w warsztat pracy aktorów powtarzających kluczowe punkty kwestii tysiące razy, aby osiągnąć w końcu perfekcyjną dykcję. Pojawiają się również m.in. frapujące zapisy starczego dyszenia i na głos dokonywane obliczenia na liczbach rzędu miliona. Powodzenia.

Group Autogenics II:

wind; Radiohead – Fitter Happier;
03:22 – there is no 1 way* to doing the dishes (!)
00:88 – is that OK with U?
Tuatara
01:53 (?)-02:02 – ♥ prophecy
library music beats
03:10 – ure the master art!

*Books – The Way Out (2010)

Zgodnie ze słowami otwierającymi płytę, „The Way Out” ma posłużyć za nowy początek. Miejmy nadzieję, bo za dużo tu sięgania po pomysły innych lub autoplagiaty. Niektóre motywy miło usłyszeć znowu, delikatnie zreinterpretowane, ale całość dominuje tęsknota za procesualnym, prowadzącym ku olśnieniu odbiorem. Wisielczy humor sekciarskich oracji to przejaw udanej stylizacji, ale też element bardzo przewidywalny. Ujmując w taką klamrę resztę materiału, Books sprawili, że „normalne” utwory wydają się bledsze, nużące. Od początku wiadomo, że podsumuje je druga część „Group Autogenics”, że mamy jedną niespodziankę mniej. Brakuje wstępnego zagubienia jakie towarzyszyło odbiorowi debiutu. Brak też radości z ponownego spotkania jak przy okazji sofomora, kiedy to słuchacz zdołał się już odnaleźć w rozgardiaszu sampli, nawiązać z Books więź i wbić się w dumę, że na swój sposób ZROZUMIAŁ. Tym razem nie ma właściwie czego śledzić. Są jakieś punkty, ale nie łączy ich linia.

Być może nie są już wizjonerami – po prostu. Może to znak czasu – dostosowali swoje dzieło do coraz bardziej ulotnej koncentracji odbiorców. Może jest to zwyczajnie solidna, mocna płyta, do której chętnie się wraca, ale bez dreszczu emocji znanego z premier poprzednich pozycji. Na lastfmie piszą ludzie, że podobne do Caribou, Dana Deacona, Microphones i Four Tet. Dla sporego spektrum więc. Obojętne czy porównania te są chybione czy trafne, ważne, że padają, ujmując fakt, że „The Way Out” jest istotnie najprzystępniejszą płytą Books – easy-listeningowym, idealnym początkiem przygody z fascynującym projektem a jednocześnie zauważalnym krokiem wstecz dla śledzących jego poczynania od samego momentu pamiętnego.

Temporary Residence, 2010

Kammerflimmer Kollektief – Wildling


Na swojej najnowszej płycie (bodajże czwartej) trio raczy nas wokalnymi popisami Heike Aumüller (m.in. Move Right In, Silver Chords). Zwiewne, oniryczne wokalizy budują nastrój tajemniczego rytuału. Instrumentalna warstwa, to konglomerat elektroniki, nowoczesnej psychodelii, folku, quasi-jazzowych zagrywek i improwizacji tworzonych za pomocą fortepianu, gitary i saksofonu. Najbardziej charakterystyczny, moim zdaniem, element, to brzmienie.


Jest coś takiego w tej niezwykłej muzyce, co wyróżnia ją spośród dziesiątek, setek płyt z muzyką, którą sprzedawcy ustawiają na półce „nowe brzmienia”. Słychać tu nawet echo dubowych eksperymentów, tak bliskich niemieckiej scenie. Nie są to bezpośrednie nawiązania do dubu, ale zaczerpnięte z ducha tej muzyki, takie elementy jak „oddech” i „przestrzeń”, gęsto wypełnione niebanalnymi dźwiękami. Brzmienie KK opiera się bowiem również na niezwykle bogatym instrumentarium – H. Aumüller gra m.in. na harmonium i flecie, Johannes Frisch na kontrabasie, a Thomas Weber na gitarach, perkusji i fortepianie. Goście wspomagają zespół saksofonem (Dietrich Foth), ksylofonem i perkusją (Christopher Brunner).

Utwory z nowej płyty KK momentami przypominają najlepsze dokonania Pan American. Mam na myśli minimalizm, transowość i oszczędność przekazu, choć w muzyce KK w porównaniu do zespołu Marka Nelsona dzieje się znacznie więcej. I jeszcze jedno – KK z ogromną kulturą i wyczuciem korzystają z elektroniki. Pełni ona rolę nie tylko wypełniacza, ale jest pełnoprawnym instrumentem. Muzyka na Wildling, choć nie pozbawiona ducha eksperymentu, jest niezwykle melodyjna, co czyni przekaz przystępnym i, jak wspomniałem na początku, wręcz „przebojowym”. Wildling kołysze, koi, przenosi w inny wymiar. Spójna całość, niebanalna propozycja do listy przebojów XXI wieku. Tylko w jakiej rozgłośni?
Staubgold / Gustaff (2010)

DJ Shadow w Polsce!

Już 24 lipca, na jedynym i długo wyczekiwanym koncercie w Polsce wystąpi legendarny DJ Shadow.

  • Data 24.07.2010 / Gdańsk
  • Klub: Centrum Stocznia Gdańska (CSG)
  • Wejście od godz. 20:00 (ul. Wałowa 27a)

Wystąpią:

  • Main Stage: DJ Shadow (live), Grzana, Ros & Trębski, zwycięzca Serato Screatch Contest Poland 2010
  • Bar Stage: Reza + Fabian

Bilety:

  • Cena: 85zł normalny, 120zł VIP
  • Punkty sprzedaży: salony EMPiK, Media Markt, Saturn oraz inne punkty Ticketpro oraz Ticket Online w całej Polsce.
  • sprzedaż internetowa: www.ticketpro.pl , www.ticketonline.pl , www.muzikanova.pl

Więcej na:

Tego artysty nie trzeba przedstawiać. DJ Shadow zdobył uznanie debiutanckim albumem „Endtroducing…” z 1996 roku. Kolejny longplay „The Private Press” zawiera między innymi przebój „Six Days”. DJ Shadow współpracował do tej pory m.in. z Zackiem De La Rocha (Rage Against The Machine), zespołem Jon Spencer Blues Explosion, remiksował muzykę Keane, Beastie Boys i Depeche Mode. Był współtwórcą grupy UNKLE – pierwsza płyta „Psyence Fiction” powstała przy jego dużym zaangażowaniu.

Shadow to najsłynniejszy twórca muzyki triphopowo-elektronicznej. Odnosi wielkie sukcesy zarówno jako muzyk, producent czy turntablista.. Jego koncert w Centrum Stocznia Gdańska zapowiada się na muzyczne i wizualne, klubowe wydarzenie roku w Trójmieście.

Shadow o swojej tegorocznej trasie: „Jestem podekscytowany tą trasą z kilku powodów – nowego, premierowego materiału, który będę prezentował, choć nie zabraknie też i starego, wizualizacji przygotowanych na tę trasę, a także z powodu miejsc które odwiedzę, szczególnie z miejsc odwiedzanych pierwszy raz.

Zawsze zależało mi, by każdy koncert wypadł jak najlepiej i mam nadzieję, że fani docenią moje starania. Podróżowanie po świecie, poznawanie nowych ludzi, wymiana myśli, muzyki… o to właśnie chodzi w życiu!”

Nowa Muzyka jest medialnym patronem występu DJ Shadowa.

Dwadzieścia lat Octave One

Pochodząca z Detroit formacja Octave One obchodzi w tym roku dwudziestolecie swej działalności. Z tej okazji 11 października wyda specjalny album – „Revisit”. Choć obecnie w skład Octave One wchodzi dwóch braci Burden – Lawrence i Lenny – w ciągu minionego okresu przez skład grupy przewinęło się również trzech pozostałych – Lance, Lorne i Lynell.

Po powrocie z kilkumiesięcznego tournee po świecie, podczas którego zaliczyli m.in. Fusion Festival w Niemczech, Extract Festival w Anglii i Tokyo Electronic Music Festival w Japonii, producenci zabrali się do wybierania muzycznych ciekawostek ze swej długiej kariery. Dlatego na „Revisit” trafią zarowno największe przeboje projektu, jak również nigdy wcześniej niepublikowane nagrania w nowych wersjach.

W efekcie na krążku pojawią się m.in. niedawno zarejestrowane utwory „Meridian” i „Dema”, jak również pierwsze nagranie Octave One wydane na winylu – „I Belive” – z 1990 roku. Dwie pierwsze ze wspomnianych kompozycji trafią na singla poprzedzajego album.

Do tej pory Octave One opublikowali ponad trzydzieści płyt (singli i albumów), ich utwory znalazły się na ponad 80 składankach, a nawet doczekali się własnego koncertowego DVD – „Off The Grid” – wydanego w 2006 roku przez Tresor.

www.octaveone.com

Fabryka Dźwięków Syntetycznych w Szczecin.FM

Już jutro, w niedzielę 11 lipca o godz. 17:00, na antenie szczecińskiej rozgłośni – premierowa audycja poświęcona futurystycznej muzyce elektronicznej.

„Fabryka Dźwięków Syntetycznych” powstała na gruzach „Encyklopedii Elektroniki” – cyklicznej audycji, która od października 09 do czerwca 10, w encyklopedycznej formie „od A do Z” prezentowała nowe brzmienia.

W „FDS” na tle elektroniki będą czytane fragmenty literatury science fiction, surrealistycznej, postmodernistycznej, filozoficznej i futurologicznej, a także prace naukowe, poezję i wszelkie słowo pisane wpasowujące się w ramy programu. Co pewien czas do studia będą zapraszani goście – lokalni DJ-e, muzycy i producenci – aby na godzinę wcielić się w rolę Wielkiego Elektronika i grać muzykę na żywo. Przewidziana jest także współpraca na odległość z Wielkimi Elektronikami spoza granic miasta a nawet kraju, których nagrane sety i live acty będą później retransmitowane na antenie.


Fabryka Dźwięków Syntetycznych – zajawka by clicK3

„Fabryka Dźwięków Syntetycznych” to godzinna selekcja muzyki elektronicznej podszytej słowem mówionym na styku fantastyki naukowej, futurologii i filozofii. Natura i technologia, człowiek i kosmos, ciało i rozum. Duch w maszynie.

W każdą niedzielę o 17:00. Zaprasza Maciek Kaczmarski i Wielcy Elektronicy.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych