Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.



psychodelic

Nowości z Zoharum

Wytwórnia z Wybrzeża serwuje tym razem premierowe płyty projektów Inner Vision Laboratory i 23 Threads.

Czytaj dalej »

The Mullholand Free Clinic – The Mullholand Free Clinic

Psychodeliczny trip – jak u Davida Lyncha.

Czytaj dalej »

Rebolledo – Mondo Alterado

Gdyby Nicolas Refn nie nakręcił filmu „Drive”, Rebolledo musiałby to zrobić zamiast niego.

Czytaj dalej »

Nac/Hut Report

Czy industrialne brzmienia mogą być wprzęgnięte w formułę… piosenki? Tak. Posłuchajcie tylko nowej płyty włosko-polskiego projektu.

Czytaj dalej »

Kucz & Klake

Jeśli pastelowy ambient może mieć piosenkową formę – to właśnie na tej płycie.

Czytaj dalej »

DJ Koze – Reincarnations Part 2

Dwa oblicza remiksów niemieckiego producenta.

Czytaj dalej »

Bibio – Green EP

Cocteau Twin.

Czytaj dalej »

Rapoon – To West And Blue

Brytyjski artysta z powodzeniem syntetyzuje swe dawne i obecne fascynacje, kreując oryginalną wizję ambientu, rozpiętą między industrialem a psychodelią.

Czytaj dalej »

Rovo & System 7 – Phoenix Rising

Zaskakująco udane połączenie monumentalnego prog-rocka z hipnotycznym techno i rozmarzonym ambientem.

Czytaj dalej »

VA – Late Night Tales by Röyksopp

Z zardzewiałej łupinki wysłano sygnał – „halo, jeszcze nie utonęliśmy!”

Czytaj dalej »

Dirty Beaches – Drifters/Love Is The Devil

Czasem trzeba się trochę upaprać i sparzyć, pomęczyć się w pocie czoła i skwarze. Nie poszło w Krakowie, na sielskiej wsi tym bardziej, a wskoczyło w Palermo. Bo jak tu nie poczuć tej muzyki, kiedy jest się wciągniętym w przestrzeń łudząco podobną do ciemnego „Casino Lisboa“?

Dwupłytowe wydawnictwo „Drifters/Love is The Devil“ Dirty Beaches pojawiło się na firmamencie muzycznych nowości w noc czerwcową i duszną. Z daleka, jak bezpieczne tło, album nie robił wrażenia – podeszłam więc bliżej i wlazłam w ten ogień. Zapraszam i Państwa!

Występy tej grupy jakoś zawsze mnie omijały, albo może to ja nie miałam poważnych zamiarów, a sztuczne bariery mych upodobań trzymały mnie w bezpiecznym oddaleniu. O Dirty Beaches świat (ten „szeroki“, a jakże) usłyszał dopiero po albumie „Badlands“ (2011) – niezaprzeczalnie genialnym, ale trzeba zdać sobie sprawę, że był on pewną komercyjną zasadzką stworzoną przez samego lidera grupy.

Alex Zhang Hungtai, uwodzicielski Kanadyjczyk azjatyckiego pochodzenia, wpuścił bowiem wielbicieli mrocznej, gitarowej muzyki w spore maliny, ale jakże słodkie! I tak się w nich kisiliśmy czekając, aż powstanie wysmakowana konfitura i nagle w roku 2013 wszystko zmieniło się w gorzką, czarną nalewkę… a wręcz „polewkę“, bo najnowsze, podwójne wydawnictwo Dirty Beaches to ciągnący się w nieskończoność breakup album.

Materiału muzycznego mamy tutaj tak dużo, że nie sposób pozbyć się wrażenia, że zostaliśmy nim zalani – i na koniec spory kac dopada biedną głowę – bo słuchanie „Drifters/Love Is The Devil“ to jak wpaść tylko „na jednego“, a ostatecznie wypić całą butelkę wódki…

I tak sobie teraz leżymy przy tej cholernej autostradzie, samochody warczą, wóz wysiada – kable wiszą, wszędzie smród, a przyjaciele poszli sobie w dal. Jest piekielnie gorąco, koszmarne sny, muchy lepkie, komary nie gryzą, tylko irytująco spacerują po twarzy. „Drifters“ prowadzi w takie właśnie, garażowo – uliczne, skacowane rejony (że już nie wspomnę o cytatach z Bukowskiego).

Takie to trochę rozpaczliwe wołanie, a trochę zabójczy dancing na poboczu. Bo skoro miłości nie ma, to co jest? Obca, klaustrofobiczna przestrzeń, w której ktoś majaczy po francusku („Aurevoir Mon Visage“), gdzieś tam daleko wciąż trwa klubowa farsa („Elli“), a tak naprawdę to jest straszno i chcemy do domu… Rozstanie to „Night Walk“ a raczej „night ride“, niekończące się maniakalne wędrowanie, aż do sztywnych mięśni, suchego języka i „Landscapes In The Mist“. A papieros ciągle się pali, i to jeden za drugim…

Trochę by tu odpocząć… i po to mamy „Love Is The Devil“. Zataczamy się i robimy ogromny, łukowaty krok… wstecz. Przeszłość jest bowiem kluczem do tej płyty! A konkretnie odsłuchać należy album „Horros“ nagrany przez Dirty Beaches w roku 2008. Nie boję się zasugerować, że „Drifters“ jest kontynuacją tej płyty (posłuchajcie uważnie „Love Is The Fog“ z 2008 i „Love Is The Devil“ z 2013).

Zatem jak to jest z tym „breakupem“? Jest czy nie ma? A może zerwanie jest powrotem do tego co umknęło Alexowi podczas długiego, nocnego spaceru? Pewnie gdybym go o to zapytała, dostałabym srogie lanie. Lider Dirty Beaches powtarza bowiem ciągle, że „Badlands” było tylko małym wyskokiem, a prawdziwy Alex jest właśnie na tych pierwszych albumach. I chce być znów tym Aleksem, ale tylko na jakiś czas, bo nowe pomysły już pieklą się w jego głowie – nawet album z muzyką taneczną (?). Dirty Beaches dążą najwyraźniej do tego, aby ich utwory były jednym, monotonnym riffem przerywanym regularnym, elektronicznym pląsem. Tak od czasu do czasu, żeby udowodnić słuchaczom, że zespół nie śpi i panuje nad sytuacją.

„Drifters/Love is The Devil“ to potężny materiał, odreagowanie i wypruwanie flaków w wersji maks. Album jest mętny, szorstki, hipnoztyzujący… i świetnie zagrany, ale cóż chyba nie tak dobrze jak „Badlands“.
I tutaj rodzi się pytanie – czy kiedy uczucie wygasa, to trzeba się zaprzyjaźnić? Czy pozostaje tylko słodki, pachnący malinami sentyment?

Profil na BandCamp »

Warren Suicide – World Warren III

Jeśli ktoś z Was był na koncercie Apparata podczas tegorocznego festiwalu Tauron Nowa Muzyka, być może zwrócił uwagę na grającego na gitarze i klawiszach muzyka. To Patrick Christiansen, znany bardziej jako Nackt – lider zespołu towarzyszącego Saschy Ringowi na żywo. Ale wspomaganie kolegi podczas występów nie jest jego głównym zajęciem. Nackt tworzy bowiem wraz z wokalistką Patricią Peters, ukrywającą się pod wdzięcznym pseudonimem Cherie, duet Warren Suicide, który podobnie jak Apparat współpracuje z berlińską wytwórnią prowadzoną przez T.Raumschmiere – Shitkatapult.

Dwa nagrane dla niej albumy – „Hello” i „Requiem For A Missing Link” – pokazały, że projekt stopniowo ewoluuje od prostego electro-punka w stronę bardziej rozbudowanych form muzycznych, pozostających jednak w kręgu dynamicznej elektroniki. Do teraz. Na swej trzeciej płycie Nackt i Cherie postanowili bowiem popuścić wodze dźwiękowej fantazji na całego, nie ograniczając się żadnymi podziałami gatunkowymi. W tym celu zorganizowali w swym studiu Chez Cherie sesję nagraniową, do której zaprosili aż… pięćdziesięciu gości. Nie sposób wymienić wszystkie postaci, które znalazły się w tej grupie, dość napisać, że był wśród nich T. Raumschmiere i ceniony niemiecki producent Moses Schneider, który zostali również współautorami kilku kompozycji, legendarny perkusista N.U. Unruh z Einsturzende Neubauten, a nawet berlińska orkiestra kameralna The String Theory. Jakie są efekty tejże sesji?

Oszałamiające. Przesłuchanie „World Warren III” to emocjonalny rollercoaster, podczas którego słuchacz balansuje od irytacji i wściekłości do zachwytu i radości. Jak to możliwe? A no rzeczywiście Nackt i Cherie dali się ponieść swej wyobraźni – właściwie nie ma na płycie nagrania, które w całości można by przyporządkować jednej stylistyce.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/437518-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=437518-01″ allowscriptaccess=”always”]

Już w otwierającym całość „We Declare Warren Peace” psychodeliczna ballada łączy się klasyczną partią smyczków i popiskującymi klawiszami rodem z Neue Deutche Welle. A to tylko początek! Dalej trafiamy na prawdziwie post-modernistyczną orgię cytatów i parafraz – „In Love With The Enemy” miksuje w zaskakujący sposób synth-popową melodykę z industrialnymi bębnami i kosmicznym tłem, „Cyberkid” pulsuje morderczym rytmem w stylu EBM, ustępując w pewnym momencie miejsca free-jazzowym improwizacjom, a „Animal Party” wpisuje easy-listeningowe dęciaki w transową galopadę kraut-rockowych bębnów. Uff!

Ta karkołomna ekwilibrystyka elementami różnych gatunków raz kończy się dla duetu dobrze, a kiedy indziej – źle. Zaśpiewany przez T.Raumschmiere „Hollywood Yourself” porywa pomysłowym zestawieniem szorstkiej partii gitary, industrialnych efektów i minimalowej elektroniki, a „Moving Close” – poraża feerią psychodelicznych dźwięków wpisanych w niemal dyskotekowy podkład rytmiczny. Ale już zbyt natrętnie odwołujący się do Beatlesów „Hello Mom” rozczarowuje swą oczywistością, a przeładowany do granic możliwości „Fuck Off Happy” odpycha chaotyczną kakofonią orkiestrowych dźwięków.

„World Warren III” to oczywiście wyraz pełnej wolności artystycznej Nackta i Cherie. Takie anarchiczne podejście do tworzywa dźwiękowego rzadko jednak sprawdza się w stu procentach. Dobrze jest, jeśli twórcom uda się wprowadzić do swych działań nieco dyscypliny. Tutaj momentami tak się stało, a momentami – niestety nie. Dlatego efekt jest nierówny. Tak czy siak – obok tej płyty nie można przejść obojętnie. „Enter” czy „Delete”? Wybór należy do Was.

Shitkatapult 2011

www.shitkatapult.com

www.myspace.com/shitkatapult

www.warrensuicide.com

www.myspace.com/warrensuicide

Z wyłączoną świadomością – wywiad z Öszibarackiem

Nowy album grupy Öszibarack przynosi finezyjną muzykę pod równie finezyjnym tytułem – „40 Surfers Waiting For The Wave”. Rozmawialiśmy o nim z liderem i producentem zespołu – Agimem Dżeljilji. Czytaj dalej »

Gonjasufi za friko

Jak przystało na uduchowionego człowieka, kalifornijski producent abstrakcyjnego hip-hopu Gonjasufi, dzieli się z innymi za darmo – i to tym, co ma najcenniejsze. Czyli nową muzyką. Czytaj dalej »

Natural Snow Buildings – Waves Of The Random Sea

Post-rock niezmiennie pełni rolę enklawy dla artystów, którzy swoje eksperymenty chcą zamknąć w instrumentarium typowym dla muzyki rockowej. Dwudziestominutowe gitarowe hybrydy, choć z początku mogły zafascynować, to z czasem podzieliły los większości nowości – spowszedniały. Co jednak, gdyby do procesu twórczego podejść uzbrojonym w pokaźną paletę instrumentów akustycznych, których gra unisono nasuwa podejrzenie o posiadaniu niemałej kolekcji pamiątek z podróży po krajach Wschodu, lub jest rezultatem pokaźnych zakupów na eBayu? Dobrą odpowiedzią na to pytanie zdają się być ostatnie dokonania Natural Snow Buildings.

Najlepiej potraktować ten album jak słuchowisko, gdyż momentami nie sposób nie odnieść wrażenia, iż filmowa atmosfera towarzysząca choćby ‘This Ice Fortress’ została celowo spreparowana dzięki wykorzystaniu odgłosu wolno jadącego drewnianego wozu oraz wrzasku przelatujących ptaków, co właściwie wystarczyło, by nadać rys fabularny tej kompozycji pozwalający na osobiste uzupełnienie muzyki swoim scenariuszem. Rozbudowane utwory osnute mistyczną aurą są istnym poligonem doświadczalnym – inkrustowane sennymi wokalizami i partiami solowymi egzotycznych instrumentów zanurzonymi w psychodelicznych majakach nie dają się jednoznacznie zaszufladkować. Muzyka Natural Snow Buildings często zbliża się gatunkowo do stylistyki ambientu, w której nacisk położony jest na umiejętne operowanie minimalnymi zmianami rytmu oraz melodii. O nudzie nie może być jednak mowy, gdyż z pozoru mało skomplikowane utwory w trakcie skupionego odbioru obnażają mnogość wykorzystanych do nagrań instrumentów – od syntezatorów klawiszowych i uzupełniających się nawzajem partiach gitar po różnorakie perkusjonalia i drewniane aerofony.

Grupie nie sposób odmówić pomysłowości – kontrapunktem zamykającym kompozycje ‘Still Desert’ oraz ‘This Ice Fortress’ są ciche ballady ze słowami wyszeptanymi drżącym falsetem. Tworzą niesłychanie intymny klimat tak odmienny od zawiłych, medytacyjnych tworów, w jakich specjalizuje się Natural Snow Buildings, a odpowiedzialny za nie jest Mehdi Ameziane – męska połówka tego francuskiego duetu.

W przeciwieństwie do głównego nurtu post-rockowych zespołów dynamika oraz stopniowanie napięcia nie są fundamentalnym składnikiem brzmienia Natural Snow Buildings. Kompozycje o wyraźnym orientalnym rysie nadanym przez dźwięki sitaru i fletu z równoczesną marginalizacją gitary elektrycznej, będącej najczęściej jedną ze składowych tła, stały się dla Solange Gularte i Mehdiego Ameziane drogą do wykreowania oryginalnego stylu i głównym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę produkcję.

Płyta ‘Waves Of The Random Sea’ udowadnia, iż post-rock wcale nie musi być oparty na rozpędzających się przez kilkanaście minut rzężących gitarach, które w kulminacyjnym momencie gasną, bądź przeistaczają się w jazgotliwy kłąb chaosu. Utwory pełne improwizacyjnej swobody utrzymanej w duchu muzyki folkowej tchną świeżością wyróżniając się na tle zespołów niestroniących od rozległej, wielowymiarowej formy. Post-hippisowska, psychoaktywna pigułka rozszerzająca świadomość.

Blackest Rainbow | 31.01.2011

4/5

Jonas Reinhardt – Powers Of Audition

Podbój kosmosu na dzień dzisiejszy uważany jest za szczytowe osiągnięcie ludzkiej myśli technicznej. Nic dziwnego, że twórcy muzyki, w szczególności muzyki eksperymentalnej, znaleźli w tym temacie niewyczerpane wręcz źródło artystycznego natchnienia. Nie jest więc przypadkiem to, iż narodziny dźwięków powstałych z tychże inspiracji przypadają na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia – okres, w którym człowiek zapisał pierwszą kartę historii swej gwiezdnej tułaczki. Ci, którzy podróżować nie mogli, a było ich wielu, musieli zadowolić się psychodelicznym space rockiem spożywanym równocześnie z kolejnymi dawkami narkotyków.

Muzyka grupy Jonas Reinhardt brzmi dziwnie znajomo. Melodyjne gitarowe pasaże przesycone delay’em, piętrzące się na tle ściśle współpracujących z akustyczną perkusją pulsacyjnych rytmów, wytyczonych przez elektroniczny kombajn złożony z sekwencerów i samplerów. Pojawiający się sporadycznie wokal stanowi właściwie dodatkowy element dźwiękowej układanki – mocno przetworzony pełni rolę równorzędnego instrumentu, aniżeli przekaźnika idei zawartych w śpiewanym tekście. Kompozycje rozwijają się powoli, dając tym samym możliwość pełnego zasmakowania w nawarstwiających się partiach instrumentów dołączających do motywu przewodniego. W utworach słychać wyraźne echa dokonań Tangerine Dream, zaś brzmienie instrumentów klawiszowych zdaje się być żywcem wycięte z albumów Jean Michel Jarre’a. Zespół uniknął moich oskarżeń o plagiat sprawnie zszywając własne pomysły ze świeżym spojrzeniem na klasykę. Obrazowo można by przedstawić to tak: Wyżej wymienieni muzycy decydują się na współpracę w czasach swoich największych sukcesów. Robią sobie przerwę wychodząc na godzinę ze studia, w którym roi się od porozkładanego wszędzie sprzętu. Wtedy, z ambitnym postanowieniem stworzenia czegoś nowego, jednak z nieustannie wirującymi w głowie dźwiękami swoich idoli, jakie usłyszeli przed chwilą przez ścianę, do akcji wkracza ekipa Jonas Reinhardt, która korzystając z pozostawionego instrumentarium nagrywa własny materiał.

W efekcie treść pozostała niezmieniona – dostarczanie przeżyć ezoterycznych słuchaczom, bądź po prostu – czerpanie radości z grania i przekazywanie wytwarzanej tym samym energii do naszych uszu. Natomiast, dzięki świeżemu spojrzeniu na temat, forma – choć czasem wpędzająca słuchacza w muzyczne deja vu, zyskała wiele nowego przez syntezę krautrockowej przebojowości z muzyką elektroniczną swobodnie przenikającą się z ambientem. Stąd też utwory takie jak ‘Atomic Bomb Living’, czy też tytułowy ‘Powers Of Audition’ skojarzą się z NEU! na prochach, a w ‘Only You Can Achieve Nitrogen’ oraz ‘Near A Mirrored Pit Viper’ łatwo znajdziemy odbicie twórczości Vangelisa/wczesnego Oldfielda. Zresztą na równi ze słuchaniem dużą radochę sprawia wyławianie inspiracji, jakie wpłynęły na brzmienie tej kalifornijskiej grupy.

Wydawać by się to mogło ryzykowną strategią w momencie, kiedy wiele współczesnych zespołów całkiem skutecznie potrafiło po swojemu zinterpretować szkołę przestrzennego grania odcinając się, jak to tylko możliwe, od dokonań przodków, lub też sprawnie zacierając źródła natchnienia. Ryzyko to jednak opłaciło się – walory artystyczne, jakie prezentują na albumie ‘Powers Of Audition’ podopieczni Kranky Records, górują nad ładunkiem sentymentalnym towarzyszącym muzyce. Cytaty oraz zapożyczenia nie przekraczają granicy zuchwałej kradzieży, a charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych sztuczne brzmienie trąbki produkowanej przez syntezator gitarowy oraz analogowe podkłady klawiszowe przeżywają drugą młodość, stając się sprawnie władanym orężem w rękach zespołu łączącego wiele nurtów muzycznych powstałych na przestrzeni lat, których wspólnym mianownikiem była chęć wyniesienia słuchacza w rejony pozaziemskie drogą inną niż robiło to NASA.

Space rocka odkrywać już nie trzeba – zrobili to Brytyjczycy blisko 40 lat temu. Jonas Reinhardt składa hołd gatunkowi, który zespoły takie jak Pink Floyd, czy też wspomniany już Tangerine Dream sukcesywnie eksplorowały na swoich najlepszych albumach, a wiele innych włączyło jego składowe do swojego stylu. Nowa pozycja w katalogu chicagowskiej wytwórni jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy z sentymentem powracają do muzyki gigantów tamtych czasów. Zaś dla tych, których odkopywanie kamieni węgielnych minionej epoki nie napawa dreszczem emocji krążek ‘Powers Of Audition’ będzie wymarzoną wprost okazją, aby zapoznać się z ‘nowożytną’ odsłoną kosmicznych wojaży.

Kranky | 15.03.2010

4/5