Manu Delago – Parasol Peak
Jarek Szczęsny:

Wspinaczka z instrumentami.

Emika ‎– Falling In Love With Sadness
Mateusz Piżyński:

Czy uptempo to dobra kanwa na smutne opowieści?

Terence Fixmer – Through The Cortex
Paweł Gzyl:

Nastrój, nie energia.

Mazutti – Kształt Jazzu Który Ma Dojść
Jarek Szczęsny:

Albo i nie.

Aphex Twin – Collapse EP
Ania Pietrzak:

Ukochany troll częstuje kryształami.

Tim Hecker – Konoyo
Jarek Szczęsny:

Wkurz przemądrzałego realistę.

Kaczmarek – K.A.C.Z.M.A.R.E.K.
Paweł Gzyl:

Kolejny krok w stronę eksperymentu.

Envee, Teielte oraz Petite Noir
Jarek Szczęsny:

Polska i reszta świata.

The Lotus Eaters – Desatura
Paweł Gzyl:

Wycinki ze studyjnych improwizacji.

Marie Davidson – Working Class Woman
Jarek Szczęsny:

Alternatywny bal.

Puce Mary – The Drought
Paweł Gzyl:

Dominacja czy uległość?

The Dumplings // Oxford Drama
Jarek Szczęsny:

Młodzi, zdolni, elektroniczni.

Various Artists – Air Texture Vol. VI – Selected By Steffi & Martyn
Paweł Gzyl:

Breakbeatowa wersja ambientu.

Szun Waves – New Hymn To Freedom
Jarek Szczęsny:

Pasuje jak ulał.



Archive for Październik, 2018

Pleq – Sound Of Rebirth


Zaledwie nieco ponad trzy miesiące temu, zasłuchiwałem się w świeżo wydanym wydawnictwie od U-Cover, autorstwa naszego rodaka, Bartka Dziadosza, „My Life Begins Today” a już w moje ręce trafiło jego najnowsze dziecko, „Sound Of Rebirth”. Tak atrakcyjne fizycznie, dzięki imponującej poligrafii, jak i merytorycznie, mamy bowiem do czynienia z najlepszym materiałem Pleqa w całej jego dwuletniej i zawierającej blisko piętnaście pozycji (sic!) dyskografii. Pełnowartościowym i nie pozostawiającym poczucia niedosytu, zastępującego oczekiwaną satysfakcję, jak było to w przypadku niektórych jego albumów. Pleq nigdy nie kazał nam czekać zbyt długo na nowy stuff, ale od ostatniego czasu rozpędził się i z płyty na płytę zbiera coraz wyższe noty. Czy tylko ja mam wrażenie, że ten facet nigdy nie cierpi na brak weny?

Od samego początku obcowania z „SoR”, atakuje nas mrok, który jeszcze na żadnym longplayu Bartosza nie był tak gęsty i przytłaczający. Album rozpoczyna się od depresyjnych dźwięków fortepianu, zapętlonych na tle cykającego glitchu. Schizofreniczny głos Hirro-tent rozbrzmiewający od pierwszych sekund „Black Dog”, wysuwa się na przód, grając w numerze pierwsze skrzypce, swą charyzmą przysłaniając nieco gospodarza i to jedna z największych niespodzianek „Sound Of Rebirth” – jeszcze nigdy muzyka Pleqa nie była tak głęboko schowana za ludzkim głosem, czasem pełniąc niejako rolę ilustracji. Nadaje to jego kompozycjom klaustrofobicznej barwy, która obecna jest również w czysto instrumentalnych utworach, jakim jest choćby „Hackneyed Words”. Trochę w stylu Proem, trochę jak Autechre, Dziadosz bawi się rytmiką, puszczając w rytm industrialne blachy i tektoniczne drumsy, które jakiś czas później biegną pośród ponurych smyczków. Robi się majestatycznie i złowrogo.

Sąsiedni „The Ribbon”, powraca do brzmień znanych z „My Life Begins Today”. Powietrze jest rozrzedzone, zanieczyszczone tylko nieco przez syczące powietrze i lo-fi sygnały, przez które przedziera się minimalistyczna melodyjka o silnie uzależniających właściwościach. Kawałek „Raindrop” z gościnnym udziałem Natalii Grosiak, jest kolejnym dowodem na to, że kompozycje Bartka potrzebują narratora, a na pewno wiele dzięki niemu zyskują, wówczas jego muzyka staje się bardziej pełna i ma się ochotę do niej wracać. Na poprzednim krążkach trochę tego brakowało, wystarczy posłuchać obu wersji „Raindrop”i zestawić je ze sobą. Grosiak improwizuje, bawi się delikatnym, wręcz porcelanowym głosem, przekładając język instrumentów na ludzki. Fascynujący, pełen intymności dialog.

„I Saw Some Pretty Flowers Today” i „On Your Way” to z kolei intrygująca przeprawa wzdłuż dark ambientowych pasm, które przerywa tylko czasem głuchy dźwięk akustycznej gitary i reverbowe klawisze. Kiedy spojrzałem na tracklistę „Sound Of Rebirth” i dostrzegłem na niej Magnitophono, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Na „My Life Begins Today” była taką wisienką na torcie, jak jest tym razem? Mogę jedynie ponowić apel do Pana Dziadosza o bardziej zażyłą współpracę z rzeczoną artystką i pokuszenie się o nagranie czegoś więcej, niż tylko okazjonalnego utworu. „The Robot Cant Swim” podobnie jak „Noisy Stars” to zmagania z nieco mniej oczywistą odmianą trip-hopu niż tą, która reprezentuje choćby osławiony Portishead. Jest cicho, chłodno i akustycznie. Eleni Adamopoulou krąży gdzieś za mgłą, przez którą przebijają się jedynie skromne perkusjonalia, a my mamy ochotę położyć się na łóżku, zapętlić track i popaść w głęboki sen. Delicious.

Z tego przyjemnego letargu nie wytrąci nas dalsza część albumu. „Oyasumi Nasai” kołysze zmysły lampowym, jasnym dronem i cienkimi jak papier sygnałami, przez które przenika tajemnicze piano. „A Very Gentle Death” dodaje do tego jeszcze mrożące krew w żyłach, szeptane wokalizy, które niczym duchy krążą dookoła starego fortepianu na zapuszczonym strychu. Numer tytułowy cofa się do modern classicalowych fascynacji Pleqa. Niskie, żałobne wiolonczele przypływają i odpływają bezwolnie niczym morskie fale, przy okazji wyrzucając na brzeg mikrocząsteczki glitchu, wybijając nimi połamany rytm, dzięki czemu nagranie przypomina niektóre dokonania niemieckiego Hecq, wieńcząc jednocześnie podstawową cześć najnowszego wydawnictwa śląskiego producenta.

Czas na remixy, których na „Sound Of Rebirth” wyjątkowo dużo. Pierwszym z ich pięciu to „Swell Bliss” przerobiony na downtempową modłę, prezentujący ciekawe połączenie drewnianych stukotów, kojarzących się z twórczością Giuseppe Ielasi z rzewnymi smyczkami przywołującymi „Treny” Michała Jacaszka – tak barwą, jak i funeralnym klimatem. „Sound Of Rebirth” w wykonaniu Tapage, to zwrot w stronę basowych wobbli i abletonowych struktur, których nie sposób odnaleźć na „Raindrop (Spyweirdos Remix)”, który zatapia oryginał w jazzowym sosie i zimnych strugach deszczu, dodając przy tym szczyptę ambientu i droneu.

Dzięki „Sound Of Rebirth” Bartek Dziadosz staje się powoli najlepszym towarem eksportowym polskiej muzyki alternatywnej, choć już od dawna jego muzyka budzi podziw w wielu zakątkach świata. I tylko u nas, nadal pozostaje jednym z najbardziej niedocenianych i atakowanych artystów niezależnej sceny. Bo uważa się prekursorem nowego gatunku – być może na wyrost. Bo wydaje swoje albumy za granicą, przy okazji krytykując nasz kraj za wiele – często mając przy tym wiele racji. Pleq to postać wzbudzająca emocje, jednak jego muzyka dostarcza ich nieporównywalnie więcej. Być może jest zadufany i bezczelny, ale oprócz tego, dzięki takim albumom jak „Sound Of Rebirth”, jawi się jako cholernie utalentowany i inteligentny artysta, który wie jak poruszyć i zafascynować trudnym dźwiękiem. I ja to kupuję.

impulart.com

myspace.com/pleq
Impulsive Art, 2010

Sound Of Rebirth – wygraj płytę Pleqa!

Z okazji Nowego Roku, Nowamuzyka.pl zaprasza do wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania trzy płyty Pleqa „Sound Of Rebirth” Aby wziąć udział w konkursie i wygrać płytę, wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe i nadesłać prawidłową odpowiedź na adres e-mail sebastian.gabryel@gmail.com

Pytanie konkursowe: Którego dnia na Opener Festiwal 2010 zagrał Pleq?

Wśród wszystkich, którzy nadeślą poprawną odpowiedź, zostaną rozlosowane płyty. Konkurs potrwa do 1 stycznia, do godz. 22. Zwycięzcy zostaną powiadomieni o wygranej drogą mailową.

7 listopada, nakładem greckiego labelu Impulsive Art ukazał się najnowszy album Pleqa – „Sound Of Rebirth”. Jest to jego pierwsza płyta w tej oficynie. Pleq zaangażował sporą grupę artystów przy tworzeniu krążka. Głosu do niektórych utworów użyczyły Natalia Grosiak oraz Emi Hosokawa. Poza tym na płycie znalazły się 3 remixy bardzo prestiżowych artystów na scenie experymentalnej elektroniki: Nebulo, który wydaje dla Hymen, Tapage nagrywającego dla Tympanik Audio i Spyweirdos, który wydał min. dla Ad Noiseam.

impulart.com

myspace.com/pleq

Podsumowanie 2010 – Filip Szałasek

10 najlepszych płyt 2010

„Salem” „Salemem”, ale gdyby zmiksować „Doedeer” i „Celestikę” razem, to Crystal Castles byliby faktycznym przedwiośniem witch houseu, a przynajmniej tych jego trashowych, mniej ezoterycznych odsłon. W toku 2010 roku (witch house, pustki w indie i chart popie, Robert Smith) na projekt Glass i Khana padło trochę nowego światła. Rys autonegacji i tuż obok, na prawach kontrastu, miotające się między nachalnym a nieśmiałym, wołanie o uwagę publiki, którą interesuje tylko otrzymanie takiej porcji cyrku jaką opłaci przy wejściu. Trudno o lepszy zapis zmęczenia, upadku i prób wzlotu typowej, zdawałoby się, attention whore, z obrzydzeniem godzącej się, że dola przypada tylko temu, kto zagra zgodnie z oczekiwaniami. Chwiejnie rozwojowy charakter tej płyty, gorzko autotematyczne liryki, atmosfera miotania się między skrajnościami i w końcu także momenty realnej rozpaczy i uwięzienia w schemacie, kłócą się z kojarzonym z Crystal Castles obrazem raveu grupującego aspirujących do hedonizmu wanna-bes.

Drażniące wysokie tony, elementy lo-fi i usterki edycyjne są dla Rangers tym czym herbata dla harcerzy, jeśli mają na celu sporządzenie mapy skarbu. Trzeba papier wymoczyć, ubrązowić, wymiętosić go i wsadzić do zardzewiałej puchy żeby mógł pokosztować blichtru bycia artefaktem, peer to peer dla fikcji. Tak naprawdę „Suburban Tours” jest pod spodem wypełnione gładkimi, rozrywkowymi brzmieniami. Nawykowo odczytywane jako symbol bezduszności, repetycje ujawniają z czasem swoją emocjonalną, intuicyjną taneczność, modnie krautową (zabieg ironiczny w kontekście prowadzonej przez autora refleksji nad post- popu) szczególnie w centralnych partiach albumu.

Wszystkie utrudnienia i nośniki niesamowitości są dla Knighta narzędziami stylizatorskimi, maskami ukrywającymi faktyczny tryb narracji. Nie da się patrzeć w przyszłość z perspektywy przeszłości nie odczuwając dreszczyku hazardu i nie ulegając pokusie deformacji. Tajemnicze mechanizmy, automaty napędzane maną jak roboty w crpg Arcanum oraz przygodówkach point&click Syberia, The Longest Journey lub Dreamfall, ożywione urządzenia z prozy Wellsa i Hoffmanna… Początkowo budzą niepokój przynależący do odczuwania groteski, ale z czasem, po oswojeniu się, potrafią być fascynujące i barwne jak świat retrofuturystycznego malarstwa Harryego Granta Darta (słynne Aerostatic Cabrio zdobiące komiks Explorigator). Łączenie impresjonistycznie miękkiej kolorystyki z wyobrażeniami preindustrialnych cudów techniki reprezentuje m.in. moje ulubione „Glen Carin”, którego demoniczny rdzeń spętany został jak bluszczem misternymi pasażykami pastelowych klawiszy.

Ciekawy jest obraz Zdenerwowani z Jumièges Evaristea Vitala Luminaisa. Przedstawia dwóch mężczyzn, którym wypalono ścięgna goleni i kolan. Zdenerwowanie funkcjonowało w XVII i XVIII wieku jako nazwa tortury rodowej Merowingów, funkcjonowało więc dosłownie – jako określenie na amputację nerwów, a nie tak jak dzisiaj, zupełnie na przekór oznaczając nadwyżkę emocji (powinno być „zanerwowanie”).

Podobnie jak w historii z alternatywną etymologią zdenerwowania, Deerhunter dotarł do mnie dopiero kiedy z zespołu powszechnego użytku, wymienianego z głowy wśród luminarzy eksperymentalnego, nowatorskiego indie rocka, zmienił się w manufakturę piosenek o jawnych, otwartych kompozycjach (tak samo mam zresztą z tegorocznym albumem Dungen). Trudno się nie uśmiechnąć nad „Dont Cry”, nie zauważyć niemal Coldplayowego („Clocks”?) „Desire Lines”, nie odpłynąć przy „Helicopterze”. A po opuszczeniu wierzchniej warstwy singli nadal jest w czym wybierać: „Revival” ze swoją demagogiczną melodią i intrem kojarzącym się lekko z Calexico, niesamowity opener oraz apatyczne „Sailing”, mogące z uwagi na liryk uchodzić za wariację na temat „Ive Seen It All” duetu Björk – Yorke. Brak skipów przy indie circa 2010, lekki cud.

„Halcyon Digest” funkcjonował dla mnie w tym roku jako odpowiednik „Veckatemist” – płyta dotrzymująca towarzystwa, potrzebna, dobra, niekiedy nawet wyraźniej w sensie etycznym niż muzycznym, a więc kojąca. Do tego dość zagadkowe „He Would Have Laughed”, które interpretowałbym jako powrót do poprzednich, bardziej „poszukujących”, płyt, ale z już z nowym nastawieniem, trochę wycofującym się ze sławy i istotności na scenie, bo przecież zauważalnie więcej na „Halcyon” jest już Atlas Sound niż samego Deerhuntera, więc albo Cox dryfuje w bardziej osobiste, mniej wizjonerskie rejony albo po prostu pogubił się już w gąszczu własnych premier i to miała być udana wersja „Logos”.

Na wydanym dwa lata temu „From Our Mouths A Perpetual Light” Barn Owl przywoływali pustynie, tajemnicze dżungle i świątynie, klimat old schoolowego fantasy magii i miecza. W 2010 skupili się na kreśleniu pozornie dalekich od spektakularności obsydianowych, szklistych powierzchni znanych z surrealistycznej „Ostatniej plaży” J. G. Ballarda. Dorzućmy hasła takie jak desert rock i Earth i będziemy prawie w domu. Prawie, bo Barn Owl znacząco się rozwinęli: surowy, barbarzyński drone pozyskał wyraźnie impresjonistyczny, malarski wymiar. Plamy pylistego cienia przywołują na myśl beznamiętne, medyczne dubstepy, ale liryczna druga połowa albumu przerzuca pomost między suchym, ascetycznym „Hex; Or Printing In The Infernal Method” Earth a opalizującym nowością „Dagger Paths” Forest Swords.

Generujące naturalny trans operowanie przestrzenią odsyła do hipnotyzującego space rocka obu części „Dryystonian Dreamscapes” Yume Bitsu (sugestywna, zaraźliwa stylizacja na wyzwolone z granic wykonanie live). Obszerne fragmenty na pozór nieczułych jamów konsultują dobór palety barw z kinematograficznymi projektami typu Mono lub Worlds End Girlfriend, a mistycyzm, którego nie mogło zabraknąć w tym nieprzyjaznym, skalistym otoczeniu, wyłania się za sprawą interesującej manipulacji: twarde, zdyscyplinowane riffy, przywołujące na myśl spartańskie brzmienie zastosowane przez Albiniego na tegorocznym albumie Scout Niblett, spoczywają w otulinie miękkich, płynnych droneów, które poddane skrupulatnie kontrolowanemu delayowi imitują wokale, przejrzyste jak obraz rzucany przez nierówno zasilany projektor („Visions In Dust”). Przewijając się tu i ówdzie, sztuczka ta antycypuje piękny ghost noiseowy finisz „Light From the Mesa”

Pierwsza pozycja gromadzi pięć improwizacji rozwijających proto-ambientowe „Albatross” Fleetwood Mac. Druga prezentuje sześć skandynawskich pejzaży ilustrujących krótki utwór prozatorski dołączony do boksa (który nota bene zawiera też demo „Flotsam”, kolejnej, zapowiedzianej na przyszły rok, płyty Plinth). W obu przypadkach mamy do czynienia z impresjonistycznym, minimalistycznym slow-corem wygrywanym na strzępkach pianina, smyków, organów i XIX-wiecznego dulcytonu, osadzonych w biblioteczce dyskretnych nagrań terenowych. Eleganckie, limitowane wydanie podwyższa jeszcze niedzisiejszy romantyzm tych doznań.

„Albatross” jest cieplejszy w swojej swobodzie i dotlenieniu, „Music For Small Lighthouse” to chłodniejsza strona duetu: bogatsza instrumentalnie, niepokojąca i pełna odwołań do mediewalnych mitologii podbiegunowych. W obu jednak ujawnia się religijny akcent, przeczucie obecności tchnącej z elementów pejzaży. Intuicyjnie odbierany panteizm wyraża pieczołowite wykończenie detali: brak właściwie jednolitego rdzenia kompozycji, ich bazę większość uznałoby za ornamenty tła: gruzłowate konglomeraty skał, sypki osad pianki pozostawionej na piasku przez cofającą się marznącą falę. Tanner w pełni realizuje zamierzenia Xeltrei, projektu podjętego kilka lat temu przez Davida Wengrenna (Library Tapes). Na jedynej dotychczas płycie Xeltrei – „Litotes” – patos i dramatyzm budowało pomniejszenie, tytułowa litota, w żadnym razie jednak nie zbliżając się do wypracowanego przez Plinth efektu subtelnej, zmysłowej narracji.

Dość łatwo i przyjemnie recenzowało się Locrian jeszcze niedawno, np. przy okazji zeszłorocznego „Drenched Lands”, kiedy były jeszcze adekwatne etykietki takie jak post-rock, post-metal, sludge… I tutaj też miało być łatwo. Przecież choćby tytuł: „Kryształowy świat” Ballarda albo „Kocia kołyska” Vonegutta, motyw lodu K-9, i po wszystkim, zgrabna recka. A tu post-apokaliptycznych pejzaży brak, nowy start. Pozostały androgyniczne, perwersyjne wrzaski, ale skutecznie zredefiniowane przez sąsiedztwo kapłańskich damskich wokaliz. Właściwie to już ambient, ale pozbawiony struktur, faktur i wszelkich śladów fascynacji mocą stwórczą techniki. Jeśli traktować ten album jako personifikację to tylko człowieka naturalnego, odłączonego od wszelkich wspomagaczy. Finałowe „Elevations And Depths” to „My Father My King” tego zespołu. Podobnie jak w 2001 Mogwai, tak w 2010 Locrian nagrali najlepszą post-rockową instrumentację roku, a może i lat sąsiednich, bo trudno sobie wyobrazić kompozycję bardziej wypełnioną: jędrne, namacalne ciało połyskującego mrokiem basu wije się lubieżnie przez zakamarki bliskowschodniej gitary, akustycznej zresztą, tym bardziej akcentującej brak wszelkich stereotypowych dla genre rozwiązań: stosowanych ad nauseam ścian hałasu czy od dawna już nieodmiennie epigońskiej dramaturgii atak-cisza. Locrian przypominają już teraz Yoga lub Alcest, projekty, wokół których pulsowało w zeszłym roku najbardziej natężone życie post-modernistycznych odsłon metalu.

Pod koniec XVIII wieku wydano w Paryżu relację pt. „Podróż kapitana Cooka na półkulę południową”. Robert Bénard zilustrował książkę, a jego rysunki wraz z upływem czasu zyskiwały na niesamowitości. Inaczej niż kilkaset lat temu, dziś każdy wie cokolwiek o Tahiti. Nie kojarzy się z potworami, końcem świata, opaczną moralnością. Oglądane dziś, tworzone na wiarę ilustracje Bénarda, takie jak „Zamaskowani wioślarze z wysp Sandwich” czy „Ceremonia żałobna na Tahiti”, pobudzają jednak kolektywne, zakodowane w podświadomości doświadczenie, niepokojąc tym, co odległe i przewrotne, ale i budząc miły dreszcz naiwnej wiary w zabobon. „Schattenspieler” wydaje się być fantazją na temat świata opanowanego przez mroczny strukturalizm elektroniki w duchu Heckera, w którym zachowały się strzępy wspomnień o rnb, grzesznej muzyce pożądliwych ciał i dusznej żądzy. Fjellstrom boi się swojej wiedzy, ale, spoglądając na swój alchemiczny emblemat, wie, że powinnością irracjonalisty jest takie dążenie do prawdy, by nie przesłoniły jej fakty, więc klei z tego, co sobie wyobraża, z tego, co odziedziczyła po przodkach kora jego mózgu – klei wbrew zarządzeniom imperatorskiej cenzury – kształt pierwotny rnb, słaby i mizerny, jego ulotne kwantum. I tak, w roku którymś po apokalipsie, ekshumowane z czerni zapomnienia, szczątki rnb będą budzić te same odczucia, co w 2010 rysunki Bénarda wykonane w 1778.

Trochę dziwi, że tak dobra jest jedna z najprzystępniejszych płyt w dyskografii tego ultrainteresującego projektu. Efekt podkreślają obie bezpośrednio poprzedzające premierę albumu krótkie wydawnictwa: gromadzące dema i soundchecki „Aleph At Docetic Mountain” oraz ambientowa EPka „Haunted Waves, Moving Graves”, rozwijająca w stylu „Vivian&Ondine” Basinskiego oceaniczny drone – epilog „Baalstrom…” (sytuacja analogiczna do uzupełniania przez ambientową EPkę „I Have A Special Plan For This World” wydanego w 2000 albumu „Sleep Has His House”, bardzo zresztą bliskiego wymowie omawianej tu płyty).

Boginka śmierci, Chiara („the apocalypse girl, Chiara, in her hat / sits and talks to atoms and planets” w: „With Flowers In the Garden of Fires”), kokieteryjnie bawi się przesuwając palcem planety i gwiazdy na ozdobnym łańcuszku. Kobieta na fotografii wygląda pięknie w skądś znajomych narratorowi ubraniach, ale już za późno, aby żyła. Chwilę po wejrzeniu w jej urodę wypływa temat rakiet i broni masowego rażenia. Na samym początku, to kobieta pyta: Is everything all right, love? i wspaniałe, jak pierwsze słowo następującej po tym frazy Tibet melorecytuje z wygasającym oburzeniem, pobłażliwie zbywając samozwańczy głos rozsądku sugerujący, że stał się monomanem.

Banalnym i ordynarnym odczytaniem byłoby uznanie Tibeta za mizogina spajającego damskie akcenty z zagładą, niebezpieczeństwem, destrukcją. Postacie kobiece, standardowo, działają na „Baalstorm..”. w zastępstwie idei takich jak zmysłowość i piękno. Stały się częścią imaginarium, bo autor wizji zapragnął ją upiększyć jasnymi symbolami, nadać jej rumieńców, delikatności, uwiarygodnić własne zahipnotyzowanie poprzez wplecenie stanu bardziej uniwersalnego: zauroczenia. Jak upiększyć krach rzeczywistości z takim wyczuciem, żeby wizja nie zostawiła w tyle słów? Oprzeć nowe metafory na temacie niemożliwym do zużycia. Piękna apokalipsa jest nieosiągalna (koniec świata musi budzić zanieczyszczający doznania estetyczne żal w jego użytkowniku), piękne kobiety odwrotnie.

Pobrzmiewają w tej metodzie echa Dantego lub Nervala, zagłuszającego instynkt samozachowawczy, aby z pełną swobodą wkroczyć w uczucie do Sylwii czy Aurelii. Miłość do nich z góry zapewnia szaleństwo, ale ból jest piękny, jeśli zadaje go piękny oprawca pięknym narzędziem. Aż miło o nim pisać, szczególnie, że każda literka zbliża do upragnionych i przeczuwanych innych światów. Z wycinków różnych modelek, (wymienia je zresztą po nazwisku we wkładce płyty: Chiara Barzini, Simo Dalla Valle, Sarah Dietrich, Ksenia Nefedova) Tibet wymodelował galion – rzeźbę dziobową monolitycznego, budowanego od trzydziestu lat okrętu, targającego się na zdobycie świata pełnej ekspresji, kompleksowego uchwycenia wizji.

Maska przybrana przez Tibeta przypomina kartę postaci maga z Magii i miecza. Klisza recenzencka ustaliła się chyba gdzieś na wysokości premiery „Silent Shout”: mag elektroniki, mag pogłosu etc. Tibet wciela się w tę rolę na serio, z całą świadomością kostiumu, jakby wracając tropem pierwotnej semantyki do jednego z ciekawszych wyzwań role-playingu. Nawiedzone mamrotanie, wpadanie w szał oratorski, słowotok, uleganie brzmieniowym właściwościom słów kosztem sensu wywodu. W końcu: bolesna momentami pretensjonalność. Nieprzewidywalność. Odczytanie to musi jednak zacząć ewoluować, jeśli wziąć pod uwagę pojawiające się w kluczowych momentach głosy dzieci. Nie są to podręcznikowe sample ze sztucznie infantylizujących narrację dziewczynek grających w klasy czy chłopców, których wynurzenia poddane działaniom efektów pracują na duszny mikroklimat paranoi. W momencie, kiedy narrator „Baalstrom…” wspina się na szczyt gnostycznego szału lub rzuca słowami o ciężarze dogmatów filozoficznych, wchodzą mu w słowo dzieciaki, chwilkę nucąc za nim, zabawnie przekręcając zbyt skomplikowane dla siebie słowa lub przerzucając sobie z rąk do rąk, jak wersy wyliczanki, te zbyt gorące: brzmiące jak magiczne zaklęcia, wynikłe przypadkiem z mistycznej furii.

Dzięki tym dziecinnym wtrętom kombinezon używany przez Tibeta do wędrówki przez własną wyobraźnię jest śmieszny i godny politowania jak samotny, gadający do siebie o nadchodzącym piekle wędrowny kaznodzieja, słupiejący na rozdrożach ku uciesze goniącej za nim przez wioskę dzieciarni. Pretensjonalna maska posiadania prawd objawionych styka się z zakorzenionym w kulturze obrazkiem żebraka wieszczącego Armageddon na przejściu dla pieszych, ale w końcu maska topnieje odsłaniając żywą pokusę nawiązania relacji międzyludzkich (niezastąpiona Petrarkowska wizja kobiety).

Zazwyczaj to maluczcy piszą biografie geniuszy, nie odwrotnie. Vinnie Reilly poświęcił płytę swojemu zmarłemu przyjacielowi i mentorowi, może nie przeciętniakowi, ale jednak raczej osobie z cienia. Pomińmy jednak tę dedykację i nie dajmy się zniechęcić niezbyt interesująco rokującej formie moratorium. „Pean to Wilson” jest po pierwsze antologią reminiscencji z wcześniejszej twórczości Durutti Column, a więc wspaniałą okazją do rozpoczęcia przygody z poznawaniem tego projektu. Taneczne bity i beztroski nastrój „Stuki” przypominają trochę „Fidelity” z 1996, „Requiem” i „Duet With Piano” nawiązują do kompozycji z „Amigos Em Portugal” (1983), ciemne, koptyjskie melodie wokalne z „Chant” przypominają tajemnicze „Sunlight to Blue, Blue to Blackness” (2008, bezpośrednią zresztą zapowiedź „Pean”), aż w końcu sample z Marvinea Gaye w „Brother” odwołują się w prostej linii do wydanego w 1989 „Vinnie Reilly”, na którym Vinnie Reilly, stroniący od używania własnego głosu, samplował m.in. Otisa Reddinga, Annie Lennox i Tracy Chapman. Tak więc przekrój ominął właściwie tylko bardziej hałaśliwe, post-punkowe odsłony Durutti („Obey the Time”, 1990).

Po pierwszych sesjach z „Pean” trudno się zdecydować: bezwzględna, hipnotyczna fascynacja przeobraża się szybko w przytłoczenie atmosferą rodem z „Climate to Hunter” Scotta Walkera, a po chwili znów w górę kapryśnej amplitudy – w niemal dziecinny, naiwny nastrój towarzyszący słuchaniu swobodnych, wygrywanych w ogrodzie akompaniamentów na łagodne instrumenty. Spójna płyta kontrastów – tak bym spróbował to ująć, ani na krok nie wyzwalając się z pola grawitacyjnego Durutti, tak już nieustępliwego jak charyzma Cohena lub Reeda.

Mam tu akurat książkę pod ręką. Rzecz o Salomé tatouée Gustavea Moreau:

R. Caillois, W sercu fantastyki, Gdańsk 2005, s. 85-86

Ciało Salome pokrywają tatuaże w stylu Majów czy Egipcjan. Córka tetrarchy z Galilei z wykłutym na piersi lotosem o ogromnych oczach odpędzających zły urok, usiana hieroglifami, których symetrię wyznacza oś jej ciała – nos, wargi, pępek i płeć – zdaje się nam jakąś dzikuską z antypodów, nie wiedzieć jakim cudem przeniesioną z odległych kontynentów i wplątaną w okrutne, boskie, z góry przesądzone wydarzenia, o których opowiada Pismo Święte. (…) fantastyka wynika nie tyle z przemieszania epok, ile z połączenia niedających się pogodzić kultur i moralności.

Napisałem bezpośrednio po premierze „Love Remains” obszerny artykuł interpretujący sam zlepek lo-fi rnb, więc nie będę się powtarzał, zainteresowanych odsyłam bezpośrednio tam. Natomiast w krótkich i zachęcających notatkach rankingowych warto rzucić czymś oczywistym i nośnym: How to Dress Well to drugi obok Chaza Bundicka papież tegorocznych przewrotów w muzyce. Każdy dostał coś do bezwstydnego jarania się: podszytą nostalgią beztroskę chillwaveu albo rnb bezczelnie zagarnięte przez domorosłych producentów-kidnaperów, lekceważących mainstreamowy, blockbusterowy, wybitnie kasowy charakter genre i zmuszający je do pracy nad ekspresją własnych lęków i oczekiwań. „Walking This Dumb” to mój ulubiony singiel tego roku, wers „You wont need me where Im goin” to mój ulubiony liryk tego roku (to zdanie jest sylogizmem, ale komu chciałoby się go rozwiązywać, skoro zakłada sprawę tak wspaniałą jak bilokacja ukochanej), „Suicide Dream 2” ulubiona ballada, fuzja lo-fi i rnb to spełnienie moich niewypowiedzianych fantazji o idealnym gatunku. Mógłbym tak długo, ale naprawdę: nie chodzi przecież o to, żebyście posłuchali tej płyty jak najpóźniej.

Przegląd nowej polskiej – część czwarta

Kolejna część naszego subiektywnego przeglądu tego, co ostatnio wydarzyło się w nowej polskiej muzyce. Na widelec idą m.in. Trupwzsypie, Yazzbot Mazut, a nawet Smolik! 🙂 Sam – Sveerg – Am – Sveerg (Nasiono)

Nowa pozycja w katalogu Nasiona z nazwy przypomina tytuł opowiadania Huberatha – „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam…”, ale muzycznie to jeszcze większy obskur. Po pierwsze już po kilku sekundach powiedziałem sobie: Paralaksa. Wiele znaków rozpoznawczych tej zapomnianej perły pasuje do „Am-sveerg”. Towarzysząca Mazzollowi masa pseudonimów (ujawniło się jeszcze kilku, w tym kojarzony z Pogodna Paweł Osicki i często przewijający się na rodzimych płytach kontrabasista Jacek Mazurkiewicz) słusznie sugeruje trop super grupy: już chwilę po pierwszej minucie podniosła oracja i apokaliptyczne smyki odsyłają do GY!BE, a jak dalece przymruży się oko w obliczu takich porównań zależy już od indywidualnego odbiorcy.

Wydaje się, że stężenie absurdu, stylizacja na słuchowisko rodem z „Polovirusa”, jazzowe i yassowe inklinacje przywodzące na myśl Osjana, przeznaczają ten album słuchaczowi zaznajomionemu z polskim gabinetem kuriozów. Z drugiej jednak strony świetnie bawiłem się także w tych momentach, które pozostały dla mnie niejasne, więc wyraźna intertekstualność albumu nie jest barierą. Na przeszkodzie nie staje również improwizowany charakter płyty, bo jest to transowa, bogata spontaniczność Brasil And the Gallowbrothers Band albo i nawet Coil, daleka od mściwego rzucania kłód pod nogi. [Filip Szałasek]

Smolik – 4 (Kayax)

Polski Godin i Dunckel w jednym, czyli Smolik, nasz człowiek od chilloutu, nagrał czwartą płytę. Tylko co z tego? Ano nic. Wciąż te same smutno-kojące pioseneczki, których nagrywanie opanował do perfekcji – zacni goście i ich zacne głosy, jazzujące i subtelnie elektroniczne instrumentarium, dające oklepane już granie w skandynawskim stylu Flunk czy Plej.

Trudno opędzić się od wrażenia, że wszystko Smolik tworzy wedle ogólnie przyjętego i osłuchanego chill-popowego schematu, na który składają się: uduchowione kobiety –
Mika Urbaniak, Emanuel Seigner, romantyczny latynos, który zapewnia egzotykę – Joao De Sousa, obowiązkowe nawiązanie do soulu, funku, Lidella i Westbeecha – Victor Davies. I oczywiście dużo zmysłowych instrumentów – smyczki, dęciaki, mała filharmonia, downtempowe, bonobowskie cymbałki, i mnóstwo marzycielskich zabiegów instrumentalnych.

Chyba jeszcze nie wie (albo wie, i mu to odpowiada), że jego nowe dzieło w dużej mierze zostanie skonsumowane, jako granie do kotleta, tyle, że przez mieszczuchów, w modnych knajpach Warszawki i Krakówka… Choć poniekąd to dobrze, że w empikowym nurcie wciąż jest jakiś producent, dla którego instrumentalna stylizacja wiele znaczy. [Patryk Zalasiński]

Trupwzsypie – Intymne życie pantofelka (Pitu Pitu)

W ostatnich tygodniach do katalogu Pitu Pitu dołączył trójmiejski projekt trupwzsypie ze swoim albumem „Intymne życie pantofelka” i nadarza się kolejna po Hailo okazja do miłego zaciekawienia, bo niewiele jest, jeśli w ogóle, tak prywatnych nagrań w naszym kraju. Nie wiem do jakiego stopnia świadomie, ale filtruje się tu hauntologie. Z płyt Moon Wiring Club i Belbury Poly pozostał tylko ich najbardziej stereotypowy element: sample z retroedukacyjnych filmów. Szaleńcze, arytmiczne bity MWC zostały wygaszone, zastąpione flażoletami, segmentami kineskopowego szumu, popiskiwaniem fantomów i magnetozwidów.

Zamiast napastliwych midi Belbury Poly mamy oldschoolowy, syntezatorowy ambient. Na tak przygotowanym polu toczy się samplowany dialog buńczucznych dzierlatek z bujającymi w obłokach intelektualistami, żywcem wyjęty z epoki, kiedy Cybulski gościł w Cannes odbierając z dworca Oskara. Intymne życie pantofelka zostało umiejętnie udramatyzowane. Nie ma sensu publicznie obnażać suspensów tych utworów, zdradzać ich point, więc tylko dwa high-lighty: pełen mikroklimatu filmowej Nowej Fali „Człowiek podobny do nikogo” i hipnotyzująca Shulzowska „Zmysłowość”. [Filip Szałasek]

Tryp – Kochanówka (Qulturap)

Pomysły na supergrupy nie zawsze są trafione. Duże indywidualności ciągną każda w swoją stronę i ze wspólnej muzyki wychodzą nici. Tym razem całe szczęście jest inaczej – wokalista Marcin Pryt (19 Wiosen), basista Kuba Wandachowicz (CKOD, NOT) oraz gitarzysta i klawiszowiec Robert Tuta (Agressiva 69, NOT) we współpracy z Pawłem Cieślakiem założyli nowy zespół – Tryp – i trzepnęli płytę, która jest jak monolit – tekstowy i dźwiękowy. Zadecydowały o tym wspólne zainteresowania trzech muzyków – post-punk, industrial, minimal wave, synth-pop, EBM, czyli mroczne brzmienia z lat 80.

Debiutancki album projektu – „Kochanówka” – dedykowany jest słynnemu szpitalowi psychiatrycznemu w Łodzi. To również czytelny trop prowadzący do lat 80. Wszak właśnie wtedy funkcjonował w obrębie fanów nowej fali kompletnie nieznany dzisiejszym dzieciakom kult szaleńca – osoby wykluczonej ze społeczeństwa, egzystującej na jej marginesie, ale wolnej i żyjącej własną wizją. Takim „szaleńcem” jest podmiot liryczny piosenek Marcina Pryta – człowiek zagubiony w przemysłowej cywilizacji, prześladowany własnymi paranojami, nie mieszczący się ramach stworzonego przez „normalnych” systemu myślenia i odczuwania, widzący ratunek dla siebie w totalnej apokalipsie.

Muzycznie nie ma przebacz – chłopaki sięgają po marszowe, industrialne rytmy, mocno wybijane przez perkusyjny automat, wyraźnie odwołujące się do pomysłów pionierów EBM – zespołów D.A.F., Liasons Dangereuses czy Nitzer Ebb. Gitary są radykalnie przetworzone – rzężą, skowyczą, wyją; choć niosą punkowe melodie, to są podrasowane na bardziej awangardową modłę, bliską wczesnym dokonaniom The Fall czy nawet Public Image LTD. Ogromnie ważną role pełni elektronika – zgrzytliwa, przemysłowa, zimna, porażająca nerwy, tworząca schizofreniczną atmosferę. Nie wiem czy muzycy z Trypa słuchali nagrań klasyków minimal wave z Absolute Body Control, Doxa Sinistra, Holy Toy czy Dark Day, ale w ich muzyce słychać ten sam chłód i mrok, co w nagraniach wymienionych zespołów sprzed ćwierć wieku.

Jeszcze nie było takiej płyty na polskim rynku – tak twórczo nawiązującej do schedy po latach 80. i jednocześnie tak bezkompromisowo autentycznej w swym przekazie. Muzycy z Trypa nie bawią się w postmodernistyczne stylizacje, te minimalowe dźwięki wypływają prosto z ich serc i umysłów. Tego było nam trzeba – oby „Kochanówka” stała się impulsem, który przywróci polskiej scenie alternatywnej dawno zagubioną zadziorność i drapieżność. [Paweł Gzyl]

Yazzbot Mazut – Mazut Mazut (Multikulti Project)

Wcześniej zgłębiali waginę, teraz gryzą ziemię? Odrzućmy wytartą frazeologię umarlaka i spójrzmy na witalizm turkucia, jak on gryzie! Zespół w mniejszym niż poprzednio składzie, przepoczwarzył się także w warstwie brzmienia, a estetyką robala smyra od okładki, przez specjalnie na tę okazję stworzone bio, aż po dowolne skojarzenia.

Robal jest na ogół fe, ten jednocześnie fascynuje organicznością (współbrzmienia) i wielością odnóży (solo). „Mazut Mazut” to czysta biologia. Kontynuując – ciepłym głosem Krystyny Czubówny – życie robala jest konkretne, nie ma tu miejsca na zbędne ozdóbki i miałkie półśrodki. Instrumentarium podjadków (gitara basowa, elektryczna, altowy saksofon i perkusja) wywija odważnie, surowo i celnie, czasem ich ścieżki są wspólne, by po chwili rozbiec się i osobno penetrować nieznane odnogi podziemnego żywiołu.

Melancholijny spacer turkucia w każdej chwili może przeistoczyć się w brawurową, wielokrotnie improwizowaną wariację o nieprzewidywalnym finale (najnowszy tag to free-rzeźnik-jazz). Dark i gęstość mieszają się z funk i fusion, chaos i dysonans urastają do rangi ekstatycznego transu, na które nowe światło rzucają efekty elektroniczne. Klubowo zorientowanych przedstawicieli gatunku powinien zainteresować pastelowy „Do You Do You St-Tropez”, inne faworyty to „Siódemka Romana P.” i „Lama, Owca”; czasem myślę, że gdyby Bill Chase (997) zaprosił do współpracy Tortoise – efekt byłby podobny, lecz sami muzycy pytani o wpływy, piszą wszystko.

Nie wiem, jak wygląda dziura po yassie – mówi się, że ją zapełnili – istotne, że brzmi jak drgnienia na pograniczu naćpanej ucieczki po naelektryzowanym torze, a Yazzbot Mazut wwiercają się w nią post-jazzowo w bezkompromisowo obranym kierunku. I dobrze.

Uwaga! Mamy 2 płyty „Mazut Mazut” dla 2 pierwszych czytelników, którzy wyślą e-mail na adres ania.kozlowska@nowamuzyka.pl, w temacie podając hasło „Mazut Mazut”, zaś w treści swoje dane. Do dzieła! [Ania Kozłowska]

Poniżej linki do poprzednich części cyklu:

Gorillaz – The Fall

Damon Albarn potwierdził w mediach przerwę, jaką po zakończeniu tegorocznej trasy koncertowej chce zrobić sobie od Gorillaz, by zająć się innymi projektami. Tym samym ‘The Fall’ można potraktować jako tymczasowe pożegnanie z Gorylami – zamknięcie pewnego rozdziału w historii grupy. Nasunąć się może przypuszczenie, iż dostajemy odrzuty z ostatniej sesji nagraniowej, co częściej pozostawia uczucie niesmaku, niż przyjemnego obcowania z echem skończonego dzieła. Dlatego na samym początku mogę zapewnić, iż nie jest to krążek z gatunku B-sides i G-sides.

Człowiek przychodząc na koncert chciałby, aby jego ulubieńcy stanęli na wysokości zadania i zagrali fenomenalnie – bez znudzenia i popadania w rutynę. A najlepiej, żeby ten występ został nagrany i wydany oficjalnie, by wszyscy mogli się nim cieszyć. Lecz obok tak kreatywnego wydarzenia, jakim jest koncert, muzycy resztę czasu poświęcają przemieszczaniu się od miasta do miasta, co często nie służy inwencji twórczej, a bardziej niepotrzebnym spięciom i konfliktom. Aby nie wypaść z formy, a zapewne także i z nudów, podczas trasy po USA Albarn bawił się ogólnodostępnymi aplikacjami muzycznymi na swoim iPadzie. Zabawa szybko przekształciła się w szkice utworów, które zdecydował się wydać pod szyldem Gorillaz. To tłumaczy dlaczego ‘The Fall’ posłuchać można w sieci za darmo (choć nagrania doczekają się w 2011 wydania kompaktowego). Zabieg ten powinien uciszyć malkontentów, którzy najchętniej przystąpiliby do porównywania tego albumu z innymi posługując się kategoriami lepszy-gorszy.

‘The Fall’, choć zgodnie z zapewnieniami Albarna osnuty jest jesienną nostalgią, jaka towarzyszyła nagraniom, w pierwszym momencie bardzo przypomina debiutancką płytę Gorillaz, a to głównie za sprawą chirurgicznie połączonych ze sobą ścieżek i sampli. Uzyskana tak przejrzystość jest głównym powodem, dzięki któremu piosenki wypadają kameralne i skromne na tle rozbuchanego kompozycyjnie ‘Plastic Beach’. Wspólnym mianownikiem łączącym oba wydawnictwa jest oczywiście elektronika, na tle której cichy, chrypiący głos Albarna z jednaką melancholią opowiada o życiu na trasie. Obserwuje wschodzące leniwie nad horyzontem Kalifornii Słońce i stawia drzwi obrotowe, będące wszechobecną częścią lotnisk i dworców, w roli niemego świadka swoich narastających wątpliwości i zmęczenia. Oczywiście znajdą się także zarejestrowane chwile radości, z których najmocniej świeci ‘Bobby in Phoenix’ z Womackiem w roli wokalisty i gitarzysty. Same nawiązania do amerykańskiej kultury potraktowane zostały w sposób luźny – jodłowania w ‘Seattle Yodel’ nie można uznać za nic innego, jak za żart zamykający album. Z kolei pląsające w ‘Detroit’ syntezatory miło korespondują z faktem, iż miasto to uznawane jest przez wielu za kolebkę muzyki techno.

Warstwa dźwiękowa tylko z pozoru może wydawać się płaska. Melodie i podkłady nagrane przy użyciu iPadowskich symulatorów zostały podbudowane potężnym brzmieniem prawdziwych syntezatorów Korga, Mooga, a także gitary i pianina. Tym samym pozornie ekscentryczny pogląd przekonujący do tego, iż tworzyć może każdy i to jeszcze bez instrumentów został dyskretnie zburzony profesjonalną produkcją i realnym instrumentarium. Większość pomysłów w pełni zachowała jednak swą świeżość, przez co ‘The Fall’ naprawdę brzmi jak zbiór piosenek tworzonych pod wpływem chwili, bez zbędnego dłubania i dopieszczania ich metodami post produkcyjnymi. Dzięki temu ‘Phoner to Arizona’, ‘Revolving Doors’, czy też ‘Little Pink Plastic Bag’ brzmią jak hybryda kompozycyjnej prostoty pierwszego albumu Goryli z wypracowaną na ‘Plastic Beach’ synth-popową formą obdartą jednak z cyrkowych fajerwerków i cekinów.

Album ten nie powinien być traktowany jako osobne, równoprawne dzieło Gorillaz. Bardziej jak hołd złożony różnorodności cechującej USA. Prywatny epilog, pamiętnik z trasy koncertowej będący dowodem na to, że Albarn może zrobić co tylko zechce nie przejmując się zarówno opinią fanów, jak i ludzi, którzy aktualnie tworzą z nim zespół. I najczęściej, tak jak w tym przypadku, wychodzi to wszystkim na dobre. W końcu w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko muzyka.

http://thefall.gorillaz.com/

Parlophone | 25.12.2010

3/5

Art Bleek – Art Supplies


Raczej masową chill-outową produkcję, która trafi do sypialni baraszkujących zakochanych i ewentualnie do hotelowych holi.
Fani nowej muzyki nie mają tu czego szukać. Art Bleek serwuje nam miałkie relaksujące utwory okraszone okazyjnymi dźwiękami fletu, licznymi wokalnymi featuringami i tak naprawdę niczym więcej.

Owszem stara się „eksperymentować”; proponuje mniej standardowe tempa czy lekko połamaną rytmikę, ale później psuje cały efekt dodając wokale brzmiące jak po zjedzeniu słoika miodu. Do tego dochodzą archaiczne i mocno wyeksploatowane trzeszczenia vinyla, które kiedyś stanowiły podstawę trip-hopu, a dzisiaj sprawdzają się tylko w nielicznych przypadkach.
Produkcja płyty jest najbardziej dyskusyjnym elementem (i jednym z nielicznych, który można zaliczyć jako pozytyw). Dyskusyjnym dlatego, że z jednej strony nie można jej nic zarzucić bo brzmienie jest głębokie i wszystko gra tak jak trzeba, ale z drugiej strony brzmi tak samo jak setka innych płyt z końca lat 90. Gdyby trochę ją „odchudzić” i zdecydować się na odrobinę surowości, może efekt byłby lepszy. A tak wszystko wchodzi jak nóż w masło i w efekcie po dwóch utworach przestajemy się w ogóle na płycie koncentrować.
W każdym z utworów pojawia się jakiś gościnny wokalista. Większość z nich brzmi podobnie nieciekawie jak warstwa muzyczna, balansując gdzieś w okolicach soulu i kiepskiego hip-hopu. Na ich tle wyróżnia się jedynie Ursula Rucker, która równie dobrze śpiewa co rapuje. Nawet od strony muzycznej utwory z jej udziałem wybijają się spośród miernej reszty. Szczególnie The Hunt Dance z pulsującą partią pianina, dynamicznym basem i leniwą nawijką Rucker.
Niestety dwa utwory nie są w stanie ciągnąć całego albumu i „Art Supplies” możemy sobie spokojnie podarować.

Loungin Records, 2010

Podsumowanie 2010 – Sebastian Gabryel

Muzyczne podsumowanie kończącego się roku, przedstawiające 15 najgorętszych wydawnictw, ułożonych w alfabetycznej kolejności. ANBB – Mimikry (Raster-Noton)

Bo piękno może być dziełem obłędu. Bo Alva Noto i Blixa Bargeld to indywidualności niepowtarzalne, żyjące we dwóch, przeciwnych światach. Łączy ich wspólne pochodzenie i niepohamowany apetyt na dźwiękowy eksperyment pod każdą postacią. Na dezorientowanie odbiorcy, dzięki manipulacji dźwiękiem, który przeraża, a zarazem przyciąga. „Mimikry” jest zapisem ich surrealistycznego dialogu, który na każdym kroku stawia nam znaki zapytania. Glitch największego formatu. I ta rytmika, która nie ma sobie równych.

Antony And The Johnsons – Swanlights (Rough Trade)

Najpiękniejszy album tego roku. Mistrz chamber popu przeskoczył samego siebie, dając się poznać jako artysta dojrzały, utalentowany i świadomy własnej wrażliwości, a te trzy cechy nie zawsze szły w parze w jego twórczości. „Swanlights” potrafi złapać za serducho i długo nie puszczać. Bez popadania w sztampę, gra nam na emocjach, poczynając od akustycznej nostalgii, przez fortepianowe tęsknoty, aż do symfonicznej, niczym nieskrępowanej radości. W dzisiejszych czasach warto mieć takich artystów jak Hegarty. Nie nadążających za trendami, nie walczących o media. Antony nie musi się z nikim ścigać, w swojej klasie jest daleko przed peletonem. Jego najnowsza opowieść wciąga niczym najlepsza książka, do której się wraca. Przebogate instrumentarium, przepiękne melodie, przejmująca liryka – przepłyta na długie lata.

Audio Bullys – Higher Than The Eiffel (Cooking Vinyl)

Po pięciu latach przerwy, do bólu brytyjscy i zapatrzeni w post-rockową tradycję, Audio Bullys wracają z nowym krążkiem, by walczyć na garażowej scenie. „Higher Than The Eiffel” jest jak kolorowy drink, łączący elementy wielu muzycznych gatunków – rozpoczynając od muzyki house czy garage poprzez dub, punk aż do electro. To wszystko razem tworzy ekstrawagancki styl Simona i Toma. Ich muzyka nigdy nie kreowała trendów, była raczej odzwierciedleniem tego, co akurat w londyńskiej muzyce najlepsze. W tym przebojowym szaleństwie jest metoda. Chłopaki czerpią z dziedzictwa Buzzcocks i Basement Jaxx pełnymi garściami, lecz robią to w sposób tak wdzięczny, że można ich muzyce naprawdę wiele wybaczyć. Jest wielkomiejska, nonszalancka i sprawiająca masę radochy.

Bonobo – Black Sands (Ninja Tune)

Już po raz czwarty Bonobo raczy nas wysmakowanym chilloutem, który fantastycznie odpręża i pozwala najzwyczajniej w świecie czerpać przyjemność ze słuchania muzyki z najwyższej póły. A taki jest najnowszy krążek Simona Greena – świeży, globalny i na światowym poziomie. Brytyjski producent połączył laptopa z tradycyjnymi instrumentami zebranymi z całego świata i otrzymał dźwiękową hybrydę, dzięki której jego kompozycje malują zapierające dech w piersiach obrazy, przepełnione nowoczesnym jazzem, soulem i elektroniką. Kapitalne granie.

Brodka – Granda (Sony Music)

Najbarwniejszy polski album 2010. I co z tego, że pop? Monika Brodka rozpięła zamek błyskawiczny ciasnego kaftana „naszej polskiej muzyki rozrywkowej” i wiele zaryzykowała, układając pozornie nie pasujące do siebie muzyczne puzzle. Czego tu nie ma, wokalna ekwilibrystyka na wielu poziomach, teksty przepełnione humorem, rockowy klimat i wielka pasja do muzyki. Brodka zmieszała tradycyjny folk z klubową energią, Justice spiknęła z Florence Welsh, przy okazji uciekając w podskokach od wielkomiejskiej nudy. Tryska pomysłami i sypie nimi jak deszczem konfetti, zabierając nas w muzyczną podróż wśród dźwięków Czarnego Lądu, orientalnych Indii czy pełnego dekadencji Paryża, choć i tak wszystkie drogi „Grandy” prowadzą do jej rodzinnej Twardorzeczki. Jednym słowem, muzyczny kosmopolityzm, który trzeba docenić, bowiem w tym roku ze świecą było szukać takiej płyty.

Crystal Castles – Crystal Castles (Universal Motown)

Hipsterowe potwory nie zwalniają tempa i uderzają z siła równą debiutowi. Medialna nagonka, koncerty na całym świecie i jeszcze więcej kasy i narkotyków, jak widać nie zaszkodziło im na tyle by znowu nie narobić szumu i znowu nie wyjść z niego obronną ręką. Co otrzymaliśmy tym razem? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne – Alice Glass wyrasta na najciekawszą osobowość elektronicznej sceny ostatnich kilku lat. Od dawna już nikt nie dał takiego prztyka w nos mediom, jak ten kanadyjski duet. Drugi krążek CC dusi w sobie jeszcze więcej ośmiobitowej histerii Ethana, cyfrowego obłędu Alice, thrash popu, digi punku i czego tam jeszcze chcesz. Smacznego!

Deftones – Diamond Eyes (Reprise)

Nie tak miało być. Zamiast „Eros” jest „Diamond Eyes”, a przebywającego w śpiączce Chi Chenga zastępuje Sergio Vega. Do tego nieustanne kłótnie pomiędzy członkami zespołu i wieczne problemy z rejestracją nagrań. Czy w obliczu takiej tragedii można nagrać dobry album? Okazuję się, że tak, co więcej najnowszy krążek chłopaków z Sacramento jest najdojrzalszym i najbardziej spójnym materiałem w ich dyskografii. Głos Chino natchniony i przejmujący jak nigdy wcześniej, gitarowe szaleństwo, fantastyczne teksty i rozmarzone melodie okraszone szczyptą elektroniki, to mieszanka wobec której nie powinien stać obojętnie żaden wielbiciel alternatywnego grania. Deftones są mocni jak nigdy wcześniej, pozostaje im życzyć jak rychłego powrotu do zdrowia kolegi z zespołu, a nam szybkiego wypuszczenia osławionego „Erosa” na sklepowe półki.

Jimmy Edgar – XXX (!K7 Records)

Błysk w oku. Seks. Biały smoking. Piękna kobieta tańcząca w rytm eleganckiego electro. Tak w skrócie prezentuje się najnowszy album od Jimmiego Edgara, który uraczył nas potężna dawką funku przełożonego na elektroniczny język. Jest zmysłowo, jest gorąco, jest melodyjnie i przebojowo. Vocodery mienią się kontrastowymi barwami, syntezatory emitują dźwięki śliskie jak klubowy parkiet. Szyk, styl i nieodparty urok tej muzyki, zachwyca i dostarcza pokaźny ładunek energii na nocne szaleństwa nawet największym flegmatykom. Petarda prosto z Detroit.

Loscil – Endless Falls (Kranky)

Dla wielu miłośników ambientu, właśnie deszczowe pejzaże Loscila były numerem jeden mijającego roku. Najnowsze kompozycje Scotta Morgana są bardzo osobiste i zamyślone, niemalże intymne. Mają niesamowitą skłonność do produkowania ciarek na ramionach, jeśli tylko słuchacz dostatecznie skupi na nich swoją uwagę i pozwoli im wniknąć do krwiobiegu. Drone zacznie falować wewnątrz ciała, glitch będzie drażnił zmysły, czas zwolni i wszystko wokół. Warto dać się temu ponieść.

Max Richter – Infra (FatCat Records)

W parze z „…And They Have Escaped The Weight Of Darkness” Ólafura Arnaldsa, to najlepszy longplay 2010 z rejonów muzyki modern classical. Z islandzkim instrumentalistą, Richter wygrał zaledwie o włos, przewyższając album Arnaldsa niezapomnianym klimatem nadmorskiego miasteczka uwięzionego w zimnej, jesiennej mgle. Sugestywność, wyczucie smaku i autentyczne emocje, wyrzucane wraz z każdym uderzeniem w klawisz fortepianu, z każdym pociągnięciem smyczka wiolonczeli. Idealna pozycja na samotne wieczory przy dobrej książce i herbacie z cytryną. Neopoważka też może być fajna.

Robert Babicz – Immortal Changes (Systematic)

Album o podróży i do podróży. Zaglądający w rozmaite zakątki ziemskiego globu, zabiera nas w tech housowy wojaż, w którym Babicz pełni jedynie rolę przewodnika. Wskazuje drogę, puszcza w eter jakiś pomysł i pozwala mu żyć własnym życiem. „Immortal Changes” prezentuje różnorodny i barwny house, który lubi powędrować w kierunku jazzowych improwizacji czy niepokojącej psychodelii. Najnowsze dziecko Roberta jest rodzynkiem w jego bogatej dyskografii, dawno nie słyszeliśmy jego tak sentymentalnego wcielenia. Lounge, jazz, szczypta egzotyki, dużo deep houseu i minimalu z nutką IDM-u na koniec. New Babiczstyle, smaczny jak nigdy wcześniej.

Tears Run Rings – Distance (Quince Records)

Boom na shoegaze dawno przeminął. Jego wybuch pozostawił po sobie ruiny, na których wyrosło setki post-rockowych zespołów i zespolików, które często rozróżnisz tylko po ich nazwie. Czasem jednak wśród nich, możemy odnaleźć prawdziwe, choć nieoszlifowane diamenty, które leżą gdzieś na tlących się jeszcze zgliszczach i mało kto chce je zauważyć. Jednym z nich jest amerykański Tears Runs Rings i ich najnowszy „Distance”, który zgrabnie łączy klasyczny shoegaze z indie i dream popem. Niesamowicie chwytliwy jest ten album, jego siła tkwi w uroczej naiwności tej muzyki. Jednak prawdziwym asem w rękawie jest wspaniały wokal Laury Watling i Matthew Bicea, bowiem obok Romy Croft i Oliviera Sima z The xx są najlepszym duetem ostatnich kilku lat. Muzyka tej kapeli magnetyzuje, choć dobrze wiemy, że to wszystko jest znane, lubiane i bardzo oklepane. I mimo to, na przekór, świetne i godne zauważenia. Zrobić coś z niczego, też sztuka.

The Flashbulb – Arboreal (Alphabasic)

To musiało się udać. Benn Jordan atakuje nasze membrany świeżą porcją czystego IDM-u połączonego z klasyką, jazzem i żywym, lekko rockowym graniem. Nagrał najlepszy w swym dorobku album, naturalny, intrygujący i niesamowicie plastyczny. „Arboreal” nie narzuca się przesadnie gęstym glitchem, nie odstręcza nachalnym eksperymentem, idealnie wyważając każdy z zawartych na nim gatunków, będąc dziełem na swój sposób doskonałym. A „Undiscovered Colors” jest jednym z najbardziej porażających numerów, jakie dane było usłyszeć nam tego roku.

The Roots – How I Got Over (Def Jam Recordings)

Po paru płytowych wpadkach, hip hopowa legenda powraca, nagrywając album, który uczynił z nich soulowo-funkowy band z krwi i kości. „How I Got Over” to album najwyższej próby, napisany z przekazem, zagrany z pazurem i nagrany z wielką pasją do muzyki, co słychać w każdym numerze tej płyty. The Roots wciąż poszukują, nie zatrzymując się nawet na moment, tasując gatunki, żonglując instrumentami, mieszając sample i zwyczajnie ciesząc się czarną muzyką. Plejada gości, niepowtarzalny vibe gospodarzy i rap łączący klasykę opartą na samplingu i żywych bębnach z nowoczesnym, urbanistycznym stylem. Najczarniejszy album hip hop 2010.

Toro Y Moi – Causers Of This (Carpark Records)

Objawienie roku. Album czasów minionych, zawierający w sobie wszystko co w nich było najlepsze. Beach Boysowe sny, rozmazane, zamglone obrazy Animal Collective i lejący się z nieba żar odprężającego chillwaveu. Przymiotniki opisujące ten krążek? Upalony, seksowny, bujający, nostalgiczny, hipnotyzujący… wymieniać dalej? Po prostu puść sobie ten album, choćby z czystej ciekawości, czy medialny hype choć raz mówił prawdę. Miazga!

Przegląd nowej polskiej – część trzecia

W pierwszy dzień Świąt mamy dla Was prezent w postaci kolejnej części naszego subiektywnego przeglądu nowej polskiej muzyki. Zobaczcie co ciekawego dzieje się na naszym rynku, i co my o tym sądzimy 🙂 B.R.O. – Analog People In A Digital World (NOECHO)

Zrealizowana przez nich płyta (…) jest w założeniu bardzo nietypowa. To bardzo modernistyczna koncepcja, ale cały czas mamy wrażenie, że słuchamy ganz normalnej muzyki. Pora otworzyć okienko na świat i posłuchać, co się tam dzieje. (B.R.O., Intro)

Ganz normalność rzucona w kontekście wariującej trąbki i głosu Jerzego Kordowicza zapowiada się więcej niż ciekawie. Po otwarciu okienka wita nas ręcznie malowana specjalnie na tę okazję przez Monikę Wójtowicz okładka i tytuł palcem po vinylu pisany, rozmazane kolory, gęstość faktury. Pasuje, choć nie zabraknie sprzeczności. Ledwo osiądzie się na tagu „fuzja hip-hopu i jazzu”, a już się obraz rozmywa. Płyta jest gęsta od sampli – głosowe humoreski, owacje czy ucięte frazy, ale i mikro-szelesty, smakowite elektroniczne wibracje. Natłok atrakcji wcale nie przeszkadza stwierdzeniu, że bardzo ważną rolę w kompozycjach poznańsko-warszawskiego duetu, w którym płynie jedna krew, odgrywa przestrzeń. To ona przywołuje w zależności od wałka The Cinematic Orchestra czy FSOL.

Swoje do powiedzenia ma trąbka: raz samotna jak wilk stepowy, odrealniona i zagubiona w przestrzeni, innym razem wyznaczająca konkretną melodię… no właśnie, bo APIADW to przede wszystkim atmosfera, melodie to dalszy plan – jeśli zaczną się klarować, to niewątpliwie zaraz gdzieś skręcą, urwą, wyprowadzą w pole. Czasem dopada nas konkretny bit, perkusja nadaje produkcji około hip-hopowego sznytu, niekiedy o proweniencji plemiennej innym razem dnbasowej.

Posuwisty i duszny klimat, dopełniony przez bas, rozetnie ni z tego ni z owego harmonijka, wysokie ulotne klawisze („Stylus” rządzi) albo dramatyczne rozdarcie sopranowego saksofonu. Sporo tam sampli jazzowych i klasycznych, jednak sami Zamojscy mówią, że ich muzyka ma z jazzem mało wspólnego, ponieważ w ogóle nie improwizują. Żaden dźwięk nie pojawił się tam przypadkowo, a jedna fraza zawsze wynika z drugiej. EPkę od razu wydał londyńskie NOECHO, po prostu po wysłaniu im materiału. Bardzo apetyczne wydarzenie. [Ania Kozłowska]

Fuka Lata – Other Sides (bandcamp)

Mimo że jak na razie to tylko kilka tracków zamieszczonych na bandcamp, nowy projekt LeeDVD zapowiada się ciekawie i tajemniczo. „Other Sides” to cztery długie, mesmeryzujące utwory, na tle których wokal Lee pobrzmiewa echami Zoli Jesus.

Można by spodziewać się standardowej ulotności i wielkich przestrzeni, ale na drugi i kolejne rzuty oka daje się odczuć garażowa szorstkość tych rzekomych ambientów. „Mgiełki” przytłaczają rozedrganiem, groteskową chybotliwością. Niekiedy wydają się wręcz karykaturalne, jak w świetnym „Dream-Orlando”, w którym rozmarzony kobiecy głos nie jest wcale anielski, a raczej syreni, należący do strzygi wabiącej ukochanego zbłąkanego między wersami Leśmiana. [Filip Szałasek]

Kixnare – Digital Garden (UKnowMe)

„Digital Garden”, podobnie jak wcześniej wydany tuz UKnowMe – „Homeworkz” Teielte, odwołuje się do najnowszych koniunktur, gdzieś w sobie rozpuszczając tradycje i rodowody. Zdaje się, że ostatnio UKnowMe specjalizuje się w specjalistach od wykorzystywania swoich niewypowiedzianych młodzieńczych zajawek w roli nowego startu. Co delikatniejszymi fragmentami swojej najnowszej płyty Kixnare konkuruje z Pleqiem w dziedzinie glitch hopu, cutnpaste hopu i innych hopów, wymykając się samemu hip hopowi dzięki nośnym ostatnio hasłom typu dubstep lub future funk. Tego ostatniego tu najwięcej, w wydaniu ilustracyjnym, przywołującym na myśl wychillowane produkcje Onry lub Foreign Exchange. Szkoda więc, że „Digital Garden” cierpi na tym porównaniu przez brak wokali.

Sample to za mało – obok muzyki producenckiej zmieściło się sporo podkładów bliskich popowej chwytliwości i naturalnym byłoby wesprzeć piosenkową intuicję interesującymi głosami. Być może urozmaiciłyby one trochę przebieg tych, owszem – słodkich, ale i trochę zbyt technicznych, intelektualnych baunsów. Mimo niedociągnięcia 40 minut mija szybko i przyjemnie, pozostawiając wrażenie, że o tej płycie powinno być o wiele głośniej. Taka ładna okładka, takie ładne winyle. [Filip Szałasek]

Levity – Chopin Shuffle (Universal)

Warszawskie trio stworzyło album, który był jednym z najjaśniejszych punktów wielce celebrowanego roku Chopina. W pełni realizuje idee, która była myślą przewodnią koncertu, gdzie pierwszy raz ich usłyszałem – Chopin Open. Zdejmują go z cokołu, przywracając miłośnikom alternatywy i niszowej muzyki. Żywy, odbrązowiony Fryderyk, w awangardowym płaszczu. Nie wtłoczony w zimne mury oper zajmowanych przez przyprószonych siwizną koneserów i krytyków.

Płyta to autorska wariacja na temat zbioru Chopinowskich preludiów – wszystkie utwory zostały stworzone przez Levity w oparciu o cykl 24 preludiów op. 28, z zachowaniem oryginalnej kolejności. Gościem specjalnym albumu jest legendarny, wybitny trębacz japoński Toshinori Kondo. Ponadto, w nagraniach albumu udział wzięli: Gaba Kulka, Tomasz Duda, Raphael Rogiński i Grzegorz Uzdański.

W świeży sposób prezentują Chopina na wiele sposobów – free jazz, ciepłe kobiece głosy, poszarpane instrumenty, majaczące w oddali, powycinane fortepianowe melodie i mocna, rockowa strona gitar. Tworzą nową jakość, indie jazz, swobodnym, współczesnym podejściem, bez uroczystego zadęcia. Każdy ma Chopina na jakiego zasługuje i jakiego chce – może wybrać wśród różnorodnych 24 utworów. [Patryk Zalasiński]

Mikołaj Bugajak – Strange Sounds and Inconceivable Deeds (Nowe Nagrania / Asfalt)

To Mikołaj Bugajak, czyli Noon. Ale to nie Noon, tylko Mikołaj Bugajak. Żyje. Nagrał poważną EPkę z poważną muzyką, więc podpisał się imieniem i nazwiskiem. Porzucił sampler i sekwencer, urządzenia, których był mistrzem i które wyniosły go na szczyt. Nazywany polskim dj Shadowem, królem abstrakcyjnego hip-hopu, bardzo na wyrost, ale w czasach, gdy rządziło Ninja Tune i zaślepieni miłością fani szukali polskich odpowiedników.

Sam Vadim chciał umieścić go na składance dla tej kultowej wytwórni, ale przez nieporozumienie do tego nie doszło. Noon, zawiadując instrumentalistami, tworzy neoklasyczny ambient na pierwszy rzut ucha przypominający Murcofa, klimaty okołojacaszkowe, surrealistyczny dark jazz, z delikatnymi elektronicznym wycieczkami. Próba stworzenia uduchowionego klimatu, przegrała z odczuciem wszechobecnej monotonii. Zachęcająca płyta ciekawością i osobowością autora, który pierwsze starcie z nową jakością muzyczną jednak przegrał. Bugajaka trzeba pochwalić za odwagę i nie przesądzać o jego końcu. To tylko sześć utworów i pierwsza próba z tak złożoną strukturalnie muzyką. [Patryk Zalasiński]

Ms. No One – The Leaving Room (Polskie Radio)

Latem ubiegłego roku na szczecińskim Festiwalu Młodych Talentów Gramy zgarnęli zarówno nagrodę za najlepszą polską piosenkę, jak i samo Grand Prix. Jesienią 2009 r. zagrali na Off Sesji Piotra Stelmacha w studio koncertowym im. Agnieszki Osieckiej. Był to pierwszy w historii programu występ zespołu bez wydanej płyty. Lekko ponad rok od wdarcia się do świadomości szerszego grona odbiorców spełnili swoje marzenie i wydali debiutancki album. Ms. No One – bo o nich mowa – to czwórka utalentowanych, młodych ludzi: Joanna Piwowar, Agnieszka Kural, Damian Mielec i Michał Oleśniewicz.

Ich muzyka łączy w sobie elektronikę z gitarowo – perkusyjnym brzmieniem. Pierwsze skrzypce gra tu jednak intrygujący głos Joanny. Sprawdza się w delikatnych kompozycjach jak „IK” czy „Szklane oko”, potrafi dać czadu jak w refrenie „Just Like D” i „Colder”. Mocną stroną piosenek Ms. No One są także niebanalne i pozbawione pretensjonalności teksty. Brzmią świetnie – zarówno te śpiewane po polsku jak i angielsku. Zupełnie bez kompleksów można porównać ścieżkę zainteresowań muzycznych Ms. No One do tej, którą podążają Digit All Love czy Mikromusic. Przyznam szczerze, że z grona polskich brzmień tego typu wybieram Ms. No One – za konsekwencję, szczerość, wrażliwość i ambicję. Obiecujący debiut! [Kamila Szeniawska]

Projekt Ostry Emade – Złodzieje Zapalniczek (Asfalt)

Drugi rozdział współpracy (podobno) najlepszego polskiego rapera i (na pewno) najlepszego polskiego producenta hip-hopowego. Płyta spontanicznie nagrana w weekend, przez przypadek, którym był koncert we wrocławskiej Bezsenności. Starsi panowie dwaj dalej beztroscy, choć coraz częściej słychać o żonie, dzieciach, rodzinnej rutynie.

Superświeżość zapewnia flow z pogranicza freestyleu, bo czas nagrania zbliża ją do dużej improwizacji, ale bez obaw, wszystko jest idealnie dopasowane. W warstwie słownej w której O.S.T.R. radzi i filozofuje, zgodnie ze swoim światopoglądem, dominują aluzje do szarej rzeczywistości. Obojętnie jakby się starał, o czym nie rymował, duet to niesymetryczny, znacznie bardziej przykuwa uwagę Emade, i jego bity, nagrane w starym stylu, klasycznie posamplowane, dynamicznie zróżnicowane, raz jazzują, funkują, biją undergroundowym feelingiem- takiego muzycznego tła Adam zmarnować nie mógł.

Poprzedni album POE, wydany w 2005 roku był nieco bardziej elektroniczny. „Złodzieje Zapalniczek” to czysty oldschool. Koalicja Bałuty – Imielin to bez wątpienia najciekawszy tegoroczny ambitny polski rap, z rodowodem spod trzepaka, ale z brzmieniem co najmniej salonowym. [Patryk Zalasiński]

Kolejna część przeglądu nowej polskiej sceny – na dniach! Poniżej linki do poprzednich części cyklu:

Podsumowanie 2010 – Maciej Kaczmarski

Zgodnie z tradycją, 25 najciekawszych pozycji A.D. 2010 (20 longplayów i 5 epek) w kolejności alfabetycznej. Ranking jak zwykle jest subiektywny i niepełny, zabrakło bowiem czasu na przesłuchanie wszystkiego, zwłaszcza, że owo wszystko z roku na rok rozrasta się w nieskończoność na podobieństwo wszechświata. Faktem jest, że muzyki kosmicznej w tym roku nie zabrakło, o czym poniżej. Do siego roku!

Aardvarck – Choice (Eat Concrete)
Kolejny już longplay Mike’a Kivitsa vel Aardvarck (od ponad 20 lat czołowa postać holenderskiego undergroundu i szara eminencja europejskiej elektroniki) to powalająca, niebywale eklektyczna mieszanka nowych i starych brzmień, przefiltrowanych przez elokwencję twórcy. To być może jego najlepszy album. 21 zabójczych numerów – od hip-hopu i techno, poprzez IDM, soul, jazz, dub i muzykę filmową – plus intro, w którym głosu użyczył sam Gaslamp Killer. Tak mógłby brzmieć Flying Lotus, gdyby nie zbłądził na „Cosmogramma”. Pozycja obowiązkowa.
Czytaj recenzję!






Altered:Carbon – Altered:Carbon (Section 27)
Niesławny fake, który wyciekł do sieci jako ostatni album Autechre i przez wielu fanów został przyjęty lepiej niż „Oversteps”, o czym świadczą choćby komentarze na Last.fm. Był to swoisty happening; członkowie Altered:Carbon, Tam Ferrans i Andy Paterson, zrobili po prostu psikusa niecierpliwym słuchaczom, uzmysławiając przy okazji, jak łatwo jest dziś manipulować tłumami („Czeski sen”, anyone?). Najważniejsze jednak, że nagrali solidny materiał z pogranicza IDMu, abstract hip-hopu, ambientu i noise’u, na dodatek udostępniając go zupełnie za darmo w tym miejscu.




Autechre – Oversteps (Warp Records)
Dziesiąty longplay w dyskografii legendarnego duetu jest w pewnym sensie syntezą dotychczasowego dorobku Seana Bootha i Roba Browna, przy czym proporcje zostały idealnie wyważone: najwięcej tu electro-ambientowych, zrytmizowanych początków i niewiele – na szczęście! – skomplikowanych, arytmicznych eksperymentów z późniejszego etapu twórczości. Ale przecież każdy album Ae jest pewnym etapem, który kontynuuje wątki poprzedniego, a jednocześnie wzbogaca go o nowe motywy, gwarantując unikalny styl.
Czytaj recenzję!






Baths – Cerulean (Anticon)
Ktoś napisał, że to Flying Lotus na kwasie. Niektórzy wrzucają to także do worka z napisem „chillwave”, zapewne z powodu celowo przybrudznego brzmienia i niby niechlujnej produkcji. Debiutancki album jednoosobowego projektu Willa Wiesenfelda, rzeczywiście uwala i jednocześnie relaksuje: oniryczną atmosferą, popowymi melodiami, słodkimi wokalami, kruchymi samplami i ambientowo-shoegaze’owymi podkładami. Szkieletem, na którym utrzymuje się ta mięsista tkanka, jest szeroko pojęta hip-hopowa rytmika. Niezależnie od skojarzeń, debiut Baths ma w sobie coś osobistego i z pewnością zasługuje na uwagę.




Deru – Say Goodbye To Useless (Mush)
Dokonania amerykańskiego producenta mieszczą się w tym samym obrębie, co twórczość Lukida, Flying Lotusa i Odd Nosdam i są skierowane do podobnej grupy odbiorców trudnej do zdefiniowania elektroniki XXI wieku. Muzycznie dzieje się tu całkiem sporo ciekawych rzeczy. Miarowym stopom, głębokim werblom i klaszczącym hi-hatom towarzyszą wszelkiej maści trzaski, szmery, piknięcia, plaśnięcia i stukoty. Mistrzowskie wykorzystanie mikrosamplingu jest jedną z najmocniejszych stron trzeciej płyty Deru.
Czytaj recenzję!




Eleven Tigers – Clouds Are Mountains (Soul Motive)
Debiutancki materiał Jokubasa Dargsia powala swoją dojrzałością. Litewski producent mieszkający w Londynie jest porównywany do Buriala i choć trzeba przyznać, że jest w tym trochę prawdy, to jednak Dargis zaproponował coś tak unikalnego, że porównywanie go do innych jest krzywdzące. Tym bardziej, że nie sposób pomylić go z kimś innym. Chmura tagów nie odda istoty sprawy, ale jestem werbalnie bezradny wobec ciężaru tego albumu: dub techno, ambient, post-rock, IDM, hip-hop, rave, UK garage i Bóg wie co jeszcze. Dodatkowo wszystkie utwory na „Clouds Are Mountains” są ze sobą płynnie połączone, co potęguje wrażenie doskonale spójnej całości. Niebywały debiut, niesamowity album.



Eraldo Bernocchi / Blackfilm – Along The Corridors (Spectraliquid)
Połaczone siły włoskiego kompozytora Eraldo Bernocchiego i brytyjskiego producenta Blackfilm zaowocowały szeroko pojętym, zanurzonym w pogłosach dubem – potężnym i stechnicyzowanym, choć o organicznych korzeniach. Jest w tym wszystkim jakiś perwersyjny groove, wybijany przez wyraziste bębny, pełznący przy ziemi ołowiany bas, skankującą gitarę, okazjonalne jamajskie toasty i miriady sampli. Największe wrażenie robi właśnie wielowarstwowość muzyki, która skrzy się od detali i niuansów. Wyjątkowa płyta, która wybija się wysoko ponad taśmową nadprodukcję współczesności.
Czytaj recenzję!




Kidkanevil – Basho Basho (First Word)
Jeżeli sam DJ Shadow stwierdza, że Kidkanevil to jeden z jego ulubionych wykonawców, to coś musi być na rzeczy. Trzeci album Gerarda Robertsa to błyskotliwy instrumentalny hip-hop na miarę XXI wieku: odpowiednio zelektronizowany i nowoczesny, naszpikowany ambientowymi podkładami, IDM-owymi syntezatorami, japońską harfą i samplami z gier na Nintendo. Cały album spowija charakterystyczna, „orientalna” atmosfera, będąca wyrazem fascynacji Robertsa azjatycką kulturą. „Basho Basho” to dawka znakomitej, nie stroniącej od eksperymentów nowej muzyki. Kidkanevil jest też świetnym DJem, o czym można było się przekonać na tegorocznym Tauron Festiwalu Nowa Muzyka.



Matthew Dear – Black City (Ghostly International)
Amerykański producent, nazywany przez niektórych „Davidem Bowie elektroniki”, nagrywał ten album przez trzy lata i to naprawdę słychać – „Black City” skrzy się głębokim brzmieniem, doskonałą produkcją i przede wszystkim znakomitą muzyką, lokującą się gdzieś pomiędzy slo-mo-techno, synth-popem, nową falą oraz… eksperymentami Talking Heads i Briana Eno. W rzeczy samej, wokal Matthew czasami przypomina głos Davida Byrne’a. Narkotyczna, psychodeliczna i nieco perwersyjna atmosfera tego albumu z pewnością przypadnie do gustu również fanom Circlesquare i Matiasa Augayo. Ścisła tegoroczna czołówka.
Czytaj recenzję!



Metaform – The Electric Mist (Just Records)
Drugi album Justice’a Aarona nie jest próbą zdyskontowania sukcesu rewelacyjnego debiutu sprzed dwóch lat, lecz efektem poszukiwań nowych środków ekspresji. Wolta stylistyczna, jaką zaserwował Metaform, nie powinna dziwić biorąc pod uwagę jego muzyczne wykształcenie i erudycję (nie wspominając o pseudonimie). Nie tłumaczyłbym tej zmiany jakąś źle pojętą komercjalizacją, bo nie ma tutaj nawet miligrama dubstepu (tak tak, to mała złośliwość z mojej strony); raczej wewnętrznym brakiem ograniczeń i impulsem do ciągłego kombinowania.
Czytaj recenzję!



Mount Kimbie – Crooks & Lovers (Hotflush)
Kolejny znakomity debiut A.D. 2010. Brytyjski duet nagrał zaledwie 35-minutową płytę, ale tyle tu pomysłów, że można by nimi obdarować kilka innych projektów. Krytyka ukuła na podobne dźwięki (do których zaliczyć można również twórczość Eleven Tigers) termin „post-dubstep”, co prawdopodobnie stanowi wyraz bezradności wobec muzyki Mount Kimbie. Niezależnie od tego, za co biorą się Kai Campos i Dominic Maker – pop, ambient, UK garage – rezultat jest znakomity. W swojej recenzji Paweł Gzyl nie bez racji pisał, że „Crooks & Lovers” to album emanujący radością, świeżością, pomysłowością i wolnością w przełamywaniu wszelkich granic.
Czytaj recenzję!



Pantha Du Prince – Black Noise (Rough Trade)
Twórczość Hendrika Webera najczęściej określa się mianem minimalu, ale jest to tyleż mylące, co krzywdzące – jego oryginalne brzmienie skrzy się iście barokowym przepychem, na który składają się pulsująca rytmika, głębokie basy, strzępy melancholijnych melodii, partie przestrzennych syntezatorów i subtelnych gitar, rozległe ambientowe podkłady, obfity field recording oraz imponująca ilość dźwiękowych niuansów. Skonstruowane z zegarmistrzowską precyzją, kruche kompozycje rozwijają się w nieoczekiwanych kierunkach, nieustannie zachwycając pierwszorzędną produkcją i dbałością o detal. Owocem owych rozmaitych inspiracji jest pełna rozmachu romantyczna muzyka taneczna, która znakomicie funkcjonuje tak na parkiecie, jak i w domowym zaciszu. Minimal? Raczej maximal.
Czytaj recenzję!




PVT – Church With No Magic (Warp Records)
Wraz ze zmianą nazwy z Pivot na PVT, australijskie trio zaserwowało woltę gatunkową, oddalając się od fuzji elektroniki, shoegaze’u i post-rocka w stronę przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Elegancki dark-synth-whatever-pop bezbłędnie miesza się tu z muzyką XXI wieku, masywne syntezatory ścierają się z potężną ścianą gitarowego zgiełku, ekspresyjny wokalista dzieli się ze światem swoim weltschmerzem, zaś wszystko jest dosłownie skąpane w mrocznej, cyfrowo-analogowej elektronice pełnej trzasków, pisków i przesterów. Całość z powodzeniem mogłaby być opatrzona logo wytwórni 4 AD. Mówiąc krótko, retro jak się patrzy.
Czytaj recenzję!



Roof Light – Kirkwood Gaps (Highpoint Lowlife)
Muzyka Roof Light wymyka się jakimkolwiek etykietkom. Na debiutanckim longplayu Brytyjczyka Garetha Mundaya wszystkie elementy – nawet te pozornie do siebie nie przystające – są na swoim miejscu. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to pierwszorzędna produkcja. Drugim elementem, który natychmiast zwraca uwagę, są wyjątkowo melodyjne utwory (oczywiście jak na standardy, bądź co bądź niszowej elektroniki), którym jednak nie brak eksperymentalnego charakteru. Przede wszystkim jednak Roof Light wykazuje się niebywałą muzyczną elokwencją – z kocią gracją porusza się po całej mijającej dekadzie nowych brzmień, odświeżając je i w pewnym sensie składając im hołd.
Czytaj recenzję!




Shed – The Traveller (Ostgut Ton)
Debiurancki longplay Rene Pawlowitza nie powalił mnie na kolana, choć był interesujący i zdradzał pewien potencjał. Shed ujawnił go na swojej drugiej płycie. „The Traveller” to niewiele ponad trzy kwadranse niesamowitej muzyki, która rzuca dwa pomosty: czasowy pomiędzy latami 90. a obecnym wiekiem, oraz przestrzenny, łącząc Berlin z Londynem. Pawlowitzowi udało się stworzyć porywającą i świeżą mieszankę na którą składają się breakbeat, rave, drum’n’bass, ambient, techno i kto wie, co jeszcze. Pierwszorzędna płyta będąca doskonałą ilustracją dźwiękową do nocnej jazdy po obwodnicach Berlina.
Czytaj recenzję!




The Black Dog – Music For Real Airports (Soma Quality Recordings)
Brytyjskie trio The Black Dog to już legenda sceny elektronicznej. Ponad 20 lat aktywności i dziesiątki wydawnictw na koncie, wśród których znajdują się tak znakomite i wpływowe albumy, jak „Bytes” (1993) i „Spanners” (1995), gwarantuje nieustannie wysoki poziom nagrań. Na swoim ostatnim longplayu Ken Downie, Richard Dust i Martin Dust nawiązują do klasycznego dzieła Briana Eno, prezentując ambient ery turboglobalizacji. Jest to album uroczo staroświecki i zarazem szalenie nowoczesny, czy raczej aktualny. Jak twierdzą sami autorzy, słuchanie „Music For Real Airports” niekoniecznie musi być przyjemne, ale płyta doskonale oddaje spektrum emocji, jakie wzbudzają lotniska. Rzadki to przypadek, żeby w trakcie odsłuchu naszła człowieka jakaś przyzwoita refleksja nad cywilizacją.
Czytaj recenzję!




The Sight Below – It All Falls Apart (Ghostly International)
Orkiestrowy rozmach, rozciągnięte w nieskończoność strzępy melodii, przetworzone gitary, gęste akordy syntezatorów, masywne ambientowe tekstury, delikatny rytm pulsujący podskórnie w metrum 4/4 i wielość dźwiękowych niuansów – na „It All Falls Apart” znalazły się wszystkie elementy muzyki Amerykanina, tyle że w innych niż wcześniej proporcjach. Rytmikę zredukowano do minimum, zaś na pierwszy plan wysunięto napierającą chmurę dronów układających się w majestatyczne motywy. Podwodne, amorficzne kompozycje The Sight Below przywołują na myśl ostatni koncert jakiejś widmowej orkiestry, która gra nadal pomimo zatonięcia statku.
Czytaj recenzję!




Toro Y Moi – Causers Of This (Carpark)
Chaz Bundick jest identyfikowany z szufladką znaną jako chillwave, którą ciężko uchwycić inaczej niż przez chmurę tagów: syntezatory, 80’s, sample, pętle, efekty, shoegaze, new-wave, synth-pop ambient, abstract hip-hop, lo-fi, słońce, ciepło, relaks, słodkie lenistwo, „ewrybady pomarańcze, wszyscy tańczą, ja też tańczę”. Upalone i zniekształcone beaty cztery na cztery, szumiące wokale, gęste opary klawiszy, buzujące basy i chropowate brzmienie rodem z taśm magnotofonowych – to wszystko jest bardzo seksowne i skłania do niezobowiązującego bujania. Świadomie czy nie, Bundick pokazał, że nawet wyblakłe klisze można odtworzyć sprawnie i ze smakiem.
Czytaj recenzję!




Trentemoller – Into The Great Wide Yonder (In My Room)
Na swoim drugim albumie duński multiinstrumentalista i producent przeważa szalę na korzyść bardziej organicznego brzmienia, zaledwie muskanego elektroniką. Ambientowo-dubowe podkłady przenikają się z tu ze swoistym quasi-techno, gęsto mielone gitary ścierają się z potężnymi bębnami, zaś niepokojące wokale rozprzestrzeniają się niczym mgła po Silent Hill. „Into The Great Wide Yonder” to muzyka niepokojąca, pełna grozy i atmosfery rodem z ostatnich filmów Lyncha, z „Inland Empire” na czele. Kapitalny, choć ponury materiał.
Czytaj recenzję!



We Love – We Love (BPitch Control)
Obiecujący debiut włoskiego duetu, przyjętego do zaszczytnego grona wytwórni BPitch Control. Ze swoim mroczno-erotycznym synth-popem znakomicie wpisują się w szeregi berlińskiego labelu, tuż obok soundtracku do „Berlin Calling” Paula Kalkbrennera, trzeciej (i niestety ostatniej) płyty Telefon Tel Aviv, a nawet niektórych utworów Modeselektor. Piero Fragola i Giorgia Angiuli wykroili swoje ulubione fragmenty lat 80. i przefiltrowali je przez nowoczesne aranżacje, tworząc dynamiczną mieszankę staroświeckiego popu ze współczesną elektroniką. Swoją drogą, to siódmy debiutancki longplay na niniejszej liście, co oznacza chyba, że nie był to zły rok.
Czytaj recenzję!




Na wyróżnienie zasługują także następujące epki:


Balam Acab – See Birds (Tri Angle)
The next big thing?



Blue Daisy & Anneka – Raindrops (Black Acre)
Getting bigger and bigger thing.



FaltyDL – Phreqaflex (Planet Mu)
Already big thing.




Milyoo – Dasein (Opit Records)
Soon-to-be-big thing.



Fayoh (clip) by milyoo (mēl-yü)

Pariah – Safehouses (R & S Records)
Knows-a-lot-of-big-things-and-can-make-a-great-use-of-them thing.




Tego Sylwestra rekomendujemy

31 grudnia w wyjątkowych wnętrzach Kina Capitolu zagoszczą największe gwiazdy elektroniczno – tanecznej awangardy – z Kidkanevilem i Mary Ann Hobbes na czele! D4D, Oris Jay

Za jedyne 150 PLN będziecie mogli pożegnać stary rok przy dźwiękach szalonej prywatki pod batutą wodzirejów z legendarnej kapeli D4D (wcześniej znanej jako Dick4Dick), a chwilę później czeka na Was spotkanie z prawdziwą legendą dubstepu – Orisem Jayem, występującym pod nazwą Darqwan, twórcą odpowiedzialnym za popularyzację brzmień spod znaku UK Garage i autorem jednego z największych przebojów tego gatunku – „Biggin Up The Massive”.

Kidkanevil

A to przecież tylko początek atrakcji, przygotowujący na pojawienie się dwóch największych gwiazd tego wyjątkowego wieczoru. Pierwsza z nich, to Kidkanevil – artysta odpowiedzialny za powstanie terminu „imaginary hip-hop”, który w najlepszy sposób opisuje komponowaną przez niego muzykę.

Mary Ann Hobbes

Prawdziwa legenda radia BBC, autorka audycji, dzięki którym świat poznał takie pojęcia jak wonky, grime czy dubstep, jedna z najbardziej rozchwytywanych DJek na Wyspach, związana również z powstaniem sceny dubstepowej na jednym z najważniejszych światowych festiwali elektronicznych na świecie – barcelońskim Sonar.

Dlaczego warto?

W cenie 150 PLN organizatorzy proponują, oprócz doskonałego lineupu, również: przestronną, ogrzewaną salę, strefę chillout, bufet (dania ciepłe i zimne), wystarczającą ilość miejsc do odpoczynku po tanecznych szaleństwach, pokazy filmowe i fotograficzne. Goście skorzystać będą mogli z baru oferującego duży wybór alkoholi. A wszystko w jednej z najciekawszych katowickich miescówek!

Wejściówki na to wydarzenie kupicie w katowickim klubie Hipnoza, oraz na stronach:

Aardvarck – Choice


Już od ponad dwudziestu lat Mike Kivits vel Aardvarck należy do grona czołowych postaci holenderskiego undergroundu. Mniej znany od swoich rówieśników, pozostaje szarą eminencją europejskiej elektroniki. Rocznik 1965, Kivits jako dwudziestokilkuletni młodzian zaraził się kulturą rave, co zainspirowało go do tego stopnia, że najpierw został DJem, a następnie zaczął samodzielnie produkować muzykę. Jako Aardvarck ma na koncie kilkanaście epek i trzy longplaye (w tym znakomity „Cult Copy”), do których w tym roku dołączył czwarty – „Choice”.

Od samych początków swojej działalności Holender udowadnia, że potrafi odnaleźć się niemal w każdej stylistyce. Nie inaczej jest na tym albumie – otwiera go mówione intro, w którym swojego głosu użyczył… Gaslamp Killer, pouczający słuchacza, że Aardvarck nie jest zwierzęciem, lecz istotą ludzką, która wiele przeszła. Można rozumieć te słowa jako informację, że Kivits nasłuchał się w życiu naprawdę różnych dźwięków, chłonąc je niczym gąbka. Hipotezę potwierdza blisko godzinna zawartość albumu: 21 zabójczych numerów składa się na eklektyczną mieszankę nowych i starych brzmień, przefiltrowanych przez elokwencję twórcy.







W rzeczy samej, na „Choice” dzieje się tak wiele, że pomysłami tu zawartymi można by obdzielić kilka innych albumów. Stylistyczny rozrzut nie powoduje jednak wrażenia chaosu, ponieważ wszelkie inspiracje zostały umiejętnie wplecione w spójnie brzmiącą całość. Czy jest to rzewna, oniryczna ballada z kobiecym wokalem („Lucky Shot”), czy syntezatorowy pasaż przywodzący na myśl Coil z okresu„Love Secret’s Domain” i „Worship The Glitch” („Hoezo?”), czy też melancholijna elektronika a la Boards of Canada („Gestolen 21”), muzyka filmowa („Ge-kaait speedmetal”), korzenny dub („3 tot 1 zonder toaster”) lub szorstkie hip-hopowe beaty (m.in. „Breakin Bad” i „Dik”), Aadrvarck zawsze brzmi świeżo i szczerze. W takim „Je bent zelf raar!” najpierw wali między oczy partią prog-rockowych organów (!), a potem dorzuca do tego hip-hopową rytmikę, podniosłe smyczki, „laserowe” sample” i pomruki przesteru. Jakby tego było mało, w znakomitym „Heal” Kivits postanowił zaśpiewać na modłę Maxwella czy innego Bilala, pod rasową soulową nutę. Rezultat jest obezwładniający.

Tak mógłby brzmieć Flying Lotus, gdyby nie zbłądził na swojej ostatniej płycie. „Choice” to pozycja obowiązkowa, jeden z najciekawszych krążków A.D. 2010 i być może najlepszy album Aardvarck.
Eat Concrete, 2010

Podsumowanie 2010 – Patryk Zalasiński

Bez zbędnej kokieterii, która lubi pojawiać się w rankingach, dywagacji czy był to dobry rok, czy nie, czy dubstep zjadł swój ogon, czy FlyLo się skończył… Muzyczny przekrój roku, z uwzględnieniem najbardziej innowacyjnych, brzmieniowo zaawansowanych pozycji. Jego naturalność i brak ingerencji może potwierdzać nieokrągła, mało rankingowa liczba wyselekcjonowanych albumów.

11,5. Andreas Tilliander – Showtime (Adrian Recordings)

Pozycja licząca się tylko jako połówka, bo to skromna EPka, raczej bonus do zeszłorocznego albumu Tilliandera Show. Dwa nowe utwory szewdzkiego ubermenschena i dwa remiksy – ale jakie! – błądzące po ścieżkach dubu, tech-houseu, jamajskich wokali, klasowo zremiksowane prez Erase i Minilogue. Najwyższej jakości elektronika, oby zwiastowała kolejny album.

11. Masayoshi Fujita & Jan Jelinek – Bird, Lake, Objects (Faitiche)
Inżynier dźwięku Jelinek, tworzy kolejny rozdział swoich muzyczynych eksploracji. Tym razem jego soniczne eksperymenty wsparł japoński wibrafonista, który swoim dźwiękiem, nadaje trzaskom, szumom, zgrzytom cieplejszą nutkę, oczywiście w granicach minimalistycznego ambientu, glitchu, i fascynacji jazzową swobodą improwizacji.

10. Prins Thomas – Prins Thomas (Full Pupp)/diskJokke – En Fin Tid (Smalltown Supersound)

Norwescy producenci na wspólnym, dziesiątym miejscu, bo tyle ich łączy, że nie ma sensu ich rozdzielać. Obie płyty w ramach zwiększenia doznań należy próbować jedna po drugiej. Albumami wydanymi w 2010 roku, stworzyli esencjonalną kontynuację space disco, uprzestrzenionego, leniwego grania, ujmującego swoim niespiesznym tempem, pętlami, melodiami.

W tym roku formalnie, swoją pierwszą płytę wydał Prins Thomas, mimo że od kilku lat koncertuje, remiksuje, zbiera pochwały za działalność wespół z Lindstromem. Tym trudniejsze zadanie go czekało – debiut z takiej pozycji. Mimo dużej skali podobieństwa ze starszymi produkcjami, to jego nieinwazyjna, lekka muzyka z odczuwalną i postępującą inspiracją krautrockiem chwyta i oczarowuje.

diskJokke również ochoczo czerpie z przeszłości, tworząc przyszłość – urzekają niepowtarzalne, rozciągnięte, kosmicznie brzmiące analogowe syntezatory, niczym ojców założycieli nowoczesnej elektroniki (utwór Nattesid – współczesny Jarre!) – i równie ciężkie miał zadanie. Musiał udowodnić że pierwszy longplay to nie był przypadek. Stworzył dojrzalszy i pękający od zawartości album. Tłumacząc jego nazwę (En Fin Tid – dobry czas) można tylko przytaknąć.

9. Grum – Heartbeats (Heartbeats)

Wcześniej nieznany facet, wydając swoją pierwszą płytę eksplodował jako osobowość – muzyk, producent, właściciel labelu, prezentujący swój sposób na muzykę, jako syntezę lat 80, 90, punku, raveu, całego tego kolorowego kiczu disco i popu. Heartbeats, płyta rytmiczna niczym bicie serca, poplątana od wpływów, rozpoczętych ścieżek wydaje się nie do skopiowania, mimo że wielu próbuje ją naśladować. Warto smakować po trochu i cmokać z zachwytu.

8. Holy Fuck – Latin (Young Turks)

Ci faceci tak ujmują swoim szelmowskim stylem bycia i muzyczną bezczelnością, że wydają się idealnymi kompanami do picia wódki i przegadania całej nocy o muzyce i kobietach. Album którzy stworzyli – Latin – mimo, że czuć w nim zapach oleju i stęchlizny z garażu ojca, to nie amatorszczyzna. Pełna nieprzewidywalności elektronika, potrzaskane instrumenty, rockowa fantazja, shoegaze, z wielką siłą oddziaływania.

7. Caribou – Swim (City Slang)

Nie odnotowanie Swim w podsumowaniu to strzał samobójczy. Snaith wciąż uwodzi, nieco innymi środkami (bardziej elektronicznymi), ale tworząc wciąż ten sam, niezwykły psychodeliczny sen. On i jego twórczość może służyć jako wyjście do badania muzycznych wpływów dekady, jej sukcesów, porażek, rezultatów. Album, ze względu na swoją strukturę, powinien dostać oddzielną półkę w każdym, szanującym się muzycznym sklepie – kipi od eklektyzmu, eksperymentu, fantazji. Co ciekawe, odbierany i doceniany przez szerokie grono odbiorców. Być może przeciera pewne szlaki…

6. Sistol – On The Bright Side (Halo Cyan)

Skoro uznane muzyczne magazyny piszą o Sasu Ripattim – który jest jedną z największych osobowości współczesnej elektroniki, ma wiele alter ego i żongluje nimi bez schizofrenii – per Luomo, nic dziwnego że postanowił przypomnieć światu swoją mroczną przeszłość. Odnalazł stare pliki i presety, wrócił do kokainowego techno. Mimo, że tytuł niesie inne przesłanie, nie dałem się nabrać, ale dałem wciągnąć. Dźwiękowo niszczy, z masochistyczną satysfakcją, jest ciężko, szorstko, masywnie. Dzieła zniszczenia dopełnia reedycja pierwszej płyty Sistola z remixami czołówki sceny elektronicznej.

5. Efdemin – Chicago (Dial)

Mini, micro, deep i cała masa innych przedrostków. Czy są one potrzebne? Muzyka obroni się sama. Z tego stylistycznego mariażu wychodzi po prostu techniczne i brzmieniowe arcydziełko, które niesie soczyste, klubowe przyjemności. A takich produkcji – nie tylko ze względu na brzmienie, ale i jakość – w mijającym roku brakło. Dlatego Sollmann i jego album to pozycja obowiązkowa dla wymagających nocnych marków, którzy czują się osieroceni w erze dudniącego basu.

4. Apparat – Dj Kicks (!K7)

W tym roku świetnych kompilacji było pod dostatkiem – Boogybytes vol. 5, Berghain 04, Tensnake In The House – jednak to jest objawienie. Ostatnie miesiące roku przyniosły wysmakowany mix, urzekający nienachalną i melodyjną elektroniką. Podręcznikowy wykład trendów muzycznych, zaserwowany przez zasłużonego Berlińczyka. Dla nowomuzycznych żółtodziobów i koneserów.

3. Kasper Bjørke – Standing on top of Utopia (Rough Trade)

Z wielką swobodą i niewyraźnym uśmieszkiem, młody Duńczyk tworzy klimat, którego zazdrościmy i nieustannie o nim marzymy – słodki, naiwny, przesycony witalnością, erotyzmem, bawiąc się przy tym i sięgając po house, techno, synthpop, nu-disco. Pewne muzyczne doznanie, satysfakcja gwarantowana. Ostatnio dużo koncertuje i współpracuje z Trentemoellerem. Wszystko wskazuje na to, że wyrasta nowa gwiazda. „Standing on top…” już ten wysoki poziom osiągnęło.

2. The Black Dog – Music For Real Airports (Soma)

Więcej niż album. Potrzeba niemałej odwagi aby zmierzyć się z pomnikiem. Albo jest się szaleńcem, albo wierzy się swoje umiejętności. Jeszcze zarzut, że to jest muzyka dla „prawdziwych” lotnisk! Świetna, sugestywna płyta, inspirowana „życiem” lotniska, będąca uświęceniem codzienności, przemieszaniem sacrum i profanum. Wartością dodatnią, wpływającą na odbiór jest pewne skłonienie do refleksji – właśnie nad ową codziennością, a co za tym idzie jej sensem. Zamiast Eno, na pomniku stawiają muzykę w czystej formie.

1. Matthew Dear – Black City (Ghostly)
Numer jeden, przede wszystkim za niepowtarzalność, niespójność, niesprowadzalność do jednego mianownika. Porównywalny do Davida Bowiego genialny Matthew Dear i jego kapryśny głos w patchworku, na który składa się techno, synth, avant pop i różne używki, to źródło wyjątkowej przyjemności. Najbardziej oryginalna i zajmująca płyta roku – kilkanaście przesłuchań pozwala na poczucie pełni jej złożoności i wielkości, choć nie jest to przesądzone.

Już w maju kolejne Wro!

Powoli zbliża się kolejna edycja Międzynarodowego Biennale Sztuki Mediów WRO – jednej z najciekawszych imprez promujących sztukę tworzoną za pomocą nowych mediów. Organizatorzy już teraz zapraszają twórców do nadsyłania swoich prac. Podczas Biennale nie zabraknie również wyjątkowych wydarzeń muzycznych. – Od założenia w 1989 roku, Biennale Sztuki Mediów WRO prezentuje sztukę tworzoną nowymi medialnymi środkami kreacji i komunikacji – piszą organizatorzy. – 14 edycja Biennale WRO, która rozpocznie się 10 maja 2011 roku, poświęcona jest tematowi Alternative Now akcentującemu rolę indywidualnych postaw i strategii artystycznych odcinających się od mechanizmów instytucjonalnego świata sztuki i standaryzacji jego oczekiwań.

Startuje konkurs

Aby wziąć udział w tegorocznym konkursie, wystarczy wejść na stronę wro2011.wrocenter.pl, gdzie znajduje się specjalny formularz zgłoszeniowy oraz regulamin imprezy. W tym miejscu również organizatorzy publikować będą bieżące informacje na temat programu tegorocznych Biennale. Czekamy z niecierpliwością!

Breathe Owl Breathe – Magic Central

Jak może brzmieć zespół, który swoje próby organizował w cieniu drzew, na łonie natury? A jeśli nazwa grupy zaczerpnięta została z historii związanej z sową lecącą na łowy przez las o zmierzchu, co przyśniło się jednemu z członków Breathe Owl Breathe, to czy można wyobrazić sobie lepszą muzykę do pasywnego wstawania z łóżka w sobotni poranek?

Za pokaźnymi brodami i indie-kolorowymi sweterkami kryją się Trevor Hobbes i Micah Middaugh, którzy wraz z Andreą Moreno-Beals tworzą melancholijny, intymny folk ocierający się zarówno o przebojowe melodie, jaki i eteryczne melorecytacje. Breathe Owl Breathe zawieszony jest gdzieś pomiędzy Super Furry Animals, a Wildbirds & Peacedrums. Garściami czerpiąc inspirację z natury trio broni się przede wszystkim utworami o lekko abstrakcyjnym wydźwięku, których siła tkwi w wokalnej symbiozie tworzących grupę muzyków.

Klasycznie wykształcona w grze na wiolonczeli Andrea zdaje się być głównym filarem zespołu, wokół którego wszystko zostało obudowane. Harmonie spokojnie kołyszące się w swoim rytmie dają nasycić się wyszukanymi przeszkadzajkami zabudowującymi tło, lub wręcz odwrotnie – skupiają uwagę słuchacza jedynie na wokalu. Magii wiele nie trzeba – chwytliwy motyw na banjo, parę dźwięków na gitarze akustycznej, tamburyn i bąbelkowe dźwięki generowane przez jakąś zabawkę. Nieinwazyjnie, bez agresji i zadęcia, za to z dużą dozą zaspanej radości.

Śpiewając pioseneczki o lwie, czy też opowiadając bajkę o księżniczce, która nie wie, że tak naprawdę koresponduje ze smokiem, a nie księciem trio zręcznie uniknęło głupiej infantylności, o jaką można by je posądzić. Rozmarzone teksty napisane z przymrużeniem oka, otoczone sporą dawką luzu, którego momentami mógłby pozazdrościć nawet Gruff Rhys, świetnie wpisują się w temat albumu. I tylko z pozoru można by posądzić je o to, że wycięto je z dobranocki. Pod płaszczykiem prostych historyjek ukryte są bowiem problemy z życia wzięte, z których najczęściej przewijającym się jest oczywiście wątek damsko-męski. Jednak nie ma się co nastawiać na głębsze analizy – ‘Magic Central’ ma wprowadzić słuchacza w pogodny nastrój, a nie w zadumę. Oczywiście ma to też swoje minusy – na słodki pop-folk trzeba po prostu nabrać ochoty. Inaczej stężenie cukru zawartego w melodiach spowoduje efekt przeciwny do zamierzonego.

Breathe Owl Breathe nie próbują niczego osiągnąć, ani udowodnić swoją muzyką. Lekki w formie i treści zbiór piosenek zawarty na ‘Magic Central’ może być ciekawą alternatywą odświeżającą świąteczną playlistę.

Hometapes | 28.08.2010

3/5

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Winter Edition

Nadchodzące wydanie „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – upłynie pod znakiem „zimowych” piosenek. W związku ze zbliżającym się przesileniem zimowym, wtorkowy wieczór w Szczecin.FM wypełnią utwory Wielkich Elektroników takich jak Coil, Biosphere, Apparat, Deepchord Presents Echospace i wielu innych.

Wtorek (21.12), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.






* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Teho Teardo – Soundtrack Work 2004 – 2008


Droga tego włoskiego artysty do muzyki filmowej była wyjątkowo kręta. Wszak zaczynał on tworzyć własne dźwięki ponad dwie dekady temu od… industrialu, współpracując z brytyjskimi projektami Nurse With Wound i Ramleh. Potem zbliżył się do sceny noise-rockowej, nagrywając z zespołami Pain Teens i Zeni Geva oraz Mickiem Harrisem i Lydią Lunch. Właściwie dopiero na początku minionej dekady poświęcił się bardziej ilustracyjnej muzyce – w duecie Modern Institute, który wydał w 2006 roku dla Expanding album „Exellent Swimmer” oraz komponując na potrzeby teatru i filmu.

Najnowszy album włoskiego twórcy zawiera 25 utworów zrealizowanych do czterech fabuł – „La Ragazza Del Lago”, „Il Passato E Una Terra Stragniera”, „L`Amico Di Familia”, „Lavorare Con Lentezza” i najważniejszej – „Il Divo” (znanej i u nas pod tytułem „Boski” opowieści o rządach Giulio Andreottiego), która otrzymała wyróżnienie jury na festiwalu w Cannes a Teardo przyniosła dwie ważne nagrody włoskiego przemysłu filmowego (w tym jedną od samego Ennio Moriccone).

Czy kolekcja ta może zainteresować słuchacza współczesnej elektroniki? Jedynie do pewnego stopnia. Autor płyty dokonuje bowiem intrygującego wpisania elementów stylistyki IDM w kontekst muzyki filmowej. Tak dzieje się przede wszystkim w soundtrackach do dwóch pierwszych obrazów. Oto bowiem Teardo sięga po chrzęszczące rytmy o połamanym metrum i głębokie pochody basu, aby uzupełnić je typowymi dla kinowej klasyki dramatycznymi partiami smyczków i fortepianu („Dax” czy „Ti Pare Felice?”). Zaczątki takich brzmień można było już znaleźć na wspomnianej płycie Modern Institute – ale dopiero tutaj następuje ich pełne rozwinięcie.

Mniej oryginalnym pomysłem jest podszycie soundtrackowych smyczków ambientowym pasażami – takie eksperymenty znamy już z choćby z dokonań Aphex Twina. Teardo jest jednak w tej kwestii niezwykle oszczędny – zbudowane według tej recepty kompozycje „Il Capotto” i „Che Cosa Rocordare Di Lei?” ze wspomnianego „Il Divo” opierają się głównej mierze na akustycznych dźwiękach, a elektronika jest schowana w dalekim tle.

W kilku innych utworach Teardo sięga do bogatej skarbnicy nowofalowych brzmień z lat 80. To przede wszystkim zimne pasaże gitary i przesterowanego basu, zapożyczone z twórczości Joy Division i New Order. Uzupełnione zgrabnie przyciętymi smyczkami i osadzone na rytmicznym podkładzie rodem z IDM tworzą ciekawe zestawienia kontrastowych barw – jak choćby w „Ti Pare Felice?” czy „Dentro”.

Nowsze dokonania Teardo – łącznie z najsłynniejszym „Il Divo” – są już zdecydowanie skoncentrowane na akustycznych dźwiękach. Włoski artysta sięga tu do bogatej tradycji europejskiego minimalizmu, konstruując swe muzyczne miniatury z subtelnych pociągnięć smyczkami, niczym u Gavina Bryarsa. Zetknięcie romantycznych skrzypiec z mrocznymi wiolonczelami rodzi spodziewane napięcie – i zapewne dobrze sprawdza się w zestawieniu z filmowymi obrazami. Na płycie nie ma już jednak takiej mocy – tym bardziej, że druga część krążka jest niemal w całości podporządkowana takim brzmieniom. W efekcie muzyka Teardo staje się monotonna – by nie rzec – nudna.

Być może wielbiciel soundtracków odnajdzie na płycie włoskiego kompozytora więcej wartościowych rzeczy. Wszak zachwycił się nią sam nestor gatunku – wspomniany Ennio Morricone. Dla oczekującego dźwiękowych innowacji fana nowej elektroniki utwory te są zbyt przewidywalne i stereotypowe.

www.expandingrecords.com

www.tehoteardo.com
Expanding 2010

Glasser – Ring



Debiutancki album 27-letniej Cameron Mesirow podpisującej się jako Glasser, pełen jest dźwięków przenoszących wprost do jakiejś dziwacznej, baśniowej krainy. W melodiach z „Ring” nie ma prawie nic, co mogłoby kojarzyć się z miejscem powstania płyty – gorącą i luksusową Kalifornią. Mamy tu dziewięć wyrównanych stylistycznie utworów, których klimat wprawia słuchacza niemalże w pierwszą fazę snu. Przyczyną tegoż jest, między innymi, subtelnie hipnotyczny wokal Glasser, momentami przypominający nawoływania leśnej nimfy. Przeciągłe wokalizy obecne są w każdej piosence, co jednak na dłuższą metę może być trochę męczące. Bardziej urozmaicona jest strona muzyczna wydawnictwa. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom – wszystkie dźwięki mniej lub bardziej egzotycznych instrumentów są wytworem pewnego zacnego programu komputerowego. I ten właśnie fakt będzie czymś, co łączy brzmienie „Ring” z Kalifornią! Glasser i jej muzyczni akompaniatorzy – bębniarz oraz gitarzysta – są kompletnie uzależnieni od laptopa. Pewnie gdyby nie możliwości współczesnej techniki, nie usłyszelibyśmy na „Ring” saksofonu, skrzypiec czy marimby. Talentu Glasser nie czyni to jednak mniejszym!
Jak już wspomniałam, Cameron w zaproponowanych przez siebie utworach jest dość konsekwentna. Po pierwszym przesłuchaniu żaden nie zrobił na mnie większego wrażenia. Moje perełki z „Ring” wyłowiłam dopiero po jakimś czasie. Pierwszą z nich jest otwierający album „Apply”, który porwał mnie swoją rytmiką i tym, że Glasser zaśpiewała go w bardziej zdecydowany sposób. Kolejna piosenka to „Home” – ona także należy do moich ulubionych, ma w sobie przyjemną energię i przestrzeń. Jednak najbardziej do gustu przypadł mi „Treasury of We” – początkowo subtelny, potem mocniejszy, przepełniony emocjami, jak dla mnie to numer, w którym dzieje się najwięcej. Ciekawy jest też ostatni krzyk albumu, czyli (dosłownie) „Clamour”. Podoba mi się w nim gorzki saksofon i bębny.
Wizytę w krainie dźwięków Glasser zaliczam do udanych, choć nie ukrywam, że musiałam się do niej przekonać. Najbardziej podoba mi się w niej świeżość, bezpretensjonalność i taka niezwyczajna-zwyczajność. Brzmi nielogicznie?! Czemu nie, w końcu Cameron największą inspirację czerpie ze snów a w snach coś takiego jak logika po prostu nie istnieje.

www.myspace.com/glasssser

True Panther Sounds, 2010

System 7 znów w akcji

Brytyjski duet System 7 przygotowuje do wydania nowy album – choć na razie nie ma tytułu, wiadomo, że ukaże się 23 maja 2011 roku. Przypomnijmy, że działający już prawie dwie dekady projekt tworzą weterani hipisowskiego undergroundu z lat 70. – Steve Hillage i jego partnerka Miquette Giraudy, wchodzący niegdyś w skład słynnej psychodelicznej grupy Gong. Powołali oni System 7 do życia w 1991 roku, kiedy usłyszeli w jednym z klubów, jak The Orb grają fragmenty prekursorskiej wobec ambientu płyty Hillage`a „Rainbow Dome Music” z 1979 roku. Od tamtej pory tworzą taneczną muzykę asymilującą wpływy techno, house`u, trance`u i ambientu. Współpracowali z wieloma tuzami nowych brzmień – m.in. Derrickiem Mayem, The Orb, Laurentem Garnierem czy Plastikmanem.

13 grudnia w sklepie internetowym Beatport pojawiła się dostępna tylko w formie cyfrowym kolekcja „Classics”, zawierająca najpopularniejsze nagrania (plus mniej znane utwory ze stron B singli) System 7 z okresu 1991 – 2000.
Steve i Miquette zaoferowali naszym Czytelnikom bezpłatny download ich koncertu, który odbył się podczas Boom Festivalu w Barcelonie w sierpniu tego roku. Jest on do ściągnięcia pod adresem: www.boomfestival.org/boom2010/2010/09/boom-festival-2010-podcast-01-system-7

Column One – Präsident Der Sonne


Ten działający od prawie dwóch dekad berliński kolektyw pod wodzą Roberta Schalinskiego jest w prostej linii spadkobiercą dokonań niemieckiego undergroundu z lat 80. W jego twórczości, inspirowanej w dużej mierze awangardowymi ruchami artystycznymi z pierwszej połowy XX wieku, spotykały się do tej pory różne formy muzyczne – od preparowanego industrialu po eksperymentalne techno. Najciekawszymi dokonaniami Column One pozostają dwa albumy z początku minionej dekady – „Electric Pleasure” i „The Audience Is Sleeping” – przy realizacji których wspomógł formację nieodżałowany duet Rechenzentrum. Od tamtego czasu Column One nie nagrał właściwie kolejnego regularnego albumu – zarówno wydany pięć lat temu „Dream Time”, jak i opublikowany obecnie „Präsident Der Sonne” – to kompilacje utworów zrealizowanych we wcześniejszych latach.
Pod tytułem nawiązującym do twórczości austriackiego poety i plastyka Raoula Hausmanna, założyciela berlińskiego Clubu Dada w 1918 roku, ukrywa się dziesięć nagrań, nigdy do tej pory niepublikowanych, a zarejestrowanych między 2000 a 2010 rokiem.

To zdecydowanie awangardowa odsłona muzyki niemieckiego kolektywu. Już umieszczony na wstępie tytułowy utwór wprowadza nas w klimat całości – wypełniające go elektroakustyczne wariacje dźwiękowe z powodzeniem można wpisać w kontekst muzyki konkretnej. „Godesberger Marsch” to z kolei ukłon w stronę bardziej współczesnych trendów – wokalne szaleństwa podszyte lodowatą elektroniką w stylu Sähko czy Raster Noton. Wspomnienie perkusyjnego industrialu o metalicznym brzmieniu pojawia się natomiast w „Voranzeige Oder Der Moloch”. „Anatomie Einer Waage” to z kolei jednostajny dron, wijący się powoli przez cały czas trwania kompozycji. Połączeniem elementów składających się na te dwa ostatnie nagrania jest „Berta Navarseke” – w przemysłowe odgłosy pogłębione fabrycznymi pogłosami grupa wpisuje jednak niepokojące szepty i jęki, tworzące psychodeliczny nastrój rodem z dawnych preparacji Throbbing Gristle.
W drugiej części krążka dostajemy więcej poezji dźwiękowej. Stosując metody typowe dla plądrofonii, Schalinski wraz z kolegami sklejają fragmenty różnych nagrań i recytacji w dadaistyczne kolaże, przypominające muzyczne eksperymenty amerykańskich artystów skupionych w ruchu Fluxus. Tak dzieje się w zaszumionym analogowymi trzaskami „Reichlich Sonderbar” czy bliskim free-jazzowemu zgiełkowi „100 Tanze & Marsche”.
Album kończy długa kompozycja „Hydronosie Oder Der Sprecher” – monotonny monolog uzupełniony wciśniętymi w tło glitchowym defektami i wolno płynącym dronem.
Ci, którzy znają Column One z koncertów w Polsce (grupa odwiedza nasz kraj od dawna i współpracuje z Wojtkiem Czernem z Za Siódmą Górą czy z Piotrem Rhysem z Miasto Nie Spało), nie będą zawiedzeni tym materiałem. Choć nagrania pochodzą z różnych okresów i sesji, układają się w spójną całość, próbującą, podobnie jak wczesne dokonania projektu, dekodować i kodować na nową współczesną nam rzeczywistość dźwiękową.

www.column-one.de

www.myspace.com/ccolumn11
Moloko+ 2010

Rozdaliśmy bilety na koncert Ulvera

Już w sobotę drugi polski koncert Ulvera. Tym razem grupa wystąpi w Warszawie, a razem z nią zagra Fennesz. Rozdaliśmy bilety na koncert. Obok zagranicznych gwiazd wystąpią rodzime grupy Blindead i Proghma-C.

Pytanie brzmiało: Gdzie i kiedy (podczas jakiej imprezy) Ulver zagrał swój pierwszy koncert po kilkunastoletniej przerwie.
Ulver zagrał 30 maja zeszłego roku na Norweskim Festiwalu literatury w Lillehammer.
Pierwszą poprawną odpowiedź przysłała Basia. do niej też wędruje podwójna wejściówka. Gratulujemy!