Wpisz i kliknij enter

Maurice Louca – Saet El-Hazz

W kapsule szczęścia.

Egipski muzyk, kompozytor i producent Maurice Louca debiutował w 2014 roku świetną płytą Benhayyi Al-Baghbaghan stworzoną na przecięciu syntezatorowej elektroniki, gitarowej psychodelii, post-rocka, dubu, hip-hopu, free jazzu itd. Do czasu wydania kolejnego solowego albumu Elephantine (2019 r.), Louca intensywnie nagrywał z innymi zespołami: The Dwarfs Of East Agouza (Bes, Rats Don’t Eat Synthesizers, The Green Dogs of Dahshur), Alif, Karkhana, Land of Kush, Shalabi Effect czy Nadah El Shazly.

Maurice Louca, fot. Alexander Mahmoud

Elephantine okazał się sporym zwrotem stylistycznym Louki. Egipcjanin poszedł jeszcze dalej, oczywiście zachowując korzeń wrośnięty w rodzimą tradycję muzyki arabskiej z delikatnymi elementami shaabi, ale już biorąc pod pachę zdecydowanym gestem free / spirtitual jazz (odwołując się do lat 60. i 70.), muzykę afrykańską (np. jemeńską) i swobodną improwizację. Elephantine nagrał między innymi ze szwedzkimi muzykami, kojarzonymi chociażby z Fire! Orchestrą. No i niezapomniany koncert Louki w 2019 roku z tym materiałem na 22. edycji gdańskiego Festiwalu Jazz Jantar.

Saet El-Hazz jest trzecim solowym wydawnictwem Louki, który tym razem powstał w belgijskim studiu i de facto na zamówienie organizacji artystycznej Mophradat z siedzibą w Brukseli. Zlecenie dotyczyło napisania nowej kompozycji przy użyciu instrumentów, które Louka zmodyfikował, by grać na nich w mikrotonach. To zaprowadziło go do Turcji i Indonezji. W Stambule współpracował z lutnikiem nad stworzeniem specjalnej gitary. W Surakarcie zaś z twórcą i stroicielem indonezyjskiego ksylofonu – należącego do strojonych instrumentów perkusyjnych z rodziny gamelanów.

Drugą znaczącą, a być może jeszcze ważniejszą iskrą zapalną do stworzenia Saet El-Hazz („Godzina szczęścia”) było wielkie pragnienie Louki współpracy z libańską grupą improwizatorów „A” Trio (w 2015 r. opisałem ich album Burj Al Imam nagrany z Alanem Bishopem), w której składzie występują: Mazen Karabaj (preparowana trąbka/elektronika), Sharifem Sehnaoui (preparowana gitara) i Raedem Yassin (preparowany kontrabas).

Maurice Louce
Maurice Louca, fot. mat. prasowe

– „Kiedy ta trójka się spotyka, tworzą całkowicie własny dźwiękowy kosmos. Zacząłem od komponowania muzyki, z którą wpisałbym się w ten brzmieniowy świat – czasami w obszarze harmonii lub w zderzaniu z nią i wszystkimi emocjonalnymi zakresami pomiędzy” – wspomina Louka.

Reasumując, zmodyfikowane instrumenty oraz improwizatorski duch „A” Trio otworzyły Louce drogę do wykreowania nowych możliwości brzmieniowych. Sam lider chwycił też za gitarę. Oprócz jego i libańskich muzyków pojawili także inni artyści, tacy jak Khaled Yassine (wieloletni współpracownik i wszechstronny perkusista), Christine Kazaryan (harfistka, którą Louka poznał dzięki Praed Orchestra) i Anthea Caddy (wiolonczelista wywodząca się z berlińskiej sceny free improv).

Warto też rozjaśnić znaczenie tytułu Saet El-Hazz („Godzina szczęścia”) nawiązującego do slangowego egipskiego powiedzenia opisującego dobrą zabawę i zwykle oznaczającego dużą rozpustę.

„Kiedy wspominasz komuś, że miałeś saet hazz, nie zadajesz już kolejnych pytań. Wszystko jest jasne – opowiada Louka.

Tę dźwiękową przygodę rozpoczyna gęsta, szorstka i w duchu eterycznej improwizacji kompozycja El-fazza’ah („The Slip and Slide”), przeplatana melodyjnymi partiami gitary Louki, aż do powolnej redukcji warstw i ostatecznego pociągnięcia kontrabasowego smyczka. W Bidayat („Holocene”) odzywa się kultura arabska w pełnej krasie, ale oczywiście odlatująca poza ziemską galaktykę. Słychać tu również skrzypce Aymana Asfoura. A skojarzenia z Sun City Girls, Nadah El Shazly czy Jaubi są w pełni uzasadnione. Fascynujące, popękane, iskrzące elektroakustyczne drony w Yara’ („Fire Flies”) kontrastują z brzmieniem ksylofonu, ale i tak podążają razem w tym samym nienazwanym kierunku.

Stronę „B” otwiera Sa’et el-hazz („The Luck Hour”), czyli medytacyjny i leniwie czołgający się minimalizm „wyciągający dłoń” w stronę Amerykanina Duane’a Pitre’ego z okresu jego kapitalnej płyty Feel Free (2012 r.) oraz azjatyckie rejony Koreanki Park Jihy. Louka i przyjaciele stworzyli tu niesamowity kosmos harmoniczny!

Podobnie w l-gullashah („Foul Tongue”), lecz na innych zasadach, oddalając się od wszelakich przeintelektualizowanych eksperymentów i tanich szmerów akuzmatycznych. Z orientalnej melodii wyrasta tu zarówno brötzmannowski, jak i cherry’owski korzeń improwizacji – następnie znika, narasta i zakotwicza się w emocjach, błądząc razem z percepcją. Wybrzmiewa w tym fragmencie m.in. saksofon altowy Devina Brahja. Na jednym oddechu wchodzimy w transowy i magiczny Higamah („Hirudinea”) z gitarowym slide’em jak u tropikalnego Mike’a Coopera.

Saet El-Hazz nie trwa godziny, co jest plusem niż minusem, za to jest niemal 40-minutowym szczęściem – dźwiękową taflą brzmieniowych rozkoszy gęstwin wszechświata, które szczęśliwie postanowiły rozgościć się na ziemskiej skorupie. Maurice Louca po raz kolejny rozwarstwił tkanki i wypełnił nimi naszą wyobraźnię.

Sub Rosa / Northern Spy | listopad 2021

 

Strona Facebook Maurice Louca »
Strona Sub Rosa »
Profil na Facebooku »
Strona Northern Spy Records »
Profil na Facebooku »







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy