Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.

Kutiman – Don’t Hold Onto the Clouds
Ania Pietrzak:

Jak brzmi połączenie IDM i psychodelicznego ambientu prosto z Izraela? Koszernie, nie inaczej!

JK Flesh – New Horizon
Paweł Gzyl:

Transhumanizm w wersji dub-techno.

Retribution Body – Self-Destruction
Maciej Kaczmarski:

Mordercze drony.



Archive for Sierpień, 2018

Patrisia już nie śpiewa z Őszibarackiem

Őszibarack rozstał się ze swoją wokalistką – Patrisią – po ośmiu latach wspólnej działalności.

Czytaj dalej »

Nowość z Raban Records

Tsar Poloz serwuje do darmowego załadowania swój nowy materiał – pod wielce obiecującym tytułem „Ass Adventure”.

Czytaj dalej »

Bocian Records

„Pomysł narodził się pewnej czerwcowej nocy 2009 roku na tarasie kawiarni Kulturalna, gdzie podczas festiwalu Musica Genera rozmawiałem z Jeromem Noetingerem i Robertem Piotrowiczem na temat możliwości wydawania ich płyt” Czytaj dalej »

Tauron Nowa Muzyka – są już bilety czterodniowe

Jest ich niewiele, ale kosztują jedyne 150 PLN. Z doświadczenia wiemy, że naprawdę opłaca się je kupić! Tymczasem już wcześniej zapraszamy na Before TFNM 2012.
Czytaj dalej »

Benjamin Damage & Doc Daneeka – They! Live

To brzmi trochę jak bajka, ale niewykluczone, że było tak naprawdę. W ostatni dzień 2010 roku dwóch brytyjskich producentów, Benjamin Damage i Doc Daneeka, wysłali mailem swój pierwszy wspólny utwór „Creeper” na adres duetu Modeselektor. Bronsert i Szary byli akurat na drugiej półkuli, przygotowując się do sylwestrowego występu w San Francisco. Zdążyli jednak odebrać nagranie i przesłuchać je – w efekcie czego zagrali je amerykańskiej publiczności, a po odespaniu nocnej imprezy, skontaktowali się z Anglikami, aby podpisać z nimi kontrakt na płytę dla swego 50 Weapons.

Damage dał się wcześniej poznać na brytyjskiej scenie basowej z pomysłowych mikstejpów, a przede wszystkim nagranego wspólnie z kolegą o wdzięcznym pseudonimie Venom utworu „Deeper”, który wyspiarscy krytycy uznali za narodziny nowego gatunku – deep rave. Kompozycję tę opublikował Daneeka nakładem swej małej wytwórni Thousand Yen, znanej wcześniej z dokonań choćby Julio Bashmore. Kiedy debiutancki utwór obu Brytyjczyków stał się dzięki Modeselektorowi jednym z największych przebojów klubowych minionego roku, natychmiast stało się jasne, że trzeba przypieczętować ten sukces wydaniem albumu. W tym celu Damage i Daneeka zameldowali się w Berlinie, aby w studiu Bronserta i Szarego nagrać od sierpnia do listopada materiał na „They! Live”.

Na czym polega opatentowany przez angielski duet deep rave? To wyjątkowo nośne połączenie połamanej rytmiki z sonicznymi partiami oldskulowych syntezatorów w przestrzennych aranżacjach o niemal ambientowym rozmachu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1895281-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1895281-02″ allowscriptaccess=”always”]

Już otwierający album „No One” wyłania się z dalekiej głębi – dopiero po dłuższej chwili uderzając house`owym pulsem niosącym spowolnioną wokalizę Abigail Wyles. Kolejne nagranie przynosi już radykalną zmianę rytmiki – „Battleship” to finezyjny UK garage, w którym warstwę melodyczną ponownie tworzy nostalgiczny śpiew wspomnianej piosenkarki. Bardziej zredukowane bity o podobnym metrum pojawiają się dopiero w umieszczonym nieco dalej „Halo”. Tutaj wokal Abigail Wyles zostaje przetworzony w syntetyczny chórek i zatopiony w ambientowym oceanie szeroko rozlanych syntezatorów.

„Deaf Siren” otwiera natomiast zestaw nagrań utrzymanych w stylu UK funky. Pulsujące bity wsparte rytmicznym klaskaniem są tu podstawą do wspomnianych wcześniej gwałtownie rwanych akordów szorstkich klawiszy, które uzupełniają staroświeckie sample tanecznych zawołań rodem z chicagowskiego house`u. Podobnie dzieje się w dwóch kolejnych utworach – słynnym „Creeper” i „Juggernaut”. Połamane struktury rytmiczne stanowią w tym przypadku bazę dla syntezy rave`owych klawiszy z poszatkowanymi wokalami i odgłosami ulicy (syrena policyjna w pierwszym z nich).

Bardziej przestrzenne brzmienie ma „Charlottenburg” i finałowy „Bleach & Penicillin”. Funkowe bity zalewają tym razem sążniste kaskady onirycznych dźwięków, tworząc rozmarzony klimat rodem z dawnych dokonań LTJ Bukema, łączących płynny drum`n`bass z pejzażowym ambientem. Kontrapunktem dla tych kompozycji jest „Elipsis Torment” – jedyne w tym zestawie techno, eksplodujące siarczystymi uderzeniami strzelistych syntezatorów rodem z wczesnych produkcji Underground Resistance.

Trzeba przyznać, że „They! Live” robi świetne wrażenie – sięgając po sprawdzone chwyty, angielskiemu duetowi udaje się stworzyć nową wartość muzyczną, która mając znamiona nowoczesnego brzmienia, głęboko tkwi swymi korzeniami w klasyce gatunku.

50 Weapons 2012

www.50weapons.com

Alog – Unemployed

To już piąty album norweskiego duetu, który powołany do życia został pewnego zimowego, mroźnego dnia 1997 roku. Od tego czasu Espen Sommer Eide i Dag-Czy Haugan konsekwentnie realizują swoją muzyczną koncepcję, polegającą na łączeniu brzmień akustycznych oraz elektronicznych w niejednoznaczną i pasjonującą całość. Na „Unemployed” chyba nigdy jeszcze nie byli tak bliscy przekucia głoszonych przez siebie teorii w praktykę. Włożyli w ten album naprawdę kupę pracy, czasu i serca. Alog nagrywali materiał w wielu różnych lokalizacjach. Na ich mapie pojawiają się takie miejsca jak San Francisco, czy górnicze norweskie miasteczko Bjørnevath. Muzycy uważają, że każda przestrzeń, określone miejsce, czy miasto, mówi swoim własnym, indywidualnym językiem. Trzeba się w niego wsłuchać, zrozumieć go. Można też ten język zarejestrować na odpowiednim sprzęcie i połączyć z własną twórczością. Tak właśnie zrobił duet. Norwedzy wzięli się także za przeczesywanie starych, 78RPMowych kolekcji płyt z północnej części ich kraju i pożyczyli sobie, co ciekawsze dźwięki. Na ich specjalne zamówienie zbudowano unikalne instrumenty w pracowniach NOTAM w Oslo i BEK w Bergen. Chodziło oczywiście o możliwość uzyskania nietypowych i oryginalnych dźwięków.

Wszystkie te poczynania, nie są tylko sztuką dla samej sztuki, ale szczerą chęcią poszukiwań nowych dróg artystycznego wyrazu przez obu artystów. „Unemployed” to dzieło kompletne, niezwykle eklektyczne i dziwaczne (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Każda z czternastu kompozycji stanowi osobną historię, z wyraźnie zarysowanymi ramami. Jest to muzyka nieprzewidywalna, zbudowana, jakby, z żywej tkanki, posiadająca własne serce i duszę. Słychać, że eksperymentowanie sprawia Alog dużo radości. Zespół nie bał się sięgnąć daleko poza to, co oczywiste i określone. Ciężko mówić o jakichkolwiek strukturach, jakie przybierają utwory. Wszystkie dźwięki swobodnie płyną, czasami się zapętlają, jeszcze, kiedy indziej, niespodziewanie przeskakują na zupełnie inne tory, by za chwilę zahipnotyzować słuchacza swoim jednostajnym tempem. Wszystko jest tutaj pozakrzywiane, czasoprzestrzeń nie gra żadnej roli, to, co racjonale i logiczne wydaje się naraz śmieszne i groteskowe.

„Orgosolo” prowadzony jest przez klaustrofobiczne organy, uzupełniane przez instrumenty dęte i cudaczne chroboty czy pochrząkiwania. Kawałek tytułowy może na początku drażnić swoim prostym i jednostajnym bitem, ale kiedy tylko pozwolimy wedrzeć się tej psychodelicznej melodii do naszej głowy, robi się naprawdę ciekawie. „Januar” przywołuje ducha krautrocka lat 70., a „Last Day At The Assebly Line” plemienny hołd, oddany duchom tajemniczych, mrocznych lasów. W „The Weatheman” jazzowa perkusja ciekawie kontrastuje z wokalnymi i elektronicznymi przeszkadzajkami, których pełno jest na przestrzeni całego albumu. „Zebra” to moc przetworzonego wokalu, który nie należy ani do kobiety, ani do mężczyzny, ale do jakiejś kosmicznej istoty. Prawdziwą ambientową ucztę stanowi natomiast, „The Mountaineer”. Pojawiają się tu piski skrzypiec, próbujące rozedrzeć senną i anielską atmosferę, co przypomina mi dążenia jakiś tajemniczych, podświadomych żądz do zdobycia kontroli nad umysłem człowieka.

Krótkie podsumowanie? Alog mieszają w swoim magicznym tyglu ziarenka o różnym kolorze, różnej masie i objętości, wyłuskane z nieznanych roślin, pochodzących z dalekich, obcych krajów. Przyrządzają następnie wywar, który choć wygląda dziwnie i nieapetycznie, smakuje naprawdę wyświnicie. Najlepiej pić go powoli, delektując się każdym łykiem. „Bezrobotni” wykonali kawał dobrej pracy.

The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble – Miles Away


Pod pewnym względem Madlib przypomina mi Kena Vandermarka. Równie mocno jak chicagowski saksofonista stara się oddać hołd swoim muzycznym mistrzom. Najlepiej świadczy o tym fakt dedykowania im swoich poszczególnych utworów. Dowodami na to są nie tylko kolejne projekty mające upamiętniać postać J Dilli (piąta i szósta część serii „Beat Konducta”), ale i przecież album „Shades of Blue”, czy właśnie jedno z ostatnich „wcieleń” Otisa Jacksona Juniora, The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble. „Miles Away” stanowi trzecie z czterech planowanych wydawnictw nowego alter-ego Jacksona. Wcześniejszymi albumami spod tego szyldu były dwie „suity”, odpowiednio: „Summer” i „Fall”.

Stylistyka, której hołduje tutaj Madlib wydaje się być trzecią drogą pomiędzy nagraniami Yesterdays New Quintet, a bardziej hip-hopowo-brassowym stylem Sound Directions. Osobiście muszę się przyznać, że to, co prezentuje on w tym przypadku jest o wiele bardziej spójne i satysfakcjonujące od tego, czego próbował na płytach YNQ. Nie ma bowiem już niekiedy jałowych, niekończących się pochodów analogowych klawiatur, które wydają się prowadzić donikąd i być niczym więcej jak tylko upajaniem się ich brzmieniem. Na „Miles Away” jest zupełnie inaczej. Kompozycje są zwarte i zdyscyplinowane. Najlepszym przykładem niech będzie dedykowany Royowi Ayersowi „Mystic Voyage”. Analogi wsparte przez lekkie muśnięcia wibrafonu gwarantują utworowi odpowiedni dynamizm, okraszony na dodatek rozgadanym, ustawionym gdzie trzeba basem. Podobnie sprawa ma się z otwierającym płytę „Derf”: uroczo dziwnym funkiem zbudowanym na przecięciu partii fletów, fortepianu i sitar. Pojawiają się oczywiście charakterystyczne dla Madliba wtręty w stylistyce „schizofrenicznego” fusion  takie jak „Tones for Larry Young”, lecz pełnią one raczej rolę chwil oddechu od kierunku, w którym konsekwentnie zmierza płyta. Znajdziemy tu bowiem zarówno stateczny, niemal salonowy koktajl „The Trane & The Pharaoh” dedykowany obu legendarnym saksofonistom, czy posuwisty i trzeszczący perkusjonaliami „Shades of Phil”.

„Miles Away” po raz kolejny uświadamia słuchaczowi, że ile by Madliba nie słuchać, ten zawsze potrafi zaproponować świeże (jeśli nie do końce nowe) podejście do swojej muzyki. Jest to tym bardziej godne podziwu, jeśli weźmie się pod uwagę ilość muzyki, którą ten producent powołuje do istnienia. Każdy oczywiście zdaje sobie sprawę, że jest to ciągle gra na tych samych motywach, jednak sposób, w jaki Jackson je aranżuje i ustawia ulega rozwojowi, i to takiemu, który owocuje zaspokojeniem potrzeb słuchacza. Madlib (chyba w dość świadomy sposób) pozuje na strażnika „czarnej tradycji”. Słuchając tego co ma do zaproponowania swoimi nowymi produkcjami – chyba nikt nie będzie zaprzeczał, że nadaje się do tej roli wręcz idealnie.

Stones Throw 2011

Donato Dozzy & Neel – Voices From The Lake

Włoski producent Donato Dozzy zabłysnął w zeszłym roku klimatycznym albumem „K” zrealizowanym dla ekstrawaganckiej (bo publikującej głównie kasety) wytwórni z Seattle – Further. Obserwatorzy współczesnej sceny techno zwrócili jednak na niego uwagę znacznie wcześniej – a to dzięki oryginalnym nagraniom umieszczanym na winylowych dwunastocalówkach takich wytwórni, jak Curle, Prologue czy Time To Express.

Nakładem tej ostatniej pojawiła się w zeszłym roku pierwsza produkcja młodszego kolegi Dozzy`ego – również pochodzącego z Włoch twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Neel. Obaj artyści zagrali potem wspólny set w Japonii podczas festiwalu Labirynth. Występ okazał się na tyle udany, że postanowili oni kontynuować współpracę również w studiu. Pierwszym tego efektem była wydana minionego lata dwunastocalówka „Silent Drops”. Zwieńczeniem ich wspólnych sesji jest jednak dopiero opublikowany obecnie przez monachijski Prologue debiutancki album „Voices From The Lake”.

Składa się nań jedenaście premierowych kompozycji zmiksowanych w jedną całość. Tworzona przez nie muzyka rozwija się niespiesznie. Początkowo ma ona ilustracyjny charakter – jedynie gdzieś w dalekim tle czuć jakiś podskórny rytm. Na pierwszym planie znajdują się oszczędnie dozowane loopy, zanurzone w przestrzennych efektach, tworzące mroczny i niepokojący klimat całości („Iyo” i „Vega”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/445984-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=445984-01″ allowscriptaccess=”always”]

Te amorficzne dźwięki przechodzą powoli w coraz bardziej wyrazistą strukturę – masywne deep techno wsparte o głęboki puls miarowo tętniącego bitu. Nie mniej ważną warstwę tych kompozycji stanowią nisko zawieszone drony, wpisane w gęstwinę ćwierkających mikrodźwięków („Manuvex” i „Circe”). Najlepsze jeszcze jednak przed nami – oto dopiero w utworze „S.T. (VFTL Rework)” dochodzi do głosu talent włoskich producentów do tworzenia niezwykle przejmujących melodii. Dzięki temu wkraczamy w rejony niemal mistyczne – choć nadal pozostające w kontekście motorycznego deep techno.

Z czasem muzyka płynnie nabiera coraz bardziej dubowego brzmienia. Lekko spowolnione rytmy podbite przesterowanymi pochodami basu przynoszą dobiegające z tła szeroko rozlane pasaże ambientowych tonów („In Giova” oraz obie wersje „Twins In Virgo”). W pewnym momencie głęboka pulsacja całkowicie ustaje – w ten sposób zbliżamy się do onirycznego finału, w którym główną rolę odgrywają kłębiące się fale kosmicznych syntezatorów podbite dalekimi pomrukami zdubowanego basu („Mika” i „Hgs”).

„Voices From The Lake” urzeka swym majestatycznym brzmieniem i odrealnionym klimatem. Mimo oszczędności wykorzystanych środków, włoskim producentom udało się stworzyć intrygującą swą konstrukcją strukturę dźwiękową. Ich płyta spodoba się szczególnie tym, którzy tęsknią za wczesnymi dokonaniami Roda Modella i Stephena Hitchella. Choć „Voices From The Lake” nie jest tak przesiąknięta oparami dubu, zawiera podobny ładunek przestrzennej muzyki niepozbawionej mocnej energii o klubowym rodowodzie.

Prologue 2012

www.prologue-music.com

Rok Johna Cage’a w Lublinie – zapowiedź na luty

Już od miesiąca trwa Rok Johna Cage’a w Lublinie – imponujące przedsięwzięcie rozpisane na 12 miesięcy, zorganizowane dla uczczenia setnych urodzin kompozytora, myśliciela, jednego z najbardziej wpływowych artystów XX wieku. Czytaj dalej »

Każda płyta będzie inna – wywiad z Krojcem

Do niedawna grał na gitarze w Lao Che. Teraz tworzy abstrakcyjną elektronikę jako Krojc. Oto nasza rozmowa z Jakubem Pokorskim. Czytaj dalej »

Oni zagrają na Open’er Festival 2012

Melomani mają już przynajmniej sześć powodów, dla których powinni zakupić bilet na tegoroczną odsłonę festiwalu Open’er. Na szczycie ciągle powiększającej się listy gwiazd znajduje się Björk, która przyjedzie do nas promować swój album „Biophilia” zbierający dobre recenzję w światowej prasie oraz gitarowi weterani sceny indie-rockowej, czyli Franz Ferdinand.

Ucieszą się także fani muzyki house, zwłaszcza tej w stylu francuskim – Justice, depczący po piętach krajanom z Daft Punk, może pochwalić się coraz większą armią fanów oraz zasług mając w swoim CV zaledwie dwa albumy długogrające, z których ostatni, wydany w zeszłym roku „Audio, Video, Disco”, został stworzony z myślą o wielkoformatowych imprezach.

Wielbiciele kameralnej elektroniki będą mogli zrewidować swoje zdanie na temat zeszłorocznej, wydawać by się mogło, sezonowej gwiazdki SBTRKT. Czy ten koncert okaże się równie magiczny, co występ Jamesa Blake’a w 2011 roku, czas pokaże.

Przyjdzie nam także usłyszeć „The xx” – zespół jednej płyty, który udowodnił, iż prostotą można zarówno dogłębnie wzruszyć, jak i przyjemnie rozbujać. Czy muzyczna formuła stworzona przez grupę nastolatków zdążyła się już wypalić dowiemy się w lipcu, kiedy to najprawdopodobniej przyjdzie nam usłyszeć premierowy materiał z długo oczekiwanego, drugiego albumu studyjnego.

Pierwszy polski akcent to ogłoszenie koncertu Julii Marcell, laureatki Paszportu Polityki 2011. Tworząc muzykę na własnych zasadach wydała do tej pory dwa albumy – pierwszy z pomocą fanów, drugi w Mystic Production.

Pop Ambient 2012

W ciągu minionej dekady cykl kompilacji publikowanych przez koloński Kompakt pod szyldem „Pop Ambient” przechodził znaczne modyfikacje. O ile początkowo poszczególne składanki miały dosyć jednolity charakter, to z czasem stawały się one coraz bardziej różnorodne, tak jak coraz bardziej poszerzały się granice penetrowanego przez nie gatunku. Tak jest i tym razem – „Pop Ambient 2012” przynosi dziesięć nagrań, które układają się w wielobarwną mozaikę współczesnej sceny ambient.

O tym, jak duży wpływ wywarły na nią produkcje duetu Demdike Stare świadczy otwierające krążek „Manifesto” duetu Wolfgang Voigt i Jörg Burger ukrywającego się pod nazwą Mohn. To mroczna kompozycja skonstruowana z dronowych wyziewów podszytych chrzęszczącymi przesterami – tak mógłby brzmieć ambient, jeśli wykonywałby go zespół Swans w okresie swej największej świetności.

Spory segment albumu zajmuje oczywiście nadal modna neoklasyka. W wersji pop serwuje ją Superpitcher w utworze „Jackson”. Melodyjne akordy o „czarnej” barwie (czyżby sample z jakiegoś nagrania „króla popu”?) łączą się tu z soundtrackowym tłem przywołującym wspomnienie kina francuskiej nowej fali. Klasyczne dźwięki fortepianu i smyczków stanowią z kolei przedmiot glitchowej dekonstrukcji tajemniczego producenta ukrywającego się pod pseudonimem Morek („Pan” zatopiony w dźwiękach deszczu).

Nieco inne podejście do akustycznych brzmień prezentuje Wolfgang Voigt. Jego „Ruckverzauberung 5” to jakby wariacja na temat muzyki dodekafonicznej – przywołująca nieco echa kontrowersyjnych eksperymentów z „Freiland Klaviermusik”. Całe szczęście niemiecki twórca rezygnuje tutaj z miarowego bitu, koncentrując się na stworzeniu gęstej siatki rozwichrzonych sampli wibrafonu czy pianina. Bardziej melodyjnie wypada kompozycja Marsena Julesa – jesienny nastrój jego „Swans Reflected Elephants” tworzą zapętlone fragmenty jazzowej perkusji i klasycznego fortepianu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1897667-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1897667-02″ allowscriptaccess=”always”]

Bez niespodzianek wybrzmiewa nowa kompozycja Brocka Van Weya – „Your Loyality Lies Long Forgotten”. To oczywiście lodowaty ambient wypełniony spienionymi falami sonicznego dźwięku, zza których przebija się dochodząca z oddali przejmująca wokaliza. Echa gitarowego shoegaze w elektronicznej wersji pojawiają się również w nagraniu Simona Scotta – „For Martha”. Ale to nic dziwnego – wszak ten brytyjski producent zanim zaczął realizować solowe płyty dla Miasmah, był przecież bębniarzem samych Slowdive.

No i wreszcie ciągle popularna kosmische musik. Najpierw koloński projekt Magazine sięga po przestrzenne pejzaże dźwiękowe rodem z bardziej przystępnych płyt Tangerine Dream w „The Visitor`s Bureau”, a potem wspomniany już Jörg Burger jako Triola serwuje psychodeliczne brzmienia rodem z wczesnego Pink Floyd w zaaranżowanym na subtelną perkusję i żałobne klawisze „Ricmodis”.

Całość kończy premierowe nagranie nowego projektu Axela Willnera z The Field ukrywającego się tym razem pod szyldem Loops Of Your Heart – „Riding The Bikes”. To ciekawa kompozycja – bo z jednej strony mamy tu melodyjny motyw gitarowy zapętlony w hipnotyczną frazę, a z drugiej – lekko acidowe tło kojarzące z klasyką rave`owego ambientu z początku lat 90.  Ci, którym spodoba się ten utwór, już mogą ostrzyć sobie zęby na debiutancki album Loops Of Your Heart, który na dniach powinien ukazać się nakładem wytwórni Magazine.

Poza pierwszym nagraniem, „Pop Ambient 2012” ma zdecydowanie jaśniejszy ton niż wyjątkowo mroczna kompilacja z zeszłego roku. Czyżby szefowie Kompaktu byli odporni na katastroficzne wizje końca świata mającego rzekomo nastąpić za niecałe dwanaście miesięcy?

Kompakt 2012

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

Asymmetry Festival 4.0 Before Party – wygraj bilet!

Mamy dla Was 4 pojedyncze wejściówki na imprezę, będącą prawdziwą ucztą dla fanów alternatywnego rapu!

Wystarczy odpowiedzieć na konkursowe pytanie – która edycja Asymmetry Festival będzie miała miejsce w tym roku? Maile proszę wysyłać na adres: kamil.downarowicz@infomuzyka.pl do dnia 30 01 2011. Wśród tych wszystkich, którzy wyślą prawidłową odpowiedź, zostaną rozlosowane bilety.

W ramach rozgrzewki przed majowym festiwalem Asymmetry, na scenie Klubu Puzzle zagoszczą niezwykle obiecujące nazwy undergroundowego, niezależnego rapu – Astronautalis oraz Bleubird Czytaj dalej »

Jay Leighton i The Ramona Flowers wystąpią przed Lamb

Wszystkie koncerty polskiej trasy formacji Lamb poprzedzą występy młodych, wschodzących artystów.

Jay Leighton niedawno zadebiutował albumem „As The Sun Comes Up”. Na swoim koncie ma już także supportowanie europejskiej trasy Lou Rhodes. The Ramona Flowers to projekt electro-indie, kończący właśnie prace nad swoim debiutanckim albumem tworzonym we współpracy z Andy Barlowem (Lamb) i Jasonem Coxem (Gorillaz, Blur, Jamie T).

Lamb to duet tworzony przez charyzmatyczną wokalistkę i autorkę tekstów Lou Rhodes oraz producenta i multinstrumentalistę Andy’ego Barlowa. Ich niezwykłe produkcje oscylują pomiędzy lirycznymi, ambientowymi balladami, mrocznym trip hopem i nerwowym drum’n’bassem. Na swoim koncie mają 5 albumów i 3 kompilacje, na których pojawiły się kultowe już dziś utwory jak: Gabriel, Górecki, Heaven, Angelica, Lullaby , Cottonwool czy God Bless.

W ramach trasy w 2009 zespół po raz pierwszy odwiedził Polskę i zagrał pamiętny koncert w warszawskim Palladium. Ogromny sukces trasy koncertowej zachęcił duet do powrotu do studia i pracy nad swoim piątym studyjnym albumem. W roku ubiegłym ukazał się nowy krążek pt. „5”.

LAMB, Warszawa, 07.02.2012, Palladium

07/02/2012
20:00

Palladium
Warszawa,
Mazowieckie
Ceny biletów od: 115 zł
LAMB, Kraków, 08.02.2012, Klub Studio
08/02/2012
20:00

Klub Studio
Kraków,
Małopolskie
Ceny biletów od: 90 zł
LAMB, Wrocław, 09.02.2012, Klub Eter
09/02/2012
20:00

Klub Eter
Wrocław,
Dolnośląskie
Ceny biletów od: 90 zł

Cezary Gapik podsumowuje rok

Zapraszamy Was do zapoznania się z autorskim podsumowaniem roku 2011 według Cezarego Gapika – punkowego weterana i producenta muzyki drone/dark ambient. Czytaj dalej »

Wspólna trasa HATI & PURE

PRSZR to wspólny projekt austriackiego artysty dźwięku mieszkającego w Berlinie znanego jako PURE (Peter Votava) oraz muzyków z duetu HATI (Rafał Iwański i Rafał Kołacki). Czytaj dalej »

Hidden Orchestra w Szczecinie i Sopocie

Oto kolejna, zimowa zapowiedź koncertowa. Tym razem dobre wieści dla mieszkańców północy. Pod koniec lutego na dwa kameralne koncerty przyjedzie do nas szkocka Hidden Orchestra. Czytaj dalej »

Nieżytboy podsumowuje rok 2011


Maciej Cybulski, znany także jako zespół tańca i przemocy Nieżytboy, współtwórca i współszef takich inicjatyw jak: Coredukacja, Rombanka Soundsystem oraz 3600 sekund z najcięższymi odmianami elektroniki – AudioAutopsja (wkrótce znowu w eterze!), wybrał dla Was 5 najciekawszych płyt A.D. 2011.

  • 5. Kid Lib „Jungle Dubplates Vol. 1” (Off Me Nut Records)

W czasach kiedy najmniej dubstepującym rejonem muzyki jest muzyka poważna, nagle pod koniec roku wpada mi w dłonie „Jungle Dubplates Vol. 1”. Autora znałem już wcześniej z nieskatalogowanych wypustów w sieci i czułem, że będzie pięknie. I jest! Zbiór esencjonalnych, pięknie przerolowanych ragga jungli, które nawet śnieg potrafią zmienić w piasek (plażowy). Na stwierdzenie: „nic nowego”, odpowiadam: „i co z tego?”. Do ściągnięcia za darmo z możliwością donacji.

  • 4. Hades „Nowe dobro to zło” (Prosto)

Kolejna długo wyczekiwana pozycja i spełnienie oczekiwań ponad miarę. Hades z HIFI BANDY ze swoim solowym materiałem na bitach autorstwa Galusa. Błyskotliwa, nieco zaangażowana, miejska publicystyka przy akompaniamencie absolutnych, opartych głównie na funkowych i big bandowych samplach, majstersztyków. Tytuł-klasyk w momencie premiery. Nigdy nie przestanę słuchać rapu.

  • 3. FFF „20.000 Hardcore Members Can’t Be Wrong” (Murder Channel Records)

W pewnym sensie ten album otworzył mój muzyczny rok 2011. Powrót FFF – zaklinacza amen breaka i dźwiękowej monografii cięższego rave’u zamiótł mną totalnie. Tommy De Roos już jakiś czas temu wpuścił swoją twórczość w nieco dziwny, ale jakże interesujący kanał fuzji wszystkiego co najlepsze w muzyce tanecznej ok. 200 bpm. Mamy tu sporo trudnych do namierzenia starych dubplate’ów, niezidentyfikowane toasty, happy hardcore’owe wokale i oczywiście sporą część wachlarzu najbardziej klasycznych jungle’owych breaków w towarzystwie super skutecznych kicków. Ba! Znajdziemy tu o wiele więcej, ale redaktor Kaczmarski kazał tylko kilka zdań…

  • 2. ex aequo

Bryan Fury vs. Ladyscraper (Pacemaker 017) (Pacemaker)

Najbardziej bydlackie 12 cali ubiegłego roku. Obaj panowie od dawna robią swoje, w moim mniemaniu sumiennie pracując na rzecz zatarcia różnic między muzyką hardcore i breakcore. W dodatku obaj wypracowali sobie brzmienie, które z ludzi pod soundsystemem robi pastę do smarowania parkietu/użyźniania gleby. Gorąco polecam fanom ciężkiej elektroniki, a zwłaszcza maniakom beneluksowych hybryd oraz frenchcore’u, z najszczerszymi życzeniami rychłego przejrzenia na oczy.

Totally Fuckedup „Weed & Beat” (BRK)
Ofensywa rosyjskiej, ciężkiej elektroniki nadal trwa i ma się doskonale. Totally Fuckedup, jako najlepszy przykład tego roku, zaserwował po starościńsku zbiór krótkich piłek: trochę breakcore, trochę speedcore, trochę dada, trochę mash. Wszystko pofrunięte tak daleko, że jestem święcie przekonany, że TF musi mieć jakieś australijskie korzenie. Mało tego, uważam, że „Weed & Beat” jest lepsze niż tegoroczne „8” Passanger od Shit. Nie zabrakło również udanych kolaboracji; na płycie lub w folderze ślady udziału zostawili m.in. Airborne Drumz, Xacksecks oraz DJ Clip. Album można pobrać za darmo lub zamówić CD za pieniądze. Ps. Ponoć album otwiera utwór pt. „Boring Drugstep”. Nie słyszałem.

  • 1. Ruby My Dear „Ginkgo” (Acroplane Recordings)

Aphex Twin ostatnio poszedł w spektakularny experimental, Venetian Snares w analordy, Ruby My Dear zaś robi swoje, rozpychając biznes na wszelkie możliwe sposoby. I w pełni zasługuje na swój pseudonim stawiany w jednej linijce z wyżej wymienionymi. Jego brzmienie i aranżacje to siarczysty policzek wymierzony wszystkim, nadętym „profesjonalnym muzykom” (nie chodzi ani o Ryszarda, ani o Aarona). Nie przypadkiem sam DJ Shadow poprosił go o udostępnienie remixu „Building Steam With A Grain of Salt” na potrzeby krążka „The DJ Shadow Remix Project”. Przez chwilę, z uwagi na współpracę z wytwórnią Peace Off, powiało grozą, gdyż wielu producentów kończy tam brzmieniowo jak kolejny alias Rotatora. Julien jednak jest nienaginalny. Dzięki ci za to, Latający Potworze Spaghetti!

Bloodgroup we Wrocławskich Puzzlach – relacja

Jest taka wyspa na świecie, gdzie żyje dwa razy więcej owiec niż ludzi. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na tej samej wyspie działa najwięcej zespołów muzycznych na świecie w stosunku do gęstości zaludnienia. Chodzi oczywiście (albo i nieoczywiście) o Islandię. Dla mnie to całkowity fenomen, który nie do końca jestem w stanie pojąć. Wiem, że przyroda, magia, specyficzna duchowa aura otaczająca tę wyspę, są na Islandii jedyne w swoim rodzaju i na pewno sprzyja to rozwojowi artystycznemu. Ale musi być jeszcze „coś” poza tym. Nie wiem, co to jest, i nie próbuję nawet zgadywać. Ale to „coś” sprawia, że tamtejsza scena muzyczna jest jedyna w swoim rodzaju.

Weźmy taki choćby Bloodgroup. Niby zwyczajny electropop, a jednak już sama łatka, że pochodzą z Islandii, sprawia, że przysłuchujemy się im z większa uwagą. Mnie osobiście ich płyty nie zachwyciły, ale niektóre kawałki naprawdę dawały radę. Dlatego też postanowiłem wybrać się na ich koncert w Puzzlach. Wystartowali równo o 21. Na scenie pojawiła się czwórka młodych, ładnych, modnie ubranych postaci, owacyjnie witana przez licznie zgromadzoną publiczność. Zaczęły pulsować światła reflektorów i pierwsze dźwięki klawiszy rozlały się po klubie. Ludzie zaczęli nieśmiało podrygiwać i wczuwać się w klimat koncertu. Początek nie był jednak zbytnio udany w wykonaniu Bloodgroup. Wokalistka grupy – Sunna Þórisdóttir, niemrawo poruszała się po scenie, i wyczuwało się od niej chłodny dystans w stosunku do publiki. Na szczęście okazało się, że jej kolega z zespołu – Janus Rasmusen, (który oprócz gry na klawiszach, także śpiewa) to istny wulkan energii. Co prawda potrzebował chwili żeby się rozkręcić, ale gdy to już w końcu nastąpiło, impreza zaczęła się na całego. Może Janus był nazbyt teatralny, przesadzał z mimiką, i ze zmanierowanymi gestami, ale we mnie to bardziej budziło sympatię niż poirytowanie. Inni chyba czuli się podobnie, bo pod sceną zaczęło panować istne szaleństwo. Zwłaszcza podczas takich kawałków jak: „This Heart”, „Wars” czy „How Do We Know”.

Ja najbardziej czekałem na uroczą balladkę „In My Arms”, która poleciała na samym końcu, przed bisami. Jeśli już mowa o bisach, to były one podwójne. Natchniony „Dry Land” przywołał ducha Bjork z okresu „Post”, a totalną dyskotekową miazgą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu!) okazał się „Chuck”. Głęboki bas, rozpędzone syntezatory i Sunna dziko skacząca po scenie. Kto by się tego spodziewał po tej drobnej, niepozornej blondynce?

Jak stwierdziła moja dziewczyna, która była ze mną na koncercie, „brzmieli dużo lepiej niż na płycie, w sumie spoko koncert”. Podpisuje się pod tymi słowami i nie zdziwię się zbytnio, kiedy przeczytam niedługo newsa, że Bloodgroup zagra ponownie u nas na jakimś letnim festiwalu. Tym razem będzie to już pewnie nieco większa scena i inne warunki do grania. Ciekawe czy Islandczycy dadzą sobie wtedy radę tak dobrze, jak we wtorkową noc we Wrocławiu.

Lamb x 3 – rozwiązanie konkursu

Rozdaliśmy wejściówki na koncerty polskiej trasy trip-hopowego duetu.

Czytaj dalej »