Hoera. – Jaunu
Łukasz Komła:

Chóralne imaginacje.

jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.



Archive for Maj, 2019

Mazut – Promień

Nadmiar bywa szkodliwy. Czytaj dalej »

Zamilska – Uncovered

Płyta lepsza niż serial. Czytaj dalej »

Helm – Chemical Flowers

Współczesna inkarnacja hipnotycznej psychodelii.

Czytaj dalej »

Slowthai – Nothing Great About Britain

Gniew młodego człowieka. Czytaj dalej »

Alessandro Adriani – Morphic Dreams

Syntetyczne sny.

Czytaj dalej »

Ellen Allien – Alientronic

„Berlinette” na twardo.

Czytaj dalej »

Hoera. – Jaunu

Chóralne imaginacje. Czytaj dalej »

Quantum Trio, Fischerle & Persuasion oraz Retrigger

Polski znak jakości. Czytaj dalej »

WROsound 2019

W połowie czerwca Wrocław odwiedzą m.in. Sohn i James Holden! Czytaj dalej »

jitwam. – Honeycomb

Indie, medytacja i ciepły funk.

W Warszawie, Gdyni, Bydgoszczy, Wrocławiu, Katowicach i Lublinie trwa właśnie 16. edycja festiwalu filmów dokumentalnych Millenium Docs Against Gravity. Z kolei historia hinduskiego producenta jitwan., który nakładem duńskiej Tartelet Records wypuścił kilka dni temu swój drugi studyjny album zatytułowany „Honeycomb”, stanowi w istocie gotową opowieść na dokument.

Urodził się w słynącym z herbaty mieście Asam (Assam) w północno-wschodnich Indiach. Studiował jednak w Australii. Po studiach zaczął podróżować jako backpacker. Dzięki uprzejmości kolejnych kierowców ciężarówek przejechał część Azji i Afryki. Przez pewien czas mieszkał w starej buddyjskiej świątyni, gdzie ucząc się od mnichów zgłębiał tajniki milczącej medytacji. Potem pracował ponoć jako wolontariusz w sierocińcu. Wreszcie trafił do Stanów Zjednoczonych, gdzie w ślad za konceptem Allena Ginsberga „pierwsza myśl, najlepsza myśl”, zaczął na szerszą skalę swoją improwizowaną przygodę z muzyką, której początkiem była EP-ka „TJD001” wypuszczona przez The Jazz Diaries… wytwórnię założoną przez samego jitwam.

Pierwszy długogrający album wydał jednak w elektronicznym Berlinie. Płyta zatytułowana była po prostu „Jitwam” („ज़ितम सिहँ”) i została wydana przez Cosmic Compositions. Wytwórnia promowała ten album twierdząc, że to może być „jedno z najpiękniejszych wydawnictw jakie wypuścili”. Rzeczywiście, trudno nie docenić niezwykle oryginalnego połączenia hip-hopu i elektroniki jakie zaprezentował jitwam. Artysta zaczął budzić zainteresowanie krytyków i hajpowych mediów, a fani zastanawiali się czy historia o podróżach, medytacji i wolontariacie to jednak nie dobrze skrojony scenariusz na film fabularny aniżeli dokument, ale jitwan. dalej robił swoje – improwizował na przecięciu hip-hopu i elektroniki, wplatając w to coraz więcej funku i soulu. W 2017 i 2018 r. ukazały się w The Jazz Diaries nowe EP-ki jitwam. – kolejno: „Whereyougonnago?” i „Purple”. Wreszcie, w maju 2019 r., światło ujrzał nowy album „Honeycomb”, świetna funkowo-soulowa improwizacja artysty, który nawet jeśli pewne wątki swojej historii przemilczał bądź podkręcił to jednak nie można mu odmówić dużego talentu.

Na „Honeycomb” jitwam. stawia na bujającą przebojowość i urokliwe, ciepłe beaty. Stara dobra szkoła wyjątkowo się tu sprawdza. Utwory nie są zbyt długie, za to pełne energii („busstop”, „i don’t lie”), a do tego urozmaicone chwytliwymi tekstami. Przykładowo fenomenalny i najlepszy z płyty „i’m a rock”, z uroczymi wstawkami harmonijki na której zagrał tu Leroy Johnson III. Czy się stoi, czy się leży, ciało samo zaczyna się bujać, a głowa nucić. Podobnie przy „opendoors”. Balladowość jitwam. ograniczył do minimum, tak aby nie stracić nic z dynamiki płyty, a jednak przełamać perkusjonalia i beaty znajdujące się na froncie („hearts don’t lie”, „trustt”, „country & western”). Czasem przeradzają się one w szelmowskie uwodzenie („b i t c h”), by potem jednak stać się sceną dla wychodzącej z cienia ale nieprzesadnej męskiej emocjonalności i wrażliwości („universes”). Całość zamyka ponad sześciominutowa kołysanka „aria’s song”, którą kończy po przejściu ciekawa wariacja, okraszona tradycyjnymi dźwiękami hinduskich flecików i odgłosami radosnego gwizdania. Do swojego świata jitwam. zaprasza też wielu gości wśród których m.in. wokalistka Marie Bashiru, trębacz Nick Walters, puzonistka Rosie Turton czy intrygujący chilijski producent Natureboy Flako, który był współproducentem albumu.

Muzyczna opowieść „Honeycomb” nie obfituje w jakieś zaskakujące elementy czy brzmieniowe dziwactwa. Wręcz przeciwnie, jitwam. operuje w zdecydowanej mierze zabiegami i chwytami doskonale znanymi w bogatej historii funku i soulu (jak chociażby maniera śpiewania we wspomnianym „b i t c h”). Z drugiej strony w tym co tworzy jest tak naturalny, szczery i pewny swoich umiejętności, że owa „improwizacja” wynosi go daleko na przód obecnej sceny funk/soul/r’n’b. Muzyka jitwam. to muzyka do słuchania i cieszenia się nią, nie zaś do rozwlekłego opisywania i górnolotnego opatrywania jej dodatkami typu „eksperymentalny”, „przesuwający granice”, itp. Tak jakby dla jitwam. soul, hip-hop, funk, beatsy i elektronika, ale przede wszystkim muzyczna radość i luz, w istocie w ogóle nie miały granic. +10 do opcji „lato”.

2 maja 2019 | Tartelet Records

Profil jitwam. na Facebook » Profil jitwam. na Bandcamp » Profil jitwam. na Soundloud » Oficjalna strona jitwam. »

Benjamin Fröhlich – Amiata

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Czytaj dalej »

Polynation – Igneous

Debiutanci z Holandii.
Czytaj dalej »

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin

Jest przyjemnie. Czytaj dalej »

Zawsze fascynowały mnie niewyjaśnione zjawiska – rozmowa z Akwizgram

Jazz, Joyce i niewyjaśnione zjawiska. Czytaj dalej »

Synkro – Images

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Czytaj dalej »

Holly Herndon – PROTO

Genetyczna DJ`ka. Czytaj dalej »

Jonas Kopp – Non Virtual Reality

Industrial i drony w służbie ambientu.

Czytaj dalej »

The Cinematic Orchestra, Catz n Dogz, Placid Angels i A Man Called Adam

Cztery długo wyczekiwane powroty.

/ / /

The Cinematic Orchestra – To Believe

Piąty album studyjny The Cinematic Orchestra zatytułowany „To Believe”, którego premiera przypadła na 15 marca, ukazał się aż po 12 latach przerwy od poprzedniego „Ma Fleur”. W międzyczasie kultowy brytyjski skład wypuścił ścieżkę dźwiękową do filmu „The Crimson Wing: Mystery of the Flamingos”, koncertowy „Live at the Royal Albert Hall” oraz własną kompilację w ramach popularnej serii Late Night Tales, ale na nowe prace prosto ze studia, fani musieli nieco poczekać. „To Believe” w pełni im to jednak wynagradza niosąc siedem świeżych kompozycji wyprodukowanych przez Dominica Smitha i Jasona Swinscoe. Wśród zaproszonych gości między innymi wspaniały Roots Manuva, który pojawił się w singlowym „A Caged Bird / Imitations of Life”, Moses Sumney (utwór tytułowy), Tawiah („Wait for Now / Leave the World”), Grey Reverend („Zero One / This Fantasy”) oraz Heidi Vogel w rozbudowanym utworze „A Promise”.

The Cinematic Orchestra po raz kolejny potwierdzają swoją muzyczną klasę i wrażliwość oraz właściwy sobie perfekcjonizm w tworzeniu muzyki. To, co dla wielu jest nieosiągalne, u The Cinematic Orchestra cechuje każde ich wydawnictwo. „To Believe” została bowiem nagrana ze słyszalnym zaangażowaniem i oryginalnym pomysłem na aranżację, a przede wszystkim z uniwersalnym przekazem. Delikatne kompozycje z pogranicza idm, downtempo i nu jazzu po raz kolejny ujmują swoim spokojem i zakodowaną w nich wrażliwością.

Na wysoką ocenę albumu wpływają też zaproszeni goście, wspomniani powyżej, którym bez wyjątku z sukcesem wyszło zaśpiewanie emocjonalnych i jak za każdym razem w przypadku Cinematic, bardzo uniwersalnych tekstów, w których może się przejrzeć dosłownie każdy. Świetny album, bez dłużyzn ani powtórek z poprzednich płyt, a jednak w stylu charakterystycznym dla Cinematic, wciąż nie skopiowania. Tym bardziej cieszy, że w maju The Cinematic Orchestra przyjeżdżają do Polski aż na 5 koncertów! Kto nie był (chociażby dwa lata temu na koncercie otwarcia Festiwalu Tauron Nowa Muzyka) zdecydowanie powinien zaopatrzyć się w bilet, bo to naprawdę wspaniałe przeżycie koncertowe. UWAGA: warszawski koncert już jest sold outem!

Szczegóły koncertu w Gdańsku
Szczegóły koncertu w Poznaniu
Szczegóły koncertu we Wrocławiu
Szczegóły koncertu w Krakowie

Profil The Cinematic Orchestra na Facebooku »
15 marca 2019 | Ninja Tune

/ / /

Catz n Dogz – Friendship

W marcu z nowym albumem powrócili też Catz n Dogz. Czwarty album studyjny polskiego duetu, tworzonego przez Wojtka Tarańczuka i Grzegorza Demiańczuka, nosi tytuł „Friendship” i ma być wyrazem celebracji przyjaźni i radości oraz dzielenia się pozytywnymi emocjami między ludźmi. Trudno się nie zgodzić. Na płycie po pierwsze w zdecydowanej większości utworów pojawiają się goście, wśród których m.in. WhoMadeWho, Jono McCleery, Egle Sirvydyte, James Yuill, ZENSOFLY i Maxville, Kiddy Smile & Rouge Mary oraz czołowi przedstawiciele polskiej sceny: Rosalie. i Taco Hemingway. Po drugie, klimatycznie płyta rzeczywiście pełna jest ciepłych i radosnych brzmień, co słyszalne jest już od pierwszej minuty albumu.

To zdecydowanie najcieplejszy brzmieniowo materiał polskiego duetu, mogący nawet momentami zaskakiwać, szczególnie wieloletnich fanów Catzów, którzy spodziewali się house’u i dance (np. utrzymany w konwencji popowo-trapowej „Yi Fang” ze zmiksowanymi wokalami rapującego po angielsku Taco Hemingway’a). Jednocześnie druga część płyty pełna jest hipnotyzującego, momentami energetycznego (np. „Water” z udziałem Eglė Sirvydytė), a momentami zmysłowego (np. „Would You Believe” z udziałem J. McCleery’ego) house’u, za którego brzmienie fani Catz n Dogz pokochali ich ponad 10 lat temu (!). „Friendship” nie powinien więc nikogo zawieść. Jest ciepło, przyjemnie i letnio, co z kolei odruchowo kieruje myśli na line-up tegorocznego Audioriver. Naturalnie, Catz n Dogz dumnie otwierają spis artystów pod literką „C”. Naturalnie, bo żaden polski artysta nie kojarzy się tak wprost z Audioriver, festiwalową legendą energetycznej radości, jak właśnie duet Wojtka i Grzegorza. W ubiegłym roku ich set był jednym z najmocniejszych, wątpię by w tym roku było inaczej.

Profil Catz n Dogz na Facebooku »
29 marca 2019 | Pets Recordings

/ / /

Placid Angels – First Blue Sky

Na nowy album Placid Angels, pod którym to pseudonimem tworzy doświadczony artysta ambient-techno John Beltran, musieliśmy czekać aż 22 lata! Poprzedni i zarazem jedyny album do czasu ukazania się nowego „First Blue Sky” – zatytułowany „The Cry” – ukazał się wszak w 1997 r. nakładem popularnej Peacefrog Records. Nowa „First Blue Sky”, wydana przez Magicwire, to kolejne, tak po „The Cry” jak i solowych wydawnictwach Beltrana, wyjątkowe połączenie ambientu, breakbeatu i techno, któremu to stylowi John Beltran nadaje charakterystyczny tylko dla niego pierwiastek, pełny dojrzałości (być może wynikającej z wieku artysty choć absolutnie proszę nie brać tego za żaden przytyk), szczerości i życiowej mądrości.

Beltran nigdy nie był wszak elektronicznym celebrytą ani nie bawił się w trolling dla powiększenia swoich dochodów z muzyki, a jego niewątpliwy sukces muzyczny i stałe zapisanie się na kartach historii ambient-techno zawdzięcza wyłącznie swojej muzyce. Czy gatunek ten byłby taki sam bez pełnej wyrazistych brzmień „Ten Days Of Blue”, pozbawionej przy tym narkotykowych wojaży? Nie. Każdy kto raz zetknął się z jego muzyką został oszczędzony pogrążaniu się w wizji beznadziei i braku sensu życia. Tak jakby Beltran tworzył muzykę, która ma tchnąć w słuchacza nadzieję, optymizm i wiarę w cel każdego pojedynczego życia, które pojawiło się na tym świecie. Taka jest również „First Blue Sky”, która tak swoim tytułem jak i tytułami poszczególnych utworów budzi sens bycia i przeżywania tak dobrych jak i trudnych emocji, radość dzielenia się z innymi czy obcowania z drugim człowiekiem jak i naturą.

Brzmienie Beltrana jest jednocześnie spokojne i energetyczne, budowane z dużą pewnością co do doboru poszczególnych efektów, jak i ich idealnym wyważeniem. Kiedy napięcie rośnie, to bez chaotycznych zwrotów i nadmiernego napięcia, kiedy potrzeba wytchnienia, Beltran operuje niuansami i pauzami, nie tracąc przy tym dynamiki melodyczności ani siły wyrazu. Stawiam tezę, że w „First Blue Sky” zakochają się fani serialu „Six Feet Under”, choć śmiało rekomenduję go wszystkim. Drzemią w nim bowiem nieograniczone pokłady nadziei i wielu trudnych jednoznacznie do nazwania emocji, co ogólnie można określić „dobrem”. 10/10 i na pewno top najlepszych albumów 2019 r.

Profil Johna Beltrana na Facebooku »
15 marca 2019 | Magicwire

/ / /

A Man Called Adam – Farmarama

Po niemal równie długiej przerwie jak John Beltran, bo 21-letniej, z nowym albumem powrócili również A Man Called Adam, brytyjski duet tworzony przez Sally Rodgers i Steve’a Jonesa. Na przestrzeni całej swojej kariery tj. od debiutanckiego „The Apple” (1991 r.) do najnowszego albumu „Farmarama” tworzyli elektronikę zahaczającą o najróżniejsze stylistyki: acid jazz, house, idm, ale zawsze najsilniej dominowało u nich downtempo, dla którego stali się jednymi z czołowych przedstawicieli. Tak jest i tym razem.

„Farmarama” obfituje w urokliwie luźne brzmienia charakterystyczne dla „ruchu” Cafe del Mar, z którymi swobodnie współgra charakterystyczny głos Sally Rodgers („Mountains And Waterfalls” i „Higher Powers”). Jej wokale czasem przypominają styl Grace Jones (szczególnie w „Ou Pas”), a czasem styl Róisín Murphy. Zestawione z balearycznymi melodiami, pełnymi miękkich bębnów i dyskretnych dodatków (jazzowe dęciaki, spokojna gitara, zmysłowe pianino czy nawet delikatne reverby i delay’e), wywołują poczucie spokojnego i bezpiecznego relaksu. Przymiotniki te, być może nie są dziś na topie z uwagi na gigantyczną modę na mocne techno, EBM czy brzmienia industrial, ale kto pamięta boom na downtempo, jaki miał miejsce w latach 90., ten odnajdzie w muzyce na „Farmarama” wspomnienie tamtych lat.

A Man Called Adam zadbali też o to, by słuchacza jednak także zaskoczyć. Przykładowo: na „Farmarama” znajdujemy też stonowane, a nawet chłodne brzmienia zahaczające o styl modern classical („Top of The Lake”), a nawet beatsy („Michael”). W „Tic Toc” robi się reggae’owo (!), w „Spot Ladies” – za sprawą perkusji – bardziej rockowo, co urozmaicają dodatkowo sample. Całość zamyka disco w „Paul Valery At The Disco”. Podsumowując: przyjemne downtempo (ale nie tylko).

Profil A Man Called Adam na Facebooku »
6 marca 2019 | Other Records Ltd.

/ / /

Ikarus – Mosaismic

Wielopoziomowa ekspresja.    Czytaj dalej »

Qasim Naqvi – Teenages

Subtelny, oszczędny i dziwny. Czytaj dalej »